29/10/2015

E.S.T.

Jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałem, że było komu umrzeć. Siedem lat temu. Kiedy byłem zaprzątnięty nieco młodszym swoim życiem. Perspektywą podwórza za otwartymi drzwiami, rzutem na trawę i w tle miasto, z którego wybyłem. Nie wiem, jak to wytłumaczyć.

Tu i ówdzie otarłem się o żałobę, ale właśnie nie tą. I teraz człowieka poznaję pośmiertnie. Ze zdjęć i zmiennych kształtów muzyki. Powtarzającej się nieskończenie jak fraktale czy liście. Ale fraktale są tylko najprostszą formą, przeczuciem nieregularnych melodii Esbjörna Svenssona. Liście jeszcze nie spadają tego roku, ale spadną. Będzie ich tyle co zeszłoroczny śnieg. Tyle pamiętam sprzed każdego roku. Na przykład sprzed siedmiu lat.

Esbjörn Svensson nie utonął. Nie zginął w wodzie, w okolicach Ingarö. Jeszcze wynurzył się. Jeszcze zdążył umrzeć później. Wskutek obrażeń, jakich doznał podczas nurkowania, jak piszą. Nad nową płytą przerwał pracę śmiercią. Jeśli czegoś nie mylę. Mam nieco ograniczoną perspektywę. Wąską czy skrzywioną.

Gagarin widział więcej. Ze swojego ruchomego punktu widzenia zobaczył świat bez śladu Boga. Nie trwało to długo. Godzinę i czterdzieści osiem minut. Wystarczająco długo, by wpaść w bezdech. Gagarin przeżył. Jeszcze wtedy. Zobaczył z góry siebie w kosmosie. Swoje przejście do historii i ojczysty kraj, który też przeszedł do historii. I lecącą u stóp Ziemię.

Ironia losu. Rzut na oceaniczne kształty stał się zrozumiały dopiero z perspektywy fortepianu. Nie doczekałem się Esbjörna Svenssona. Grającego „From Gagarin’s point of view”. Tu i teraz perspektywa się poszerzyła. Umiemy już się powtarzać. I znamy ciąg dalszy. Trio E.S.T. nie zdążyło skończyć grać. Księżycowy pejzaż stał się fototapetą. Więc kratery widać nawet zza chmur fraktali.

Tylko muzyka nie jest na wyciągnięcie ręki.

Chropowate powietrze nabiera miękkości wody. Przez zamknięte oczy słychać muzykę. Grającą się w zmiennym powietrzu. Strunami palców Esbjörna Svenssona. 

Udostępnij