18/08/2018

Siano

Rozumiem, że siano to sprawa obojętna i banalna. Wiosenny odpowiednik zeszłorocznego śniegu, którego i tak w zeszłym roku nie było. A obecnie rzeczownik abstrakcyjny jak prawo natury, rodzaju coraz bardziej nijakiego.

Bo po co siano? Pusta jakość zieleni, służąca dziś ‒ ogólnie rzecz biorąc ‒ tylko do patrzenia na nią, na przykład w postaci wielkich bali na popegeerowskich areałach. Siano ‒ żółte wrażenie wzrokowe, sążnisty kształt koloryzowany na złoto na ślubnych fotografiach.

Albo wyściółka wspomnień z coraz bardziej odległego dzieciństwa tej szczęśliwej części populacji, która ma jeszcze przeszłość. Ten zapach! Soczysta woń suszu. W której ginie widmo zbliżającej się burzy i pracy, mechanicznej i ręcznej zarazem. Starodawnej pracy, która nie znała swojego ciężaru.

Bo właściwie kiedy zaczyna się „ciężka praca”? Praca to praca, na śmierć i życie. Nieprzerwana, nieodpracowana i nieskończona. Bezwarunkowa jak oddech. Wesoła i straszna jak sprawiedliwość Boska. Nie mamy w życiu nic poza pracą.

Więc może Marks i jego marksizm mieli rację. Ale chyba jej nie mieli. Nie wiem, nie czytałem ich dzieł. Jestem ignorantem. Ignorantem na swoim obejściu. Po co z pracy robić filozoficzny destylat? I wytwarzać pracę, przefermentowując wszelką aktywność ludzką, której niedogonem jest pańskie porubstwo i rozrywka? Jeśli wyciągniemy z człowieka pracę, dostrzeżemy jej ciężar. Przeklniemy lub uwznioślimy jej mozół. A spoczynek stanie się jedynie przerwą na rozpasane nieróbstwo, lenistwo, nudę żywota. Nie, praca jest niepodzielna. Wykrawanie jej z życia jest jej przekłamaniem.

Praca to tętno, bicie serca, funkcja życiowa na użytek życia, a nie harówka poprzetykana czasem wolnym. Wolny czas? To nowomowa. Wolne żarty.

Ale czym są wobec tego zajęcia potrzebne, a niekonieczne? Nieobiektywnie istotne jak na przykład sztuka? Albo i zbieranie siana?

Siana, które spina rok w jedną całość. Łączy lato z zimą, skwar z perspektywą mrozu, który trzeba przetrwać. Tak, to wonne, sielskie siano ‒ to nasze niegdysiejsze przetrwanie. Nasza przyczyna. Na jego falach pokolenia wyrzuciły nas na brzeg naszego wieku.

Być może tłumaczę się, czy też zasłaniam. Wyprowadzam wątek w pole. Bo sam zabrałem się do siana. Od kilku lat, miarowo, po trochu. Dla zwierząt, to zrozumiałe. Ale po co?

Słusznie mi mówili, bym nie tracił na to czasu, nie roztrwaniał się dla potrzeby, która ma w sobie więcej idei niż sensu. Bym dał sobie siana z tak bezcelową dziś robotą i absurdalnym zatroskaniem i nie uprawiał sztuki dla sztuki. Lepiej by mi było tylko kupić solidną porcję ekomasy. Powinienem dostrzec rozziew między czasem a pieniądzem, pojąć swoje nierentowne postępowanie w całej rozciągłości i nie pozwalać sobie na luksus tak oderwanej od realiów pracy. Czy to nie na granicy odpowiedzialności? Na miedzy zupełnej głupoty? Na wsi można chodzić boso i nie wdziewać nic pod spód, ale wiązać się sianem? Nadawać mu rangę sprawy i powagę uświęconą czynem?

Wiedząc o tym wszystkim, chwytam za grabie. Robię kopy, słuchając mimowolnie skowronków z ich wariacjami na temat śmiechu. Jakie świadectwo wystawiam pokoleniom, które tak wprawnie i w sposób uzasadniony kopiły siano? Właściwie mógłbym przeliczać ilość siana na liczbę nieprzeczytanych książek. Lub na sumę pieniędzy, na które nie zapracowałem, zajmując się tym, czym się nie zajmuję. Jako ziemianin bez właściwości. Rolnik bez żadnej roli. Chłopointeligent. Dekadent w gumiakach.

Czemu tak uparcie nie wyciągam z tego wniosków? I stoję jak ten kretyn pomiędzy drwiącym chichotem dziejów a kpiną cywilizacyjnych przemian? Niepotrzebnie zakurzony wysuszoną na słońcu trawą, do tego z poczuciem zadowolenia. Na swoim polu o kształcie rubryki tabeli, w którą wpisuję się jako marginalny element pokoleniowych statystyk, podnoszący odsetek nieszkodliwego dziwactwa.

I czemu pomimo to nadal biorę na widły ten zeszłoroczny śnieg, ten pospolity rzeczownik, z którym nie mam praktycznie nic wspólnego, może poza tym, że podobnie jak on nie posiadam liczby mnogiej?

Udostępnij