Tak, to może spodziewane, ale nieoczywiste jak ostatnie trzydzieści lat życia na ziemi. Nieustanne, pomimo wyrastania z samego siebie, niepogodzenie. Krzyk przez skórę i złość – nieodzowna cecha zła. Wydawało się, że lata przykryją śmieszność i kontestację. Ale nie. Skołowany wewnętrzny zegar mierzy tylko czas cykliczny. Już na samą tę myśl cudownie zalewa mnie krew. I oto w sukurs idzie – nie, to nie przypadek – zespół Darkthrone i jego niewyglancowany glan w postaci płyty Panzerfaust. To jak afirmacja przez przekreślenie. Jawny akt lekceważącej bezradności wobec powszechnego prawa upadku. Brzmienie wspaniałej anihilacji i bezczelności, która nie ogląda się na konsekwencje – to kwintesencja. Wszystkiego, co było udziałem zjawiska black metalu. Mogę milczeć, ponieważ wszystko wykrzyczał za mnie Fenriz. Wywarczane, wyryczane teksty jak wyładowania elektryczne niosą ciszę po burzy, krajobraz ogarniętego spokojem armagedonu. Chodźcie wszyscy, którzy macie dość – a ja was naładuję, tak iż eksplodujecie. Ze wściekłości i radości. Bo taki jest ten świat – pieprzony świat, czemu innego nie ma świata?

Nonszalancja i patos idą w pierwszej parze. I co mam powiedzieć? Nic nie powiem. Wystarczy, że idę za nimi, że przepłacam kolejne kawałki, utwór za utworem, by nieruchomo tańcować do ciągle świeżego materiału Darkthrone. Patrząc z politowaniem na dziecinadę wiecznych rockowców, od Rolling Stones po – dajmy na to – Satyricon czy inny Dark Tranquility. Może jeszcze pociągająca jest weterańska nuta rezygnacji w Paradise Lost. Ale metaliczny smak porażki, jak krew w zębach, i zacięcie. I wyśmianie, i bycie wyśmianym. I aktywna chęć negacji, i pyszna niechęć. I wesoła posępność, i hulaszcza niewesołość. To Panzerfaust. Przelewający się nadmiar. Niech zabrzmi cała frustracja i zawiedzione wyobrażenia. Nie muszę nic demolować, świat demoluje się sam.

Pozostaje tylko zawodzić jak płaczka. Ale emfazę schowajmy do kieszeni. Zawodowo zajmuję się zawodem, który niesie zawód. Cokolwiek to znaczy, jestem zawiedziony, bo przecież zawiodłem oczekiwania, nie tylko swoje. To znaczy, nie zawiodłem was nigdzie, więc zawiodłem donikąd. Nawet nie wiem, w jakich zawodach wystąpiłem, biegu nie ukończyłem. Ale zbędną egzaltację zostawmy na boku. Czy mogłem się spodziewać, że do tego momentu będzie mi towarzyszyła własna młodość? Ta pod postacią muzycznej subkultury? Teraz mogę tylko siedzieć, prawie bez ruchu, i trwać w zapętleniu czasu cyklicznego. Odreagowywać bez reakcji. Przeprosić wszystkich bez słowa. Mogę zacisnąć zęby i się zaciąć. Przepraszam, żono – za wszystko, bo ono mieści wiele. Przepraszam, dzieci, za to, co powiedziałem i czego nie powiedziałem. Za czyny i brak czynów. Za moje elegijne przepraszam – przepraszam. Pełen niewyregulowanych lat i postrzępionych fragmentów, zadowolony, choć na opak. W swojej wypłaszczonej wertykalności znów mogę z tym ogólnym burdelem przejść do porządku. Nie trzeba się miotać ani krzyczeć. Bo wrzeszczy za mnie kto inny.

O, jaki to prezent móc budzić się z rana. A rano teraz jest wcześnie, wywodzi się wprost z nocy, w której więcej jest przyziemnego chłodu niż ciemności. Geografia słońca rządzi się swoimi prawami. Do tego za dnia nastaje skwar. Tak mocny, jakby stawał się osobną istotą i patrzał na ludzkie zmagania, gdy instynkt znaczy tyle co rozsądek. Piękny to dar, pozaurodzinowy albo właśnie rozlewający urodziny na rozliczne dni dwunastu miesięcy. Człowiek nagle przerywa sen w pół słowa i wstaje, i się trudzi. Wylewa siódme poty. Przy robocie, w polu czy gdzie tam. Wysuszone mięśnie nie dają za wygraną, są jak gruby rzemień albo łyko. Gną się i uginają, nie wytracając się w godzinach. Zmęczenie jest jak dobra zapłata, jak odznaczenie. Jaka to radość pracować na swoim, z przymusu wybranego i najdroższego. W którym pot przechodzi sam siebie i zaczyna być wonią rozgrzanej skóry, olejkiem eterycznym, organiczną esencją życia. Słodko-gorzką mieszaniną wysokiej lipiny z przyziemnym bodziszkiem. Tak właśnie, bodziszkiem, bo urósł kępą w kopce chrustu, tam za stodołą, i przechodzę koło niego od kwietnia czy maja na okrągło. To niezasłużone błogosławieństwo, rzeźbić w glinie godzin, w drewnie sezonu. Zobaczyć na własne oczy, ile zmienia jeden dzień i jak długo-krótka to miara! Na pracę, na robienie jest tylko teraz – dzień przyrostu i przekwitania traw, pylenia pyłu i dojrzewania zawiązanych owoców. Teraz, gdy lipy wabią na gody, buzują niezmordowanie podchmielone pszczoły, a święty Jan dopiero co ochrzcił wodę i możemy o niej myśleć bez obaw, mimo że zagraża nam jak żywioł i jak wszystko. Owadzi tumult przelewa się przez przyrodę w niebywałej obfitości i czas zrobić siano. Uczynić je, wytworzyć z bezszacunkowej liczby źdźbeł. Jakie to oczywiste i głupio prawdziwe. Banał znaczy tyle co geniusz. Ba! Nie trzeba dowodzenia, by stwierdzić tę prostą prawdę. To jak z ludźmi, o których cokolwiek mówić, co dzień są zajęci i zajmujący. Żyją, dopóki żyją. Dobrzy i źli wespół, tak że trudno ich przesiać, wydestylować. Ale z dzisiejszej perspektywy myślę, że są tylko ci, którzy nie znoszą zapachu bodziszka, ci, co przeciwnie – lubią jego dziką, ostrawą woń, i tacy, którzy o nim w ogóle nie słyszeli. Tylko te trzy grupy. Jakie to śmieszne i prawdziwe. Człowiek pod kątem byliny. Bo w sierpniu będzie wrotycz, ale to inny eon: radość owocu. A tu początek gwiezdnego lata. To jest dar i łaskawość niewyrachowana. To jest dziś. Czas, gdy wszystko idzie zgodnie z rytmem, a nie planem, o czym zaświadcza księżycowy uśmiech księżyca. A ty? Do której grupy należysz?

„Wrotycz i bodziszek, bodziszek i wrotycz,
obróć się dokoła, popatrz prawdzie w oczy!
Jednego jeszcze nie ma, a drugi już przyszedł,
żółty będzie wrotycz, różowy jest bodziszek”.

Babcia PJ Harvey
obleczona w dźwięki
wieloręka jak shiva
by tańczyć i grać
na wielu instrumentach naraz
kobieta proteusz
a jednak niepowtarzalnie ona:
PJ Harvey

Pamiętam ją
jako dojrzałą dziewczynę
młodą kobietę
(a sam byłem chłopcem z grzywką)
przywieziona na kasecie magnetofonowej
jako objawienie
(dziękuję, T.)

Niestraszna jej
wulgarność
komizm
brzęcząca nuta anarchii

Stroje, fryzury
twarze w twarzy
piosenki o wywróconej radości
z życia

Miotamy się
zranieni i rozczarowani
może jednak
to tylko ruch wirowy
który chwilami
zaburza upływ czasu

(Is this desire?
Enough enough
To lift us higher
To lift above?)

Chcemy płonąć
tak intensywnie
bo uchodzimy jak muzyka
rozpływając się
w ciemnej fonosferze

Oboje byśmy chcieli
wierzyć w moc zaklęć
(„You’re not rid of me”)
ale na przesądy robi się późno
prawda?

Babciu PJ Harvey
osiwiałem nieco
a dzieci okazały się
dalece bardziej niespodziewane
niż bym przypuszczał

Dzieci przyniosły mi
prezent od ciebie:
białą kredę
jak powrót na podwórko
do szkoły i ostatnich lat
których nie umiem nazwać
White Chalk

Twoja muzyka jest jak łódka
którą uciekam na środek jeziora
gdzie drobna wysepka
pozwala na schadzki
z młodością

Twoja muzyka
pisana białą kredą
na płótnie sukni

Chciałbym dać ci wnuki
którym mogłabyś śpiewać kołysanki
o długim dorastaniu
burzliwym spełnieniu i niespełnieniu
ale wnuki trudno urobić
na swoją modłę
i trudno porzucić

Pozostaje nie dać się zatopić
w ludzkości
i płynąć ku swojemu
własnemu lądowi

Czy twórczość może być
ostatnią i jedyną
deską ratunku?
Dear Darkness
co za pytanie

Niezwykła jesteś
babciu Harvey
czuję twoją nieprzewidywalność
jesteś niezwykła
i trochę straszna
nawet jeśli zbliżam się do ciebie
i być może dzielimy
coraz więcej
przeszłości

Było nie było
pomału
przyjdzie godzić się
na konsekwencje

Było nie było
ostatecznie
zawsze jeszcze
jest dzieciństwo

I patrzy się
w brązowe
w zielone, niebieskie oczy

I patrzy się
patrzy
się

Wiodę swoje wtórne życie po raz pierwszy. Moją powszechną odtwórczość podkreśla odtwarzana muzyka. Oprócz wzmagającego się pośpiechu to jeden z wynalazków ostatniego wieku. Pomimo wykalkulowanego świata wynalazki są nieobliczalne i tajemnicze. Może dlatego poświęcamy im to, co najcenniejsze: uwagę. Z tyłu głowy rozważam, jak odtwarzanie zmienia percepcję, jak rzeźbi wrażliwość. Ale dlaczego z tyłu głowy? Dziwne umieszczenie myśli. Może powstaje ona tuż pod skórą, w zmysłach albo we wdychanym powietrzu?

