Słońce filtrowane przez szkliste powietrze. Pieniste bałwany odwzorowujące pustynne fałdy wydm. Buki i sosny. Szum układający się w warstwy ciszy. Piasek wsysający każde uderzenie wody. Ruch i bezruch. Niejawna różnica między nimi. Moje suche słowa zanurzam w słonej toni. Kamienie trzaskające o kamienie.
Morze, ty nieustanne, szumiące o sobie, a w głębi na cześć Stwórcy świata pierwszego, w którym jesteś częściowo zanurzone. Nie potrafię o tobie myśleć inaczej, jak tylko o postaci. Uosobieniu siebie samego – Morza. Zbyt zmienny jestem i daleki, by zawsze wysłyszeć twoje tony, zbyt rzadko zanurzam w tobie swoją dłoń. Po prawdzie część mnie oddałaby wiele za rybacką łódź, za kuter, którym musiałbym orać twoją falę, by z mozołem wyławiać wiecznie zadziwione ryby.
Mój drobny, nieskończony Bałtyku. Jestem twoim piewcą, poławiaczem twej prastarej teraźniejszości, cichym rybałtem sławiącym niepohamowany żywioł, groźbę uchylającą przejście między światami, twoje zachłyśnięcie lądem i twoje fale pochwalne. Jestem smaganym wiatrem ciałem, obracającym się za siebie i obróconym w słup solny. Jestem kośćmi odsłoniętymi przez nabrzeżny piach. Jestem wyrzucony przez ciebie na brzeg i oddany życiu.