02/07/2017

Maj

Nie zdążyłem przeżyć maja. I skończył się. Wpadł w czerwiec. Zabrakło mi bodaj kilku chwil. Żeby jakoś wejść w atmosferę ciepłego chłodu wieczoru, pędów sosny, lepkich i nienajeżonych późniejszymi igłami. Nie zdążyłem wstać bardzo wcześnie, wiedzieć, że jestem. Maj przepłynął, odleciał, zakwitły róże.

To zupełnie sprawiedliwe, ale i tak się nie zgadzam. Nie móc wrócić do maja: to tak, jakby wyprzeć się siebie.

Po latach innych lat. Po setkach zmian klimatu, po zlodowaceniu, powstaniu świata. Tylko jeden miesiąc. Nie ma miesiąca. Skończył się. To samo czyni czerwiec. Mam mnóstwo pracy i nie wiem, co robić.

Nie chciałem wyprzeć się siebie. Ale zostałem wyparty. Siłą faktu. Wyrzucony na skoszoną łąkę, pod kwitnący jaśmin. Boże, jakie to cudowne. I tak piękne, że aż niesprawiedliwe. Nie wyszedłem wciąż z maja, chociaż się skończył. Chcę go powtórzyć i nie mogę. Wracam w kółko do tego samego. Do nie tego samego. Do nowego miejsca na siebie. Bo przesilenie letnie już za pasem, już za mną. A ja jestem bezsilny.

Zostałem wyparty. Siłą kwitnącej róży. Skazany na długie dni i najkrótsze noce jeszcze w maju. To znaczy w czerwcu, ale ja jeszcze w tym maju. W zapachu bzu, który pamiętam jak przez nadranną mgłę, widzę w świetle poprzedniego księżyca.

Trzydzieści dni roztrwoniło się do cna. Kilka migawek zostało. Jako streszczenie całego miesiąca. Maj tego roku już był. Powtarzam się? Nie, to niemożliwe. Nic się nie powtarza. Nawet skała macierzysta. Miliony lat są inne niż miliony lat.

Już czerwiec na wykończeniu, noc świętojańska. Świetliki i ciągle jeszcze róże. Boże, jakie to zachwycające. Dopiero kwiaty. Nie znające własnych owoców. Kwiaty dla samego kwitnienia. A tu już lipiec. Przybladła zieleń. Kolej rzeczy.

Maj przyszedł po kwietniu. Z dnia na dzień. Nie zdążyłem go pochwycić. I zaraz najkrótsza noc w roku. Krótka jak sen. Jak Sylur i Dewon. Miliony lat trwały jeszcze krócej. Skamieniały kwiat paproci kruszeje w ręku. Kruszą się skały. Karbon i Prekambr są jak dzień przedwczorajszy. A ja myślę o miesiącu sprzed miesiąca. O młodości trawy. Skoszonym już maju.

Zaczął się przecież w trakcie wiosny. Po krótkiej zimie. Uszedł mi. A tu pierwsze dni lata, czyli jesieni. Jesieni, to jest ‒ zimy. Zlodowacenie znowu. Nie znowu. Miliony lat nie wracają. Ani początek.

Zeszłoroczny śnieg obchodzi mnie tyle co warstwy ziemi, na wierzchu których dopełnił się właśnie czerwiec. Wypatruję zeszłego maja. To jest bieżącego. W tegorocznym roku.

Wdycham bezboleśnie gęstwiny zarośli. Zapach jednorocznych bylin. Płyn powietrza zalewa twarz. Boże, jak doskonały wyrok. Jak czysta niesprawiedliwość.

Zaczął się maj, skończył. Nie zdążyłem ani na chwilę. Nie przeżyłem.

Udostępnij