Mój odbiór wibracji i wszystkiego wokół jest jednak analogowy, nawet jeśli to, co słyszę, to zestaw pociętych fragmentów cyfrowanych, o przepraszam, cyfrowych. Cyfrowany jest bas wydarzeń pod moją nieustanną melodię. Basso continuo – wyjęty prosto z baroku wynalazek. Tyle że nie dorastam do swojej cywilizacji i większości wynalazków nie rozumiem. Póki co tylko z dnia na dzień jestem – czy nie taka jest właściwa definicja częstotliwości?

Przez inne sezony przebija się ten, który jest. Praca rośnie jak trawa, dojrzewa, przejrzewa, ale jej nie ubywa. Kupuję sadzonki warzyw, „na jarmaku”, jak to się u nas godo. I patrzę, jest macierzanka, roślina znana z legend o minionym smaku wsi i wolno rosnących przydrożach. Wcielenie wytrawnej woni. Więc wziąłem, ba, dorzucono mi drugą darmo, może pospolitość ziela nie ma już na wsi wzięcia? Ech, jestem małoduszny – to był dar.

Dar i zapowiedź, bo oto wkrótce K. przesyła mi swoją kompozycję – utwór Macierzanki, z muzyką do wiersza Felicji Kruszewskiej. Przeczytałem go na telefonie, choć wiersz jakby nie należał do tego świata. Zjawił się, wychynął zza faktów.

I włączyłem muzykę K. ze słowami wiersza, ale płynącą bezsłownie. Dźwięki bowiem mówią same za siebie i za słowa. Czy to nie niebiańskie – słyszeć treść i słuchać pojęć? Z tyłu głowy, czyli w ukryciu, włączam się w harmonię, myślę o wierszu w splocie z muzyką w kompozycji K., o wielorakiej jedności, której nieustannie szukam wokół. Wypatrując jej intencjonalnie, mając już w zamyśle, w prespojrzeniu, na dnie oka. (O, jak trudno duszy wyjść z wnętrza ciała.)

Kocham was, macierzanki, umajone kwieciem kwiaty, jesteście jak ten maj, który nie tylko jest tym majem, ale też majem w ogóle. Tym, naprzeciw którego wyjdę z własnych wyobrażeń, z głowy. Tak jak to mają w zwyczaju ludzie i wszystko – wyjdę. Gdy macierzanki będą rosnąć nie dla sezonu, ale dla życia samego, dla zapachu. Tego, który wie, jak jest wonny i czysty. Dla zapachu wie-czystego.

Słucham muzyki, odbieram jej puls, choć w istocie grana jest podzwonnie, cmentarnie, bo przecież nie na żywo. To drgania odgrywające rolę dźwięków, przywodzące je na myśl, przychodzące w ich imieniu. To także gra walcząca o przetrwanie poprzez mit wiecznego powrotu. Muzyka symbolizująca muzykę. Tę, która płynie na kształt krwi. Płynie, ponieważ wszystko płynie – z nią i jak ona. Płynie i rośnie. Czy to możliwe? Jednocześnie płynie i rośnie.

Jak echo powtarzającej się lektury wiersza, szpik słów, w którym mieszka cała pełnia świata. Odtwarzam na głos wyrazy, rytmicznie łączę ich cyfrowaną fakturę, by ułożyły się na kształt desygnatu. I oto macierzanki brzmią jak macierzanki:

„Jestem drugim upałem, który słońce zetrze,
Brązową miękką skórą, którą żar wysusza,
Dłońmi wyrzuconymi w skwar, w radość, w powietrze –
Nie mam zupełnie duszy. – I po cóż mi dusza?”

Omija nas życie. Opływa. Znajduje prostsze drogi i mniejszy opór. Sączy się w poprzek, na przekór duktu poczynań i szkicowej obecności, mimo uwagi poświęconej sobie. Więc znów zajmujemy się czymś, co ujdzie z dziurawego naczynia jak czas z doczesności.

Na jednym niebie zza nietożsamych z dniem wczorajszym obłoków pokazują się Arktur i Capella, z pobocznym wątkiem gasnącej Betelgezy i zawsze bezprecedensowym Syriuszem. Możesz zgadywać: jest kwietniowy wieczór, z tych mroźnych, gdy soki spowalniają i pierwsza zieleń gęstnieje; ptasie gody muszą się napuszyć i jakby ukryć w rzekomej ciszy. Jednak świąteczna oktawa trwa, ale bluźnierstwem byłoby ją zatrzymywać. Jeszcze nie wstąpiła w niebo, które tymczasem potrzebuje kilku minut na wyemanowanie dnia, dośpiewanie melizmatycznego Alleluia. Jego głos wnika w sklepienie, kończy się, lecz brzmi. 

O czym doprawdy wspomnieć, by móc się ponownie powtórzyć, uwierzyć w cud? Zdumieć się w tym nieuchronnym żywocie, roszczącym sobie nieuzasadnione prawa do samostanowienia i przyzwyczajeń? Wybij nas, Boże, z tego ziemskiego mesjanizmu roli, zdzieraj z nas maskę namiętności, pod którą jest przepaść ciała.

Czy już się domyślasz puenty? Cielesność się nie zdarza, tylko ujawnia. Czym jest uwielbione ciało Chrystusa? Muzyką zmartwychwstania, wstępem do człowieka. Ale to jedynie z naszej perspektywy. Zatem kim jest Jego ciało? Myślą i zamysłem przenikającym skórę. Kształtem i dotykiem tchnienia.

To jest znaczenie słowa „źródło”, do którego się nie przebijemy, dlatego tylko patrzmy, wypatrujmy. Jakby miało się pojawić na końcu języka, na horyzoncie. Wytrysnąć ku życiu wiecznemu. Tego nierozwidnionego dnia i niezapadłego wieczoru, to jest dzisiaj. W widoku kilku zimowo-wiosennych gwiazd, w kwietniu rozbryzgującym się na magnoliach, mirabelkach i forsycji. Z rozproszonymi bliskimi przy jednym wspólnym obrządku.

To rozbłysk świąt, które przejdziemy, by zaśpiewać pieśń na cześć śmierci pożerającej wygnanie i obcość. O życiu, którego zawsze brakuje, chociaż wydaje się inaczej. Bo jesteśmy jego symbolem, odblaskiem, pragnieniem. Omija nas. Opływa, wycieka. Niestety. Na szczęście.

Vidi aquam egredientem de templo a latere dextero, alleluia.

Staram się rzetelnie marznąć i ocieplać. Namiętna, zimowa praca wre, ale i tak ptaki są niedoścignione. Nawet ich lot jest żarłoczny, choć lekki. Przyroda nie jest sentymentalna. Ani nie rozważa racji.

Więc ręce, stopy. Końcówki odczucia ciepła. Rozgrzewam je, by nie obumarły i wiosennie nie zakorzeniły się w ziemi, która jest przecież żywiołem pierwszym, ale nienajpierwotniejszym. Nawet jeżeli łyko stawów i skóry skrzypi i staje się twarde, trzeba walczyć o czucie. Ten pierwiastek żeński w naturze świata. Żywotność jest jędrna, miękka i wilgotna. Wszyscy walczymy o żywotność. Dlatego jest ruch, zajęcia i obrachunek bieżących dni. Jedzenie, a tego w naszych stronach pod dostatkiem. Czy któryś z was, drodzy antenaci, by przypuszczał? Same luksusy.

W buzującym zakątku dziejów jest czas, by się ogrzać. Do tego we własnym państwie, czyli na skrzyżowaniu wyłączonym póki co z ruchu, choć wcale nie pustym, mimo prostych rysunków nienaskalnych, na których wykresy pokazują zapaść demograficzną, a zegar wybija przeludnione południe. No tak, w co mi przyszło wierzyć? W informacje, które wpadają nieustannie w orbitę głowy i spalają się w locie lub wybijają w mózgu kratery? We własne rozumienie faktu funkcjonowania świata? Każde słowo tego pytania jest dymem, o tyle gęstym, że nie widzę, co w istocie kryje się w jego dusznej atmosferze. Ale przecież sam jestem dla siebie ciasny, a myśli zdradzają naturę manipulatora i krętacza. Rozum – arbiter elegantiarum. Wielki tłumacz odczuć i bodźców. Więc skąd wiem, że nie to znaczy być człowiekiem?

Nie po to przygotowuję się na kolejne sezony, by być gotowym na wszystko. Drżę o zbyt wiele rzeczy, drżę we wszystkie strony. Czemu ciągle łapię się na tym, że nie umiem przyjąć losu, jakby był nie naszą opowieścią, ale piosenką na ustach Wiekuistego? Czemu muszę być dzieckiem swoich czasów?

Na szczęście są troski, mnożą się, zaskakują, więc wychodzę z obejścia wewnętrznych dialogów. Po mętnym niebie snują się rozliczne sygnały radiowe. Fale faktów zalewają pola i drogi, wnikają do domów. Trudno mi uwierzyć, że pogoda nie ma wpływu na sytuację krajową, geopolityczną i tym podobne. Gdy jest mróz, kurczą się granice, rozpychają rzeki. Podczas odwilży grzęzną zamysły i zamiary. Horyzont ciągle się przeobraża, przychodzi nie wiedzieć skąd, choć niby radary pokazują prawdę przestrzeni, realne fluktuacje ciśnienia i wzbierającą żółć temperatury. Nasz świat to bowiem sprawa globalna. Tak mówi wiara w ludzkość. A ludzie są obecnie mocnej wiary. Zinterioryzowna ludzkość to nasza wiara i każdy jest kapłanem w tym systemie wierzeń. Choć w szerszym ujęciu to z pewnością tylko prymitywna religia gospodarki i stosunków międzynarodowych. Globalne zaburzenie pourazowe. W glebie rozsądku rejestruje się znaczne stężenie opioidów. Hybrydyczne syndromy włóczą się jak potępieńcy między jednym a drugim aktem przemocy. Wielkie sekty państw nuklearnych wciąż każą się prosić o pomoc. Potrzebne są proszki, pani Ziemia ma globus.

