Ledwie zaszło słońce i ocknąłem się.
Byłem leczony. Leczono mnie, a potem jeszcze się leczyłem.
Kwitną leszczyny. Słońce przeszywa sople. Zalążki wiosny. Słucham Sutartinės.
Początek lutego: nad głową wiatr, pod stopami błoto.
Skostniałe pędy róży.
Za szybą siedzę przy stole.
Od wschodu do zachodu słońce.
Co tydzień w niedzielę na mszę. Nawet jeśli częściej, to i tak wiara dzieli się na tygodnie. Do kościoła przychodzę z właściwym sobie przyzwyczajeniem. Z wprawą.
Rozumiem, że siano to sprawa obojętna i banalna. Wiosenny odpowiednik zeszłorocznego śniegu, którego i tak w zeszłym roku nie było. A obecnie rzeczownik abstrakcyjny jak prawo natury, rodzaju coraz bardziej nijakiego.
Z dzieciństwa pamiętam telewizor, duży i czarno-biały.
Bernardyński jest najlepszy.
Dwa tysiące dziewiąty rok. Triduum Paschalne w parafialnym kościele. W zakrystii szykowanie się, zamęt, harmider. 
Która godzina? Mam słabą pamięć, przykrótką. Nie pamiętam.
Tutaj jestem
Już prawie wszystko gotowe.
Jednym z najbardziej osobliwych sprzętów liturgicznych, jaki poznałem, było − używane tylko od wielkiego dzwonu − tzw. dżelozo.
Zakład pogrzebowy.
Dziś moje tu wspomnienie Pameli Anderson.
Pomiędzy jedną a drugą czynnością przy ołtarzu swoje miejsce miała także Ewangelia.
Naklejka na samochód − prosty kształt ryby.
Całą rodziną do kościoła. Trochę nerwowo, bo późno. Msza tuż-tuż. I dzieci. Wózek, za rączkę, na barana. Z nadmiaru radości wzbiera zniecierpliwienie. I gdy tak spieszymy, kilkadziesiąt metrów przed nami obrywa się wielka gałąź. Leci z wysoka i ostentacyjnie roztrzaskuje się na chodniku i przydrożnym samochodzie. Przeklęte topole!
Nie zdążyłem przeżyć maja. I skończył się. Wpadł w czerwiec. Zabrakło mi bodaj kilku chwil. Żeby jakoś wejść w atmosferę ciepłego chłodu wieczoru, pędów sosny, lepkich i nienajeżonych późniejszymi igłami. Nie zdążyłem wstać bardzo wcześnie, wiedzieć, że jestem. Maj przepłynął, odleciał, zakwitły róże.
Słuchałem muzyki Nicka Cave’a. Kolejnej płyty, choć nie z płyty słuchałem, tylko z komputera. Ale muzyka jest raczej ta sama i tu, i tu. Już się nieraz przekonałem. Można wracać do niej do woli, przerywać ją i powtarzać w nieskończoność.
Sięgnąłem do poezji, pierwszego tomu Tadeusza Różewicza.
Dobrym, serdecznym zwyczajem było składanie sobie życzeń po porannej rezurekcji. Zakrystię licznie nawiedzali wówczas rozpromienieni parafianie, zwłaszcza kobiety − znane z codziennych mszy, najmocniejsze głosy kościoła; te, które mogły konkurować i z organistą, za nic mając siłę mikrofonów.
Słuchanie Stabat Mater.
Chodził z marsem na czole. Tam i sam, dlatego spotykało się go często, wręcz codziennie.
Nic już nie będzie tak jak dawniej.
Cyrylu i Metody! Święci moi serdeczni!
Nie byłem szwajcarskim bankierem ani chłopem polskim w czasach wojennych. Nie podjąłem tajnej współpracy ani nie obsługiwałem angielskiego króla.
Stojąc, czekając na żonę, chwilowo nie wiedziałem, jaką winę zaciągam.
Prawdę mówiąc, zajmowałem się studnią. Już od jakiegoś czasu jej woda zaczęła wypełniać moje myśli. Aż w końcu zabrała mi też cały dzień.
Kupiłem lampę naftową, na targu staroci. Akurat na Adwent.
Rzadko byłem muzykiem. Czasami tylko, w pewnych momentach. A właściwie to nigdy nie byłem.
Dziwne były msze poza obrębem kościoła. Tam, w środku, strzeliste gotyckie okna i grube filary podtrzymujące sklepienia naw mieliśmy tak oswojone, że zdawały się naszą izdebką. Raz pełną ludzi, innym razem echa, które wywoływał byle szmer, ale nieodmiennie małą i bliską. Cała uwaga podczas mszy, nawet jeśli rozproszona omyłką czy cichym wygłupem, zawsze miała przed sobą ołtarz. Dzięki temu nikt nie był zagubiony. Ani asysta z pierwszych szeregów liturgicznej służby, ani ci niewyspani czy rozmarzeni. A na wolnym powietrzu? Wiatr wiał, kędy chciał, i tak też było ze skupieniem. Niby odprawiała się normalna msza, ale jakby trochę inna.
Zaczyna się wiosna. Kwitną przebiśniegi.
Wielki Post. Pora się rozliczyć.
Dziękuję, nie narzekam.
Mam poglądy polityczne. Nie kryję się. Nie chowam ani się nie wstydzę.
Zmarła pani Maria. Zaraz na początku stycznia. Domyślałem się jej śmierci. Wtedy gdy jeszcze żyła.
Mięso to pożywienie. W miarę codzienne. Często gości na naszych stołach.
Sobota wieczór: córka dostaje wysokiej gorączki, kaszle ciężko, z głębokości.
Sąsiad obchodzi czterdzieste urodziny. Świętujemy.
Zdumiewa mnie, jak wielka potrafi być radość z rzeczy drobnych.
Na mszę wpadam podczas pieśni wejścia, na styk, i ledwie przepycham się przez kruchtę na tyły kościoła. Ścisk panuje okrutny.
Lata ministranckie pozwoliły mi na sferę kapłańską patrzeć z bliska, bez ciśnienia zbędnych roszczeń i projekcji.
Czemu właściwie wyszliśmy z zaborów? Mieliśmy naszą ziemię obiecaną. Polszczyznę na najwyższym poziomie rozwoju.
Byłem ministrantem. Szereg lat.
Jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałem, że było komu umrzeć. Siedem lat temu. Kiedy byłem zaprzątnięty nieco młodszym swoim życiem.
To było w maju, w tym roku. Wcześniej działo się tylko lepiej, a później to jeszcze nie wiadomo.