Urodziłem się w roku osiemdziesiątym dwudziestego wieku. Tego strasznego syna okropnego wieku dziewiętnastego. Zresztą oba chyba same siebie pożarły. I mam dziś już prawie czterdzieści cztery lata. Chyba nie przypadkiem, skoro osiemdziesiąt lat temu w Warszawie wybuchło powstanie warszawskie, w roku czterdziestym czwartym. I to krzyżowe powiązanie liczb w sierpniowych dniach jedynego takiego roku w mojej historii człowieka nagle wyświetliło się przede mną jako wzór na harmonię świata, w którym moi młodsi antenaci zginęli, a ja, ich starszy kolega i zarazem dziecko czy wnuk, nadal żyję. Prowadzę życie w czasie, gdy oni nie żyją, a w każdym razie tymczasem ich nie ma przez śmierć, która przyszła nienaturalnie, choć wpisana była w historię od zawsze. Ale przecież wiem, że tym razem nie śmierć stała się bezpośrednio powodem śmierci. I pewnie dlatego mam czterdzieści cztery lata. Urodziłem się z wdzięczności. Przeżyłem własną młodość i nadal żyję. Do tego nie tylko w swoim imieniu. Nie byliśmy przecież ani poróżnieni, ani zgodzeni, ale powiązani pospołu i winni sobie czas i miejsce, w którym mieszkań jest wiele. Nawet jeśli tak wiele z nich stanęło w ruinie. „Dom”, „kraj”, „wolność” możemy wypowiadać nakładającymi się na siebie ustami, i nawet znaczą one to samo. Przynajmniej co do funkcji, w przybliżeniu, w artykulacji, która bez względu na konteksty jest nasza. Schowajmy się zatem za tym zaimkiem jak za rogiem, winklem, jak za nagrobkiem, by zapłakać na osobności. I wyjść z twarzą.
44
08/08/2024