Ale oto poranek, czystej wody szaruga, trzeba nakarmić zwierzęta, które cudownie rwą się do życia. Ich sierść koloru gliny, próchnicy, iłów i skał. Bogactwo, którego nikt mi póki co nie zazdrości. Tak jak książek, którymi ocieplone mam ściany pokoju. Więc bezkarnie i zaocznie mogę być bogaty. Ot, na użytek chwili życia, które jeśli uprawia ekspansję, to tylko przez samo istnienie. Czy warto wydać kolejną godzinę na co innego? Oby jak najdłużej nie było warto i nie było trzeba. Cokolwiek przyjdzie kiedyś przeczytać w annałach, oby ich zapisy były lakoniczne i nudne. I taktownie nie wchodziły między wiersze, gdzie zostaniemy przemilczani z całą szczegółowością dnia, pracą u podstaw, oczekiwaniem wiosny i drobnymi zbiorami owoców. Na tym polega sukcesja życia. Niepisana zasada bycia tu i teraz. Przeplatanie ciepła i zimna, walka w kręgu tygodnia, miesiąca, wirowy ruch obowiązków. Szorstka namiętność życia.

Zimowa praca wre. Łachy szreni w polu, poranny szron i zmarzlina. Domowe ognisko, zacieranie dłoni. Dar walki o podstawy. Dzieci wracają ze szkoły. Wychodzą ze szkoły. Oby dzieci miały dzieci. Taka jest żywa tradycja i jej ustny przekaz, którym jesteśmy. Niech nic innego nie opowiada nam świata. Pozostaje człowiek. Ustny przekaz. Jak pocałunek.

Zaległa zima. Odcienie bieli: skrzy się światło, błyszczy noc, szara zawieja wżera się w zmysły. Syczy zadymka, przesypując lodowy piach, świszczy, puszy się i pyszni. Dni mierzą się białym widnokresem. Stygną myśli. Śnienie na jawie.

Kochamy się w żywiołach, chociaż są naszymi oprawcami. W śniegu i lodzie utkwiła przeszłość wraz z krewnymi i obcymi. Tymczasem dzieci idą na sanki, ślizgają się po wierzchu i zanurzają w soczystej zmarzlinie. Przeraźliwa zima rzeźbi wzory. Jej wyroby cieszą się długą tradycją, sięgającą początku, gdy ostatecznie zeszli się Czas z Dolą. I zrodzili zachwyt i ból. Zło i dobro to inna, dalsza baśń. Moi drodzy przodkowie, krewni, których krew obróciła się w lód lub nad śnieg wybielała, płynąc obficie. Albo też śnieg zabarwiła. Czy to nie syndrom sztokholmski, kochać się w zimie? Mróz płynie z północy, zza Sztokholmu i miast głębokiej Skandynawii, gdzie ludzka krew się rozrzedza, rozrzedza i zanika. W raju bowiem nie ma ludzi. W sercu północy, pod opieką Gwiazdy Polarnej, życie umajone jest szadzią.

Na granicy wyobraźni patrzą na nas gwiazdy źrenicą bez powiek. Czy to nie straszne? I nie piękne? Światło nie ma powiek, ale patrzy. Pali, lecz nie spala, zza kotary przestrzeni, wewnątrz której mamy swoją lichą kolebkę, przybytek losu, i nienasyceni jesteśmy bezpiecznym przebywaniem. Pragniemy cię, światło bez treści. Bo treść rodzi się z braku bezpieczeństwa. Nasze losy są tak pogmatwane, że trudno w nie uwierzyć. Przybądź, światło bez treści, matko zimnych do cna pejzaży, które bez żadnej zasługi podziwiam. Obym potrafił w każdej chwili powiedzieć: „Słusznie, że jesteś”, „Słusznie, że odchodzisz”, „Słusznie, że cię nie ma”. W każdej chwili i doświadczeniu. Obym potrafił powiedzieć: „Słusznie”. Tego uczy zima.

Nie mogłem trafić lepiej, otrzymać więcej. Jestem stąd. Gdzie dnem i szczytem roku jest mróz. Miarą i odniesieniem jest biel zimy. Oczekujemy jej i myślimy o niej z trwogą. Uciekamy przed nią  – zamrożeni. Głęboki wdech i skok. Choć tak naprawdę mamy się wynurzyć. Przejść za kotarę przestrzeni. Poprzez zorzę nad ośnieżonymi jodłami, która utrwala się na naszej twarzy, promieniuje. To nauka, która płynie z zimy. Pracuj nad swoim zachwytem. Obyś zawsze potrafił powiedzieć: „Słusznie”. W godzinie próby, która nie zważa na okoliczności. Ale zło i dobro to późniejsza baśń. Zima jest starsza. Jej lokalna historia, cudowne wcielenie w świat, przebija przez pamięć. Promieniuje z tła. Jej pierwszy lód istnienia, pierwsze uderzenie serca.

Śnieg bowiem to krew, która pragnie wrócić do swojego pierwotnego stanu. To nie wniosek, nie definicja, tylko początek, zadatek radości, słowa wyssane ze stycznia. Dlatego jest z czego się śmiać. Kłęby wydychanej pary są śmiechem oddechu. Oddychaj, oddychaj mocno. Właśnie tak. Tak właśnie.

W zasadzie można by uznać rzecz za niebyłą. Ale czy nie warto wydobyć z cienia to, co przedmiotowo skromne i w swej prostocie tak zasłużone? Otóż wśród sprzętów okołoliturgicznych dziadek był narzędziem mającym specyficzny status. Rzekłbym, niepoślednio pośledni. Niby w samym centrum, nigdy jednak bezpośrednio nie brał udziału w nabożeństwach. Stał z boku ołtarza głównego, nieruchomy i zwykły, tak że nawet nie każdy go zauważał, wtopionego w nieruchomość barokowych zdobień wokół. Ot, kij jak od miotły zakończony esowatym prętem, na którego końcu znajdował się jakby dzwonek bez serca. Z haczykiem poniżej, na który nawinięty był knot. Dziadek służył do zapalania i gaszenia świec. Czy nazywał się tak tylko u nas, czy było to obiegowe określenie, tego nie umiem powiedzieć. Ale wewnętrzna zgodność funkcji i nadanego miana nie mogła być tu przypadkowa. Sędziwy sprzęt darzący prostą mądrością techniki i wypracowanym sprytem wprowadzający poczucie ładu i harmonii.

Za dni naszej służby dziadek znał bodaj tylko dwóch użytkowników, z których jedynie niezłomna siostra Kazimiera doprowadziła swoje rutynowe działania przy ołtarzu do prawdziwej wirtuozerii. Na starym, kamiennym ołtarzu stały jeszcze smukłe świeczniki z długimi pseudoświecami wypełnianymi przez naszą zakrystiankę niczym pannę roztropną oliwą. Siostra mogła się pojawić właściwie w każdej chwili. Jej dziadkowa posługa światła miała swój nieznany układ odniesienia, toteż nawet gdy w dowolnym momencie mszy nagle zaczynało się ciche krzątanie przy świecach, nikomu nie postało w głowie, by uznawać to za niestosowne lub poczuć się rozproszonym. Przeciwnie, pojawienie się siostry Kazimiery chwytającej za dziadka nasycało myśli nabożnym wyciszeniem i – nie wiedzieć czemu – pozwalało jakby głębiej wniknąć w sprawowane obrzędy. Z dreszczem swojskości i poczuciem znalezienia się we właściwym czasie i miejscu.

Kto z chłopaków, pilnie przyglądających się wprawnemu działaniu dziadka, nie chciał sam chwycić go w ręce, stać się choć na chwilę Bożym latarnikiem? Nakładać i gasić płomień? Jednak może przez strach o wywołanie pożaru przez byle gałgana pilnowano, by nikt z nieupoważnionych nie próbował dziadka użyć. Tylko pokątnie, choćby przed zbiórkami ministranckimi w kościele, udawało się pochwycić z przejęciem niezwykły drążek, przymierzyć go w dłoniach, popatrzeć w górę, dotknąć mosiężnego kształtu. Tylko i aż tyle. Bo czy znalazłby się równie zacny artefakt łączący dawne z nowym? Będący namacalnym symbolem tego, co niepozorne i nieodzowne zarazem? Dziadek – narzędzie gospodarskie i patriarszy kostur. Wierny sługa, oddany powierzonemu sobie zadaniu pomagier. Jak mógłbym o nim zapomnieć? Jego prostą jak budowa cepa strukturę kontempluję w pamięci do dziś. Jakbym czytał traktat o doskonałości i zmyśle formy. Nienazwanej jeszcze w oczach chłopaków w komżach, rozpisanej na pokolenia sensowności.

Wychładza się ziemia. Kapryśny deszcz i zetlałe słońce. Tylko brzozy trzymają się jeszcze jedną ręką złotej jesieni, ale to już dziesiąty dzień. Misterium listopada trwa. Klucze dzikich gęsi otwierają niebo. Księżyc w przelocie faz i półfaz. Pod krzyżami – zmarli.

Fundacja możnej rodziny Szujskich: obok mojej białej Maryi, spoglądającej z góry na cmentarz i na mnie, odkrywam grób swojego poprzednika. Więc dziękuję za parcelę, kwaterę życia, za dom w litym drzewie. Jaki użytek zrobiłem z tego, co otrzymałem?

W kieszeni klucze, rozsypane zapałki, kłąb chusteczek i paragonów. Para z ust. Ciągle jesteśmy niegotowi. Jak tu ugościć wszystkich świętych?

Mniej gadam, więc głos się obniża. Co dzień korbuję wodę dla zwierząt, wiadro za wiadrem. Saturn i Syriusz na niskim horyzoncie. W nocy widzenie nieba: pierwszy jesienny Orion.

*

Tymczasem umiera M., jakby wreszcie. Od lat umierał, ale tym razem na amen. Wreszcie. Niżej już nie będzie. Oglądamy sobie nagrania, jego raporty znad ukochanej rzeki, jedynej ukochanej. Dominika wie.

Kilka dni po pogrzebie jedziemy na grób. Misterium listopada. We dwoje. Pochmurno, czasem mży. Niewiele jest godzin dnia, trzeba się zmieścić za widoku. W lesie czyjeś auto w rowie. Za szybko wzięty zakręt. Kierowca młody, podniecony, niezbyt trzeźwy. „Pomóżcie, pomóżcie”. Boi się policji. Nie ma linki. Zatrzymują się przejezdni. Wyłącz silnik. Ale ktoś przyjedzie po niego, bo on stąd. My spieszymy, z daleka, kilka godzin jazdy. Nic tu po nas.

