18/01/2021

Szadź

Mróz ma wiele twarzy. Nawet jeśli jest nieludzki. Inaczej patrzy ze śniegu, inaczej ze ściętej tafli wody. Unosi się w powietrzu lub leży jak długi na ziemi, a potem w nią wstępuje. Taki jest mróz. Przekształca się, przybiera różne postaci i nie da się uchwycić go ściśle. To on jest od chwytania. Choćby wtedy, gdy światło dnia zamienia się w białawą zawiesinę, w której kształt to pomięta szarość, układająca nierówności pagórków, leśne wybrużdżenia, fałdy chropowatych jodeł. Powietrze znaczy tyle co mglisty przestwór. A najdrobniejsze rośliny zamienione w sen i wszelkie przedmioty wystawione na mróz obrastają lodową pajęczyną, srebrnym mchem. Szadź. Gdy przychodzi jej pora, nie ma nic bardziej właściwego. Jak logiczne jest jej pojawienie się wówczas, gdy się pojawia. Bezbarwnie i dokładnie. Tkliwa i zimna. Majestatycznie misterna. Czysta feeria mrozu. Aż trudno uwierzyć. Ale mróz silniejszy jest od wiary. Przenika na wskroś, ostrzejszy od miecza, wdziera się do wnętrza, aż do rozdzielenia stawów i szpiku. Trudno nie ulec jego czarowi. Jego przemożnej ciszy. Lód. W skupieniu nasyca się światłem. Nawet cień jest szklisty, a noc jak lustro wody w głębi studni. Ciemność przegląda się w ciemności. Przejrzysta i wyczuwalna. Opleciona mrozem jak gałąź sosny. Podnieś głowę, a strzeli po oczach zesztywniałym igliwiem. Kryształki śnieżnego puchu będą rysować na tęczówce wzory. Ciemno, choć oko wykol, ale przejrzyście. Mróz. Nawet po omacku, zawsze da się rozpoznać. Rośnie niewidocznie. W wilgotnym zalążku chłodu. Zbiera cierpliwie mgłę. Zaczerpnie wody, pochłonie. Czym jest szadź? Lodową patyną? Naroślą? Pleśnią w czystej postaci? Szadź to szadź. Dotyk zimy, skóra mrozu, cielesność mgły.

Udostępnij