07/01/2020

Mróz

Nie umiem przestać odmieniać mrozu przez wszystkie przypadki. Właściwie coraz mniej jest tych przypadków. Przynajmniej w przypadku mrozu. Ale ćwiczę jego odmianę, mimo że mróz jest nieodmienny. Wdrażam, uczę się go na pamięć, upamiętniam. Jest ‒ można rzec ‒ rzeczownikiem pospolitym, ale tu, gdzie żyjemy, zdaje się być na wymarciu. Znikają zresztą wszystkie gatunki mrozu.

Co z tego, że jest drapieżny, nie do oswojenia. Że jego prawa są dla nas niezrozumiałe i surowe. Bez naturalnego wroga stajemy się słabi i byle jacy. Dzieci cieplarnianych warunków. Mróz jest bezwarunkowy, prostolinijny. Przenika przez skórę i mówi prosto do serca. To najlepszy wróg człowieka.

Ostatnio, któregoś poranka, widziałem go. Ale widok był dosyć żałosny. Cienka warstwa szronu, złuszczony naskórek ziemi. Zaledwie mdły przymrozek. Kałuża z błotnistym kożuchem, który zaraz się rozpuścił w bladym świetle grudnia. To nie był on. Ani nawet żadna z jego form. To tylko przedrostek, jakieś jego nibynóżki. Pierwotniak czy zalążek. Ale nie mróz. Możny i nie zadający pytań. Nieodmienny.

Więc uczę się go na pamięć. Pokurczonego do rozmiarów mojej wyobraźni. Ujętego w przebłyskach, przez migotliwy śnieg pamięci. Powtarzam pod nosem jak szkolną gramatykę. Wkładam w ciepły paradygmat języka. Poznaję powtórnie, na nowo. Jak przyczynę istnienia albo grecką filozofię. Książkową Arche. Chociaż wiem, że świat wziął początek z mrozu. Źródłem jest mróz. Ani sylaby więcej.

To nie gadka o braku świątecznej zimy, rodzinnej atmosfery z choinką i bałwanem w tle. Ani o klimacie i jego anomaliach. Mróz jest większy niż klimat. Nie ma w nim życia, ale jest żywiołem. Naszym najlepszym wrogiem.

Powtarzam w kółko jego odmiany, derywaty. Odpominam zmarzliny i marzanny. Biały Olimp nazw, którego śnieżną burzą włada tylko on jeden. Mróz, Mrozu, Mrozowi. Mróz. Jeśli zamieszka już tylko język, nazwę miesiąca, czy ktoś w niego uwierzy? Nie wiem, ale powtarzam, powtarzam. Zanim zamieni się w ckliwego bałwana z reklamy, bożonarodzeniowego duszka.

Kiedyś wyjdziemy z tej jaskini, z tego ciepełka odbić na ścianie. Tam, na zewnątrz, jest lodowy chłód, przed którym tutaj się chowamy ― ludzie jaskiniowi. Chuchamy na zimne, palimy ogień, patrzymy na cienie. W jaskini Platona, który chyba nie znał zimowej prawdy. Trzeba nam zagrać mróz. Odegrać. Wprowadzić go pieśnią chóru.

Pod maską lodu biała mgła. Śnieg, nie ma śniegu, przyglądam się śniegowi. Śnieg. Jak we śnie bez powiek. Najserdeczniejszy wróg. Sprawiedliwy czy niesprawiedliwy. Jest monarchą, królem. Bratem zimy. Jest wszystkim, czego się dotknie.

Udostępnij