Miasteczka puste, ulice. Kraj się wyludnia, nawet jeśli ludzie chowają się przed listopadem, nie ukryjesz opustoszenia. Tylko uciekinierzy przed trzeźwością, miejscowi. Z rzadka przechodzą. Z bliska kurwują. Słychać w centrum, gdy dojeżdżamy do celu. W jedynym otwartym lokalu kobieta, patrzy zaskoczona na widok wchodzących. Od biedy ma zapiekanki, w które sama nie wierzy, więc idziemy. Nie ma gdzie zjeść.

Ale po drodze sosnowe lasy, wilgotny mech pod nogami, ostatnie chłodne grzyby, barwne kapelusze jesieni. Kraina dwóch rzek, Czarna wlewa się do Pilicy. Usłysz te imiona w języku nowej ziemi i nowego nieba.

Odwiedziny u wejścia: Wujek J. uchyla drzwi. Poznaje, tyle że zmieszany i samotny. Pytamy o groby: żony – ciotki H. i M., bo przecież zmarł. Chcieli go do mogiły dla bezdomnych, ale siostra nie pozwoliła, więc jest osobno. Przecież nie był bezdomny, nawet jeśli ta melina już zapomniała babci i innych. Kłódka zamknęła historię.

Zza ogrodzenia ktoś filuje, tak, to ciotka H. Zresztą kto by tu nie widział przyjezdnych. Pustka, wszystko pustoszeje. Wujek J. tłumaczy: za kaplicą w lewo i zaraz w prawo, a M. pod murem dalej, taki jasny krzyż. „Wchodzita czy idzieta, bo zimno”. Więc idziemy. Jeszcze nie na cmentarz, ale na groblę. Nad rzekę. Ukochaną.

Z naprzeciwka nadchodzi starsza kobieta. Różowa chusta nie licuje z niczym. Kto może tędy przechodzić? Czarną kreską podkreślone oczy. „Dzień dobry, poznaje mnie pani?”. „Od razu, nic się nie zmieniłaś”. Mama tamtego B.: „Czasy się zupełnie zmieniły” – mówi i raz jeden patrzy prosto w oczy: „To nie są dobre czasy”.

„To nie są dobre czasy. Nie dla mnie”. Jedyny wnuk mieszka w Warszawie. Brak już kontaktu. Nie przyjeżdża. „Jeden wnuk, to jakbym żadnego nie miała”. „Nikogo nie ma”. „B. pracuje, siedzi w domu. Ale co to za praca – w domu?”. „Nie ma dzieci, w ogóle coraz mniej ludzi”. „Co będzie dalej?”. Ciotka H. krząta się na winklu, zerka, znika. Obok podziurawiona, stara szklarnia.

Wujek niesie drewno. „Trzeba zapolić już”. Żegnamy się nieznacznie, jedziemy na cmentarz. Najpierw kościół, wielki i ceglasty. Niedziela w połowie, więc nikogo, nawet mszy. Dalej cmentarz, sklep ze zniczami i słodyczami. Poszukiwanie mogił, telefon, ochrypły głos A., kuzynki, siostry. Zapadły grób rodzinny. Dziadkowie, wujkowie, zmarły przed tygodniem M. Wieczny odpoczynek. Kropi deszcz. Robi się szaro, tak że nie odróżnisz popołudnia od wieczoru. Błyszczące światła asfaltów. W domu dzieci czekają ze snem.

Zbiera się nam na deszcz. Bezgwiezdna mgła. Malejący księżyc biorę na wiarę. Nie ma jeszcze połowy miesiąca, ale listopad to obrzęd. Trzeba trzymać się rytuału. Niech tylko jego rytm wybija nas z rytmu.

*

Łabędź odlatuje z widnokręgu, coraz wcześniej rozpływa się na zachodzie. Jego skrzydła, korpus to gwiazdy. Zaczęła się mgła, wreszcie. Oprócz ciułanej codzienności nic takiego się nie dzieje. Życie płynie obok bólu. A może nie? (Sorrentino)

Wyobrażam sobie raj jako pożegnanie ze wszystkimi, wysyconą samotność wędrówki, która prowadzi poza widnokres. W pokruszone igliwie i plechę. Nie umiem odżegnać się od zmysłów. A jeśli jednak spotkam swoich przodków z krwi i kości? Czy zamienię się wreszcie w słuch?

Roztrwaniają się ostatnie okruchy złotej jesieni, brzozy i leszczyny. Szaruga nie jest srebrem. To pierwotne ubóstwo, które jest i może być wszystkim. Niedościgniona materia prima. Tymczasem już może za progiem, za winklem nocy zaczyna się późny chłód. A przecież marznięcie to czynność, to praca, którą trzeba podjąć całym sobą. Marznięcie to walka i nadzieja. Proroctwo połowy listopada.

*

Dwudziesty dzień miesiąca, nów księżyca. Poddani rytmowi, który obecnie jest jak ledwie wyczuwalny puls, ulegamy zbiorowej halucynacji. Godziny są tak upchane, że nie da się ich zamknąć. Żyjemy w złudzeniu dyktatu czasu sztucznego (Pérès). Ad mortem festinamus. Księżyca nie widać, chowam się za księżycem, by nie powiedzieć wszystkiego, przemilczeć.

Tu, w okolicy, po kilku miesiącach dziwnych chorób zmarł zupełnie dotąd zdrowy młodzieniec. Po tych, którzy zginęli w ciągu roku w wypadkach to kolejna ofiara bezgłośnego absurdu. Bo przecież można też żyć kilka razy dłużej, ale nie. Śmierć chyba nie jest wielkim matematykiem, nie ma wzorów na to, kto będzie następny. Więc nadal staram się cieszyć drobnym bukietem, który zebrałem pierwszego listopada na łąkach nad doliną Rajbrotu. To, co półżywe albo uschłe, nie butwieje tak łatwo.

Żołądek się ściska na myśl o teraz. Sprawczość nie unieważnia bezradności, dlatego obecnie zaczynamy dzień przed świtem, a kończymy bez cienia słońca. Tak czy owak pracujemy, zupełnie bezradni. Modlę się, ale nie o cuda. Tylko o życie w żyjących, młodość w młodych. O jasne życie i przejrzenie.

Czy można niepokoić zmarłych? W siódmej klasie druga część Dziadów. Zaklęcia się powtarzają, wracają słowa jak duchy. Znów zanurzamy się w tym, co umyka naszej uwadze. Ale i tak jesteśmy rozproszeni, chorzy. Jesteśmy niewidomi w hucznym oświetleniu, światłach i wyświetlaczach. Dzieci rosną za szybko, tygodnie przeciekają między palcami. Czas przyspieszył, bo przestaliśmy się powtarzać. Powtarzać.

*

Ostatnie dni listopada. Czas pokochać błoto. Nasza historia jest historią błota, grzęźnie. Nasze dziedzictwo, nasze czarno-bure złoto. Na poły płynne i stężałe. Zanurzmy się w nim z czułością.

Już pierwszy śnieg, od razu po łydki, i pierwsza odwilż. Zmarli odchodzą, oddalają się wraz z dniami listopada. A żywi? Powinniśmy zastygnąć nieco, znieprzytomnieć. Ale zgubnie walczymy o uważność i aktywność, pobudzamy się, ogrzewamy. Choć obecnie nic szczególnego nie zależy już od naszych działań. Nic szczególnego. Kawa zaprawiona jest złudzeniami.

Zabrakło prądu, ale na zbyt krótko, obrazy w oczach nie zdążyły nikomu pociemnieć. Pozostała tylko podświetlona na czerwono awaria i wyrzekanie. Może to moje drobne, chtoniczne bałwochwalstwo, ale życzyłbym wszystkim, by lokalne ziemskie bóstwa objawiły się pod postacią braku prądu. Wszystkim żyjącym posyłam kolędę życzącą: niech w naszej bezradności zwrócą się jedni do drugich, niech zapanuje bezradność człowieka. Wielka bezradność, w której tkwi to, co najszlachetniejsze. Niech kraj będzie biedniejszy i mocniejszy, życzliwszy. Cichszy i pogodniejszy w marznącym deszczu, w najkrótszych dniach roku.

*

Myślimy o dzieciach. Ich ciężary są naszymi ciężarami. Choć ich życie należy już do nich. Czym byłoby życie bez dzieci? Tym, czym mieszkanie wewnątrz dwudziestego pierwszego wieku – postępującym zdziwaczeniem, snuciem solipsyzmów, rozczulaniem się nad rozlanym mlekiem. Nie każdy jest mieszkańcem swojego wieku. Odrzucenie płodności to nie wybór, a jedynie kapitulacja. Wyrok wydany sobie. A przecież nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Półtorej godziny w mieście Krakowie. Sobotni poranek. Psy i pieski z wycieranymi łapkami, w sweterkach, skafandrach, noszone w kocykach na ręku i wożone w wózku. Psy i pieski.

Obyście, moi odeszli i przychodzący zmarli, nie przestali się rozmnażać, nie umierali śmiercią drugą i trzecią, po której stygnie pamięć pamięci. Czemu los wydał was w nasze ręce? „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, też nie uwierzą”.

Wigilia świętego Andrzeja skrzy się mrozem. Zlodowaciały śnieg i mróz to łaska tego roku. Niech stygną nasze zmartwienia, nasze chrome dusze, niezawiniony spadek po dalekich bliskich, wrodzone blizny i zagnieżdżone zranienia. Chłód cudownie nas przygasza, przywraca nam pozycję embrionalną. Człowiek na to jest, by się rodził. Święty Andrzeju, patronie małżeństw, uproś temu ludowi pragnienie potomstwa. Na świadectwo życiu danemu od Stwórcy. Pierwsza niedziela Adwentu, ostatni dzień listopada okryty fioletem, doroczne obrzędy. Powtarzamy się jak Hostia, czekamy na jedyne chrzty rodzących się dzieci. Na przemian martwimy się i uspokajamy. Powtarzamy się, powtarzamy i utrwalamy.

Zbierzmy fakty. Pierwsze dni jesieni kalendarzowej, czyli takiej, która jest naprawdę, nawet jeśli jej nie widać. Upały jednak się rozpłynęły, z ostatnim dniem zanikającego księżyca, jaskółki wyleciały dwudziestego drugiego września; ich wyczucie to takt, z jakim cała przyroda potrafi istnieć pomimo człowieka. Zaocznie zaczęło się grzybobranie, znać po wielu samochodach pod lasem. W kieszeni telefon, sobowtór myśli, pęcznieje od obrazów i wiadomości. Udaje, że jest jak głowa, tylko lepiej sortuje elementy i dorzuca więcej od siebie. „Od siebie” – nie wierzę, że to mówię.

Ile to śmierci wokół, wakacyjnej i powakacyjnej. Niewidzialnej, ale namacalnej. Czymkolwiek jest – jest. Młodzieńcze wypadki, sąsiedzkie choroby, nieodległe, w bliskim polu przeżyć, oscylują wokół nas, bez żadnej logiki, na oślep, choć celnie. Ale nikt nie celuje. Śmierci nie widać, ale po trzykroć jest.

Po trzykroć, nawet jeżeli przyzwyczajenia potrafią momentalnie uwierzyć w świat, a wojny rozgrywane są nadal na mapach i nie mamy ich w sobie ani na podwórku, ani w piwnicy. Ale pokój to rzecz nieswoista. Bezpieczeństwo to bezimienny ląd. Może właśnie wojna jest tutaj jedyną nieśmiertelnością. Dlatego tak wielu się do niej ucieka. Choć nie chcemy umierać, nie chciejmy też nieśmiertelności.

Bardzo nie chcę tej śmierci, która wykwita, wisi w powietrzu. Nagła i niespodziewana, długa i dojrzewająca. Pełna trocin, pyłu. Pełna zarodników. Nie chcę tych mikrośmierci, umierających sytuacji jak szczęśliwych związków, które się nie zawiązały, niezapłodnionych komórek, cyklów bezgwiezdnych nocy, światłocieni twarzy, które na moich oczach nie przetrwały i giną. Nie miejmy złudzeń: to nie zmienność ani to nie czas. Wdychamy nasiona, które kiełkują. Nagle i niespodziewanie. Powolne i wyczekiwane.

Morfologia żywota: tylko miłość mamy we krwi. Tak łatwo wyzbywamy się miłości. Można ją zatamować, wylać, wysuszyć. Dlatego się chowa, rozwija niewidocznie. Idzie rozłogami, niewychwytywalna. Nie dotykajmy miłości. Nie wolno jej dotknąć, bo nas porazi, spali. Jest tak dotkliwa, że aż gwałtowna. Przed krwią zasłania się oczy i pada na twarz.

Więc jeśli naprawdę nadal mamy być ludźmi, żyjmy jak we mgle i snujmy mgliste plany na dziś, zawstydzeni śmiałością zamierzeń. I tak boję się konsekwencji i niekonsekwencji czynów. Pocieszając się mimowolnym oddechem.

Nie ma usprawiedliwienia, dlatego na nieusprawiedliwienie powiedzmy sobie, że skoro jesteśmy ludźmi, w istocie czynimy to niechcący.

Lato nie ma tajemnic. Tylko może skwar. Gdy drży jego skóra w nieruchomym widoku. Leży obnażone, dojrzewa i schnie. Żniwa mocują się z ostatecznością, z największym uporem, jaki zna mój wewnętrzny człowiek. Ten, który podpowiada mi czasem, kim mogę być i czy w ogóle kimś jestem poza tym, co się w ogóle kojarzy. Więc lipiec i sierpień trwają. Rozwijają się i płyną liturgią światła i znużenia. Ciepło zaciera ślad skracającego się dnia. Tymczasem za łanami zbóż powraca morze. Lipiec spada pierwszymi jabłkami prosto w sierpień, niepowstrzymanie owocujący, zawiązujący się w snop sezonu. A morze? Niby dojrzewa falami, ich bruzdy jak niekończąca się orka zaklęta w wodę. Rytmiczny szum jest jak ogłuszający, nieustanny kosmos, otwarty daleko po zmroku, tutaj, gdzie słońce się spóźnia z odejściem, choć ruch żywiołu nie zna gry na czas. Kąpiel jest dotykiem, łagodnym poznaniem chłodnej skóry. Ziemsko i lipcowo kocham cię, morze. Kobieto i odległy przyjacielu, półobca istoto, która wnika w tkanki, czucie. Kocha cię mój wewnętrzny człowiek, którym jestem. Latem, o tej porze, która tu, na lądzie, jaśnieje, zaprzepaszcza się w deszczu i pod szerokimi liśćmi lipy, pod jagodziną, pod jarzmem owoców schnie i schnie. Na ścierzni, rozpalonej i bezwstydnej. Późnej, choć pełnej jeszcze namiętności. Modlę się z tobą, morze, wobec ciebie i przez ciebie. Niosę cię, tak jak ty mnie. Karmię cię chlebem, eucharystią, gdy przyjmuję ją w siebie. Bezbrzeżne połacie fal kładą się i kładą pokosami, warstwami. Unieważniają ziemską plenność, choć są płodne do głębi, która przyzywa głębię, wzbiera i opada. To gra podobieństw, dalekich, ale wyraźnych. Sieci skojarzeń, w które jesteśmy złapani jak w życie. Żniwa walczą ze śmiercią, nieujarzmione morze kończy się poza wodami. Morze nie ma tajemnic, bo nie ma nic, co nie byłoby tajemnicą. Żywioły głoszą sprzeciw i zgodę na wszystko. Mówią o sobie w języku erozji. Na styku ziemi i wody przesypuję w rękach piasek jak odwieczne proroctwo. Odczytuję. Między lipcem i sierpniem, miesiącami człowieka, wewnętrznie nienaruszonymi, ogarniętymi niespożytym ruchem. W przesilającym się roku. Jestem w lipcu i sierpniu. Jestem lipcem i sierpniem. Tęsknię za lipcem i sierpniem. Jak za Stwórcą, którego szuka mój wewnętrzny człowiek. Wypatruje tak jak się wypatruje wieczora i poranka, sylwetki nadchodzącego jutra i twarzy wczorajszego dnia. Lemiesze statków orzą powierzchnię wód. Mój ziemski, nadmorski Boże, objawiający się na styku horyzontów, styku rytmu z czasem, ciała z myślą. Wypatruję cię, węszę. Podczas każdej mszy poluję na ciebie, łowię i łapię za słowa. Wreszcie pożeram i pochłaniam. Tu, gdzie jestem. W letniej krainie owoców i wydm. Łąk i fal. Czy z czymś to się nie kojarzy?

Znałem, oczywiście, że znałem. Pan Edward, właściwie zdrobniale: Edek. Zaczyński, piękne nazwisko, na zaczyn prac, których miał sporo, bo i stolorz, i pszczylorz, i gospodorz, a jakże, bo kto by nie gospodarzył. Zwłaszcza w tym jeszcze pokoleniu. Przecież starszy był ode mnie o pokolenie jak nic. Czterdziesty ósmy rocznik. Tradycyjnie, jak zwykle – serce. Chociaż mógł jeszcze żyć i niech nie będzie to bluźnienie woli Boskiej. Mógł żyć, choć zmarł w ostatnią sobotę. „Ale zły ranek tej soboty” – zaczął mi mówić Z. I się dowiedziałem. Jak to Edek? Zmarł? Znałem go od początku, to znaczy, odkąd tu jestem. „Żeby się dobrze mieszkało” – powiedział, dając mi miód. Lat temu, a z osiemnaście. Gdym się o stolarkę okienną przygadywał. Jak to zmarł? Przecież żył.

Boże, biedna Marysia, jak jej teraz żyć, bez swego. Boże, czemuś stworzył wdowy, biedne stworzenia, mocne, płaczące kobiety, których życie musi się tak przeobrazić, zasklepić. A dopierom co widział ich razem. Bo to razem, to jest życie. Edek, Edek, co się porobiło, po tylu latach. Dotknąłem trumny, podziękowałem na pożegnanie. Głos, jak mi będzie brakować tego głosu, twardego, silnego, o, i wyrazistego. „Eee, no to słuchej, bło ja ci powiem, jak to jest naprowde” – godoł. „Siądziemy, to ci opowiem takich rozmaitych historii po smoku!”. Maryś twoja uśmiechała się na przytaknięcie. Jej oczy zza zaparowanych szkieł, Boże, ile to kobiety muszą przetrzymać.

Ksiądz proboszcz na kazaniu mówił: on już nie musi wierzyć, bo wie. „Wie. Już wie.” – dzwoni mi w myślach. Czy wiedza to najwyższy sposób poznania prawdy? Nie wiem. Tak dziś mamy. Wiedzieć znaczy poznać. To nieważne, to pewnie ponad głową Edka, zmarłego Edwarda, bo na co chłopu takie rozważania, choć to on jest ponad naszą głową, ponad wiedzą. Bo wie, z pewnością, której ja ciągle nie mam. Boże, czy na prawdę wystarczy tylko umrzeć? Czy wystarczy po prostu oddać wszystko to życie, które się miało?

Wczoraj pogrzeb, a dziś to mój tato mi czytał: „Jedno zdanie bardzo mi się podoba”. I otwiera książkę. A to księdza Michała Hellera. „Śmierć jest słuszną ceną za możliwość życia”. Zdanie, jakby kto światło zapalił. Dziękuję. Tak, tak. Ciężkie, dużej wagi, cenne. Ale jaką walutą jest śmierć?

Więc stało się, nie naradzisz, ni ma dobrego sąsiada z góry naprzeciwko. Trudno się pogodzić, ale zgoda jest jakoś wbrew życiu. Dlatego poszedł pan Edek bez zgody. Zapłacił słuszną cenę. Nie musi już wierzyć. A my zostańmy jeszcze, zostańmy z wiarą.

Nie znałem. Ale brat mi zapodał. A z piętnaście lat temu. Czyli bliżej innego końca niż jest teraz i będzie później. Nie traktowaliśmy rapu poważnie. Ot, takie klepanie elementu, ćpunów, miejskich dresiarzy. Myliliśmy się dosyć, jakoś do około trzydziestki, gdy legenda była już spisana i tworzyła się historia. Wśród licznych jutubowych nagrań było i to. Brat mi przesłał: Kaliber 44, Moja obawa (bądź a klęknę). „Mocne”, mówiliśmy, „mocne”. „Dobre”.

Autorem był Joka. Ten sam, który zmarł kilka dni temu. Na śmierć samobójczą. I był pogrzeb. Świecki pogrzeb, tak to wyglądało na zdjęciach. Na czele konduktu zdjęcie. Czarno-białe, bo zwyczajowo śmierć ścina kolory. Jego podobizna na czele urny. („Czemu oczywiste dla mnie jest, że ciebie nie ma Czemu oczywiste dla mnie jest, że ciebie nie ma”).

W zasadzie mogę o nim powiedzieć tylko tyle, że nie był stary. Niewiele więcej. W średnim wieku już słuchałem jego brata. Podziwiałem sprawność rymowania i pozycję weterana. („Odczuwam skutki kariery, piję stare wino, jem spleśniałe sery”). A Joka umknął mi prawie zupełnie. Tylko ten tekst, Moja obawa, wyrapowany, wyhisteryzowany. Jak Plus i minus. Prawdziwy tekst. Ale już po wszystkim, zmarłemu nie trzeba przecież tłumaczyć. „Białe lepkie babie lato Czarne czyste babie lato”. Czy nie takie jest pośmiertne widzenie? Można się tylko domyślać. Dni się powtarzają jak refren, dni się powtarzają jak refren.

I co mógłbym mu powiedzieć? Teraz, jeszcze za życia i już za późno? Żeby klęknął? Obróciwszy się popiół? Czy nadal jest dla niego oczywiste, że go nie ma? Go – czyli Boga? („Pokaż skrawek twoich ust Pokaż swój mózg”) Przecież wystarczyło klęknąć, żeby był. Wystarczyło. Proste, prawda? Proste jak życie. Czego więc zabrakło? Tylko wiary? Tak po prostu? Przecież jest powód, by wierzyć, jest powód. („Białe babie lato unoszone przez twój podmuch”).

Nie bardzo wiem, co było dalej. Albo wcześniej. Dlatego zostaję z tym jego tekstem, z tą obawą i siłą oczywistości, która przechodzi chyba z biegiem lat. A jeśli nie przechodzi, to i tak się kończy. Jak żałoba. Jak życie lub cokolwiek. („Ojcze! Tato! Jakie twoje imię jest A może Świętej Pamięci Brat Joka odpowiedź już zna A może nie a może tak”).

Karawan kalendarza rusza dalej. Zimne majowe dni powtarzają mi jak refren: A może nie. A może tak.

Z pogrzebem papieża w kieszeni

wrzucam nieschnące

w oczach siano

trawiącym czas kozom i owcom

Wczorajszy deszcz

ciągle nawilża obraz ziemi

powtarzam go na pamięć

słuchając zieleni mszy

Tłumy świeckich i kardynałów

kiście lilaków, pszczoły

odbicie nieba w wiadrach wody

tak samo przejrzystego

z radosnymi trzodami obłoków

jak tam

w środku żałobnych antyfon

Pomimo szarej rzeczywistości zbiórek, rozliczeń, drobnych szachrajstw i słusznych bur służba ministrancka pełna była blasku i godności. Od czasu do czasu przypominano sobie o tym, ksiądz opiekun odkurzał zapoznane od miesięcy ideały i na nowo można było poczuć smak naszego poświęcenia. Niby Boskim orderem odznaczano nas słowami zasługi, uczono i wykazywano, jakiej radości doświadczamy, jakie zaszczyty są naszym udziałem…

Nie było w tym ni krztyny przesady! Wstępowanie po kolejnych stopniach na wyżyny prezbiterium i wykonywanie czynności, do których popychała nas sama liturgia, nie tylko dawało zwykłe, rzemieślnicze zadowolenie na myśl o wykonywaniu dobrej roboty, ale w końcu pozwalało doznać, iż sami jesteśmy odświętni.

Przypominanie zasług i wzniosłości nie było martwym obyczajem. Na same pochwały można by tylko machnąć ręką. Nie o gadanie chodziło, lecz o znalezienie sposobu na uczczenie ministranckiego życia. Sprawdzonych sposobów było kilka: wycieczki, wyjazdy, mecze. Głównymi obchodami były jednak spotkania gromadzące wszystkich ministrantów, a ściślej mówiąc ‒ wspólnotowa balanga.

Gdy padły już pierwsze napomknienia dotyczące spotkania, sprawa organizacji toczyła się niezwykle szybko. Ogłoszenie daty, wyznaczenie funkcyjnych, uszczuplenie wspólnotowego trzosa. Tydzień lub dwa i po przemeblowaniu ław w salce już rozkładano pełne misy. Pośpiesznie, zanim ogłada gromadzących się jednostek przemieniła się całkowicie w nieokrzesaną ciżbę. Ostatecznie wpuszczano zajadle szturmujących drzwi chłopaków do wnętrza. Świętowanie stopniowo nabierało tempa i stawało się procesem nieodwracalnym.

Począwszy od mocnej, jednogłośnej modlitwy na wstępie, kiedy biesiadnikom towarzyszył jeszcze ksiądz, przestrzeń naszego wieczernika zaczynała się zagęszczać, pęcznieć, buzować. Bo wszak należało natychmiast ukarać tych, którzy ze złożonymi rękoma dopuścili się zjedzenia ciastka z zakazanego jeszcze stołu lub wykazywali brak gorliwości, strojąc miny nie licujące z wypowiadanymi słowami.

Konkursy i programy duszpastersko-artystyczne były tylko zwyczajową próbą uniknięcia dalszych konsekwencji spotkania. W rezultacie zaś − ich chwilowym odroczeniem. Bo i cóż robić po sutym popasie, gdy talerze nadal są pełne wypieków, a możliwość ruchu ograniczona rozmiarem blatów i obecnością kolegów?

Niekiedy zdarzało się niebacznie szturchnąć łokciem szklankę soku i wylać na sąsiada. Nikt jednak nie czekał na takie przypadki. Konflikty wynikały przecież z czystej bezinteresowności. Wystarczyło sięgnąć po paletkę do ping-ponga. Leżało ich kilka na boku. W końcu mistrzostwa w tenisie stołowym odbywały się na okrągło. Ale nie teraz, kiedy rakietką można było pacnąć kogoś w ciemię lub zadek albo przeciągnąć jej ogumioną powierzchnią po czuprynie. Proste radości. A jak skutecznie stawiające na nogi. Nawet kilku najpoczciwszych kolegów, takich, co to po dwóch latach stażu nadal do ampułek szli onieśmieleni, garbiąc się ze wstydu i pesząc przy podawaniu naczynia księdzu ‒ nawet ich można było zobaczyć, jak zaciekle, ze łzami w oczach gnają za kimś, by wyrównać rachunki krzywd. Dołem, górą, przez stoły, po głowach. „Już nie żyjesz!”, „Który to?!”, „Dawaj go, dawaj go!”. Istna uroczystość!

Tumult, potyczki i bitwy na ciastka i pięści dopełniały wieczoru i dla każdego były jasnym świadectwem jego świetności. Ale poza tymi uniwersalnymi sposobami świętowania mieliśmy jeszcze swój lokalny obyczaj, który skądinąd stanowił nasz gwóźdź programu. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie, było nim − gilgotanie Masy.

Masa należał do ministrantów potężnych, najpotężniejszych. Na ogół spokojny, rzeczowy, nawet nieco chmurny i drażliwy, gdy zaczynał się śmiać, na naszych oczach przemieniał się w giganta, w górę wesołości. Od tego śmiechu padłby plackiem i tuzin zacnych biskupów, to pewne. Mocarny dyszkant, głos cherubów, zastępów! Katedralne dzwony!

Zasadzić się na Masę nie było łatwo. Najpierw więc po salce roznosiła się cicha wiadomość. Patrzono po sobie wymownie. Niby gadano, jedzono, a krąg wokół Masy niepostrzeżenie się zacieśniał. Wtedy nagle ktoś rzucał hasło: „Na Masę!”. Czerń rzucała się na wielkiego kolegę, aż w końcu wszystkich dobiegał i przenikał charyzmatyczny rechot. Wraz z Masą pokładali się i turlali wszyscy. Wszyscy.

Żadne tam szkolne imprezy, dyskoteki czy inne instytucjonalne obchody czegokolwiek nie miały w tamtych czasach tyle siły wyrazu. Pobożność podsycała brawurę, a brawura odświeżała sumienia. Ile ruchu i napięcia było w tym poddaniu się nudnemu na pozór rytmowi nabożeństw! Kto zaznawał w nim zblazowania, nie potrafił już także biesiadować.

By powrócić do porządku ministranckiej posługi, nie wystarczało zwyczajne posprzątanie miejsca uczty. Wiele spraw domagało się wyjaśnienia. Należało ustalić w zarysie, kto co zrobił i tak dalej. Trwało to zawsze jakiś czas, zeznania były sprzeczne, fakty do siebie nie pasowały, aż w końcu winni zniszczeń przechodzili do legend, a niespełnione pogróżki i kary zamieniały się w anegdotę. W ten sposób z podziwu godną prawidłowością puszczano w niepamięć każdorazowe konsekwencje bib i rekreacji.

Tu jednak należy przypomnieć postać sprawiedliwego: Micia. Któż jak nie on troszczył się w łonie Służby Liturgicznej o jakość tejże służby, w aspektach – zdawałoby się – drugorzędnych! Jedyny spośród ministrantów, któremu powierzono wątpliwą godność chodzenia z koszykiem na składkę, który zgadzał się na wzięcie krzyża na procesję, gdy inni kategorycznie tego odmówili lub uchylali od odpowiedzialności, chowając się po kątach zakrystii. Ten ci był pierwszy, gdy należało być pierwszym, choćby przed poranną rezurekcją po powigilijnym czuwaniu do północy. Poza tym trzeba powiedzieć, iż Micia cechowała swojska, nieco dojmująca, lecz nade wszystko niezawiniona prostota.

To właśnie w nim doroczne uczty miały wroga i oskarżyciela. Gdy na zbiórce z nową, wiosenną świeżością pojawiał się temat organizacji świętowania, w Micia wstępował polemiczny duch. Wstawał i wygłaszał zaraz swoje non possumus, retorycznie przypominając haniebną przeszłość świątecznych inicjatyw, a trzeba podkreślić, że przez wzgląd na swoje zaangażowanie w Kościół i wczesną a nieogoloną brodę brano go za sędziwego już ministranta.

Pamiętam zwłaszcza jedną jego tyradę, niesamowitą. Rozgorzał cały na twarzy i na przekór wszystkim zaczął wylewać nagromadzoną z dawna gorycz, jako ten, który zawsze poczuwał się do odpowiedzialności za straty i totalny bałagan. Mówił zwięźle, plastycznie, dosadnie. Kto by go podejrzewał o takie umiejętności mówcy! „I znowu będą potłuczone szklanki, ciastka na ścianach! Poprzedni ksiądz już mówił, że nie będzie żadnych takich spotkań!” ‒ argumentował.

Ale najmocniejsze słowa, rzucone w toku urywanych zdań, będące skargą i oskarżeniem jednocześnie, powtórzone kilkakrotnie, Miciu prawie wykrzyczał: „Co się działo?! Pączek pływał w kompocie! Mówię: pączek pływał w kompocie!”.

Wołanie na puszczy, profetyczna wizja męża opatrznościowego Micia, który naraz stał się prorokiem. Na próżno.

Już w czasie jego wystąpienia zrobiło się zamieszanie. Zakłopotany obnażeniem faktów ksiądz jął głośno uciszać wszystkich zgromadzonych, chciano odwołać, zatuszować niewygodny głos Micia, śmiało się wielu. Ale też nikt Miciowi nie przeczył. Jego zarzuty były zbyt trafne, doskonale prawdziwe. Zaogniały apetyt, wskrzeszały wspomnienia. Tak przecież było, jak mówił. Tak było zawsze! Szykujmy spotkanie!

Jak roztropny i zapobiegliwy był Kościół, gdy ochrzcił nasz na poły pogański żywioł, hulaszczy ryt, który na kilka godzin zamieniał salkę katechetyczną w jaskinię zbójców! To jasne, że nasza uczta, wyrzucona z kalendarza, zdziczałaby i popadła w chaos, z wyciem wdzierając się do życia codziennego.

Oracja Micia zginęła w tłumie, a jej przesłanie staranowano i odrzucono precz. Ale wbrew pozorom nie odniosła ona klęski. Sugestywny obraz pączka w kompocie przetrwał.

Tak, przetrwał. Przekazywany z ust do ust, powtarzany wielokroć, zdołał się utrwalić i oczyścić z przypadkowości. Z biegiem czasu nabrał jakby mocy prawa, głębi symbolu. Obrósł komentarzami, tradycją śmiechu i poważania.

A dla mnie stał się wreszcie przypowieścią o zbliżającej się, uszykowanej dla nas wieczności. Pieśnią o uczcie, którą ma nam zgotować Bóg i której następstw nikt nigdy nie był w stanie przewidzieć.

Długo czekałem na góry. Przez pierwsze lata rosły we mnie, wypiętrzały się w opowieściach i marzeniach. Ich gęstość wzbierała, tak że w końcu zaczęły się wyrzynać w snach, wybijać szczelinami jawy.

Wtedy właśnie, na początku, usłyszałem o Lawinie. I zakochałem się bezprzykładnie, bo nawet nie miałem okazji, by poznać swoją wybrankę, ujrzeć jej pogodne lico i nieśmiało podejść. Nie było jednak wątpliwości – musiała być piękna. Powiązana z upragnionymi szczytami, przeczuwalnie nieprzewidywalna, ale cudowna w swoim imieniu. Pani z gór, ona: Lawina.

Na nic zdało się tłumaczenie, że to tylko zjawisko, do tego bardzo niebezpieczne, czyhające w górach na nieostrożnych wędrowców. Nie wierzyłem, że nagły zawał śniegu w telewizorze, zalewający obraz huk – to ona. Nawet yeti jest stworzeniem. A zjawiskowa Lawina? Nie dałem się oszukać. Wypatrywałem jej zza niebezpieczeństw, ośnieżonych szczytów. Ukrytą w wysokim zimowym pejzażu. Tak, Lawina porwała mnie w okamgnieniu, pokochałem ją bezwarunkowo, szczerze i czysto. Patrzyłem jej w oczy, wewnętrznie przygotowywałem się na spotkanie, chociaż kiedy i gdzie – to pozostawało jeszcze tajemnicą. Naszą wspólną, oboje wiedzieliśmy o tym doskonale.

Przez wzniesienia i pagórki zbliżałem się, wyglądałem z daleka, przelotem, ni to przez zamknięte oczy, ni to w świetle dnia, jak choćby na wycieczce szkolnej, gdy zza drzew ukazały się na horyzoncie szczyty, tam, na Zakręcie Śmierci, wijącym się kręto przy najprawdziwszym kamieniu skał – widzianych do tamtej pory tylko w zalążku kamieni, w chłodnym, twardym symbolu.

Ale przecież gdy po przebudzeniu przyglądałem się zza zimowej szyby balkonu nieruchomym lasom na horyzoncie, szukałem w nich właśnie górskich grani. Czy te czubki drzew to nie najdalszy obrys gór, najprawdziwsze szczyty? Pytania pozostawały otwarte nawet za szkłem. Odległość jednak nie zabiła uczuć. Wywierzysko głębokich pragnień. Pierwiastek żeński mający imię na moich ustach. Lawino, Lawino, odnajdę cię, gdy tylko dorosnę. To los, to zew krwi. Serce zabije znów mocniej.

Nie umiem powiedzieć, jak długo czekałem na nieustannym pogórzu, wśród ukrytych wykwitów skalnych i zawiązków górskich. Mając z jednej strony równiny, a z drugiej fałdy rosnącej przestrzeni. Schowany za zasłoną podróży, w liturgii zbliżania się do podnóży mglistych masywów i ciągnących ku sobie przepaści. Ziejących i paradoksalnych – bo jak wytłumaczyć sprzeczność przyciągania szlaków i szczytów z wiszącym w powietrzu upadkiem w otchłań? Możliwość osunięcia się twardo powziętej wędrówki w dół? To wyrwy w fizyce wyobraźni. Aporia wewnętrznego ruchu i poruszenia wobec dotknięcia okoliczności świata. Kwantowa nieciągłość istoty rzeczy.

Pozostało jednak jej imię, o dwu różnych obliczach: jedno coraz wyraźniej antropomorficzne, drugie – oblicze żywiołu, brzmiące jak dreszcz, gdy śnieżna manna, gdy nieruchomość skał zamienia się w kaskady druzgocące ludzkie myśli poprzez ciało. Nie miałem złudzeń – to nie ona była nieszczęściem zabierającym ludzi ze sobą i uprowadzającym ich bezpowrotnie. Mogłem wykrzyczeć w dalekie przełęcze i górne szlaki: Lawina jest niewinna! Gdzie jest moja Lawina?!

Nie umiem powiedzieć, ile czasu, a raczej ile rozmyślań i przeczuć zeszło na czekaniu, aż dojrzeje, urośnie na tyle, by mogła mi się pokazać. W końcu jednak moja miłość, pani serca, jej chłodny policzek i ciepłe spojrzenie – została mi dana. Nie tak, jak sobie wyobrażałem, ale to nieważne. Taka jest tajemnica, źródłowe zaskoczenie spotkaniem. Miłosny napój sporządzony ze snu i czasu. Świat się obrócił i przekształcił, ale przetrwaliśmy. Ja i Lawina. Idę ku tobie. Kamień po kamieniu. Kroki są jak pocałunki ziemi. Mięśnie dźwigają ruch. Podniosłaś, Lawino, welon. Wiatr ciął śniegiem po twarzy, mróz szklił oczy. Mimo to rozpoznałem cię od razu. I ponownie zrozumiałem, kim jesteśmy.

Luty. Zimowe dni przenikają zaledwie przez wierzch skóry. Rozchodzą się po kościach dłoni i stóp. Przymrozki tylko nocą zaglądają do okien. Przedwiośnie pcha się, nie wiedzieć skąd. Przynagla do prac, w których lada miesiąc zanurzać się będzie świadomość na pełnym wdechu. Ale kiedy się wynurzy?

Wśród pór roku cały ciężar czasu zawsze sprowadza się do teraz. Tyle że obecnie tak jakby go nie było. Brak jest teraz. Wpisana w moją naturę zima nie znajduje ujścia. Nie daje spojrzeć na świat z właściwej sobie perspektywy: poprzez surową trzeźwość mrozu. Płytki sen ziemi, majaczącej niespokojnie, oddychającej mgliście, mamroczące krzewy i gałęzie nad leżącymi na wznak żółciami łąk. Może dlatego trudno się skupić? Nieprzytomnieję wraz z lutym, zasypiam dla zimy zamiast żarłocznieć jak sikorki, których metaliczne terlikanie jest jak gra na soplach.

Wieczorem budzą się kłęby pary i skrząca twardziel podłoża. Przecieram twarz zmrożonym lekko powietrzem. Jak ostudzić swoją obecność? Zbyt mocno nasączoną elektrycznym światłem, zabałaganioną przedmiotami myśli? Psy nieustannie łowią dźwięki i poruszenia. Z rozrzutną czujnością wszczekują się w ciemność, wytracając swoją prostą energię. A nocne godziny cierpliwie wchłaniają jej nadmiar.

Zamiast węszyć tropy zawiązanych wątków, wychodzić przed nierówny szereg wydarzeń, warto by wyciszyć przeczucia i słowa. Dociekania i domysły. Trzeba wystudzić godziny i rozrzedzić. Taka jest treść zimy. Na wyładowania przyjdą inne pory. Nawet jeśli za dużo się wydarza, niech dzieje się niewiele. Luty będzie się sączył do ostatniego dnia.

Wieczorem wstaje zmrok, rano zapada dzień. Zarzewie zieleni jest w lodzie. Nazajutrz przyjdzie nazajutrz.

Jestem w listopadzie. Tutaj, blisko serca. Sercowatych, zeschłych liści, zwiniętych w kościstą piąstkę. Wydawałoby się, że coś tu się jeszcze wydarzy oprócz listopada, pod szklistawym niebem, z nadbliskimi gwiazdami, z Jowiszem i Marsem w ziemskim szronie. Liście już prawie opadły, listowie szeleści gromadnie, klei się do ziemi i butwieje. Jestem w sercu czasu jesieni. Zdawałoby się, nie musi być stąd wyjścia, tu, gdzie listopad listopadowieje, wypełnia swój świat, zalega i trwa jak woda w stawie. Rano narasta i blednie czerwień, wielobarwny pejzaż porusza się, spięty broszą słońca. O zachodzie niebo jest w różu, z kabłączkiem księżyca, ciepłosiwe dymy snują się po dolinach. Krystaliczna cichość narasta, niosąc echo niespokojnego naszczekiwania psów. Potem będzie wiało i padało, błotniało i ciemniało. Złoto bowiem zamienia się w szarugę – poucza jesień. Słońce się utlenia, rdzewieje jak prawie nagie już buki. Czas się wydarza, wydziewa i prawie może zostać w sobie, jak listopad w listopadzie, ale niepostrzeżenie, podziemnymi ciekami, uchodzi. Przez szczelinę kalendarzowych prac, przez sen. A w końcu otwarcie ucieka przez krajobraz, przez otwarte na oścież niebo. Mogło być tak pięknie, a jest schyłkowo. Ale czy jest coś trwalszego niż koniec? Teraz więc nic nie wybije mnie z listopada. Ogrzewają i karmią mnie słowa: nie może być inaczej. Listopadowe zajęcia zajmują bez reszty. Nawet jeśli śmierć jest za pasem, tuż pod podszewką godzin, wisi w powietrzu i wyziera z wegetacji, tu, w listopadzie, nic mi nie grozi. Chwilowo jest zawsze. Chwiejne pokrzywy i wszelkie zwarzone rośliny utrwalają się w procesach. Mróz wytrawia trawy, które trwają wieczyście w trwającym właśnie dniu. Doby są gęste od intensywnego aromatu minut. Stoję tutaj, gdzie krzyżują się moje szlaki, chociaż nie wchodzę sobie w drogę. Może trochę się nawarstwiam, odnoszę do pamięci, ale ta teraz miarowość jesieni jest niezmierna i zgodna ze sobą. Utrwalam się jak liść bluszczu. Zimozielenieję. Tu, wewnątrz jestem. Nie trzeba wołać. Proszę wejść. Przepraszam za ten listopad. Nikogo się nie spodziewałem. Nie zdążyłem pourzucać. Zresztą nie mam czasu. Tylko się go trzymam, od lat dzierżawię. Na niwie listopada zajmuję się uprawą późnej odmiany jesieni. Choćby przeminęło przemijanie, nic tego nie odwróci: jestem w listopadzie.

Wieczór zapadł jak wyrok uniewinniający. Wobec jawnych przewinień skąd tyle miłosierdzia na horyzoncie? Zapisane jest ono w polu widzenia, na marginesie widnokręgu. Odmawiam modlitwy z dnia, swój chodzony różaniec. Jednogłosowe dziesiątki w poprzek miedz i ścieżek. Tu i tam wyszedł zmrok spomiędzy drzew i pól, oddolnie i organicznie. Wstając i kładąc się cieniem.

W oddali nad większymi miejscowościami elektryczne łuny. Dalej płyną drogi zlewające się do aglomeracji o coraz drobniejszej frakcji. Widzę to z orbity pamięci, satelituję nad obrazami. Babie lato ulic miasta rozjarza się na przekór logice doby. O tej porze rozkłady jazdy biegną już do przodu, na drugą i trzecią zmianę. Wychodzą na jaw witryny i wszelkiej maści oświetlenie, jawnie chore na bezsenność. Znów przyciąga grawitacja klubów nocnych. Ale ciała niebieskie w poświacie stroboskopu nie mogą się do siebie zbliżyć. Antropomorficzne asteroidy krążą i spalają się w zagęszczonej atmosferze. Wydzielina poplątanych dźwięków i wybijanych hurmem rytmów przecieka przez ściany. Rozrzedzające się osiedla kluczą, dochodząc do szos, szumnie wyprowadzających się za miasto – znać sznury latarń i chodniki wzdłuż szczelnie zapakowanych lokali mieszkalnych. Świat poza skrajnią wzbiera obcością. Potrącona sarna należy do lisów.

Astronomiczna jesień jest coraz rozrzutniejsza. Liście odcinają się od nieba gęstym cieniem. Czy czerń nie jest tylko ideą? Nieosiągalnym punktem dojścia do swojego prawdziwego znaczenia? I czy da się ją odczytać nie tylko wzrokiem? Teraz, gdy uobecniam się zaoranym polom i konturom niewidzialnej zieleni wzgórz, wzrok odzyskuje się sam w sączącym się zewsząd śnie. Poluje już sowa, z którą od kilku miesięcy udało mi się złapać wspólny język dobowego rytmu. Ale na szczęście nawet oswojony świat nie przestaje być groźny i nie można czuć się bezpiecznie. Bo tylko wilk wilkowi jest wilkiem. Zresztą, tropy, w które można wpisać niewiadomą x, pojawiły się w okolicy, i resztki sierści z kikutami kości. To życzliwa drapieżność i powściągliwe ostrzeżenie. Brak bezpieczeństwa jest jak źródlana woda. Weź go, ile trzeba, by poczuć się krzepko. Nie byłbym człowiekiem, gdybym uznał, że to wystarczy. Nigdy niczego nie wystarczy, dlatego doczesność nam się odgryza, szarpie nas do upadłego.

To brak bezpieczeństwa czyni nas jednak ludźmi. Czy ktoś się ze mną zgodzi? W dobie inteligentnej żywności, która nie ulega samopochłonięciu i którą trawi przez to zachłanność? Gdy próby wynaturzania natury świata stały się racjonalnym aktem religijnym? Zmysły pokrywają się izolacyjną warstwą kulturowych substancji. Godziny skrolują bezmyślnie mieszkańców lokalnych planet. Czy coś z tego wynika? Nie. To nie czasy płynących wniosków.

Księżyc odświeca się słońcu, które aktualnie aktualizuje się gdzie indziej. Tam gdzie jeszcze nie doleciałem, ale jak wiele i czego tracę, będąc tutaj? Poza tym kosmiczne podboje nie rekompensują mi śmieszności stroju kosmonauty. I nie chodzi tylko o estetykę, ale zupełnie próżny brak grawitacji w głowie. Czemu technologia potraciła zmysły dla efektu? Czemu jest coraz dalsza orbicie życia i utraciła szlachetność swojej materii? Tylko w spójności jest piękno. Dlatego kształt samolotu, diodowość błysku i skuteczność sztucznych tworzyw nigdy nie zatańczą w parze ze wszechświatem. Księżyc z odciskiem buta na swojej powierzchni nie uszczknie nam nic z księżycowości. Niech fizyka wyjaśni fenomen: światło może być również śmieciem.

Późno. Wszystko staje się wyraźne. Zwłaszcza noc, która jest alegorią wyobraźni. Kometa z zachodniego nieba wsiąkła już w niebo, między Wenus a Arkturem. Niebieskie Kyrie eleison w lokalnym narzeczu kosmicznym. Gwiazda Polarna studzi niepokój, ale nie daje się uwewnętrznić. Cierpliwie wskazuje północ, której i tak nikt nie uzasadni oprócz przejmującego chłodu na skraju ludzkiego poznania. Tam dotyk staje się już bliski. I robi się dziwnie swojsko. Wierzę w to nieuchronnie. Jak w to, że wszedłem właśnie do krainy dzisiejszego wieczoru. Gdzie kontury lasu zwiastują noc, a ziemia przeistacza się w ziemię. I w której  snuję tropy do swojej modlitwy.

Koncert zespołu Linnamuusikud z Estonii

Stało się, weszliśmy do środka. Nie było co czekać. Odrapana farba drewnianych ścian dawnej cerkwi, miejscami deszcz sączący się ze stropu. Krzątanina z szumem w tle. Cierpliwa wilgoć i chłód podbity ciszą. Na początek trzeba się wyłączyć. Zmienić stan skupienia. Oczekiwanie i ciekawość – prolog w dwu słowach.

Powinienem jednak zacząć wcześniej. Wspomnieć choćby o obecnych: całą listę imion, rzeszę twarzy, wedle porządku wdzięczności i ukontentowania, nie pomijając nieznajomych. I okoliczności, jakby niedzisiejszą mieszaninę spotkania, muzyki i modlitwy z okazji grupy Estończyków. Tych krajan z innej krainy; obcokrajowców, których obcość jest zupełnie rzekoma wobec wspólnego pochodzenia z tych okolic chrześcijańskich nadziei, które leżą blisko zimowych pejzaży Nowej Jerozolimy.

Teraz wejdźmy do środka, to znaczy – wyjdźmy z zewnętrza, by zająć miejsce. Powoli trzeba się spieszyć. Linnamuusikud. Czy ich styl nie był już znany, a pieśni wielokroć osłuchiwane? Melodie i harmonie nurtowały i mnie. Ile razy śpiewy muszą być powtarzane, by wykrystalizować się w żywą treść? Stałe towarzystwo dni i tłumaczy godzin?

Dlatego nawet jeżeli stają się częścią myślenia, trzeba na nie czekać i wyjść im na przeciw, gdy wracają.

Zatem zbiegł się dzień z wieczorem. Muzykanci miejscy i wiejskie miejsce. Zabrzmiało: Nüüd südant inimene sa hästi valmista. Czy serce nie pałało w nas, gdyśmy słuchali? Czy to przypadek, że nuta znaczy w tym języku płacz?

Ciała niebieskie dźwięków krążą wokół Stwórcy. Tego wieczoru są na wyciągnięcie ręki, jak światło Wenus. Ich głos się rozchodzi po całej ziemi, to znaczy w miejscu, w którym jesteśmy, a to mały kościółek na peryferiach historii, u podnóża granic. Wątła świątynia zaledwie. Muzyka rozciera zdrętwiałą przestrzeń, przywraca krążenie i sama krąży. Wnika w przestrzeń i wraca. Przechodzi z postaci w postać, topi się i zamarza. Ciepła w zimną noc. Mroźna w skwarze. Dobrze, że tu jesteśmy. Czy trzeba czegoś więcej? Postawmy tu namiot. Niech Chrystus pobłogosławi nam pragnieniem zbawienia. Rozjaśni nad nami swoje oblicze.

Dźwięki koloru lodu nad śnieg wybieleją, okrywając swoją szatą nasze spotkanie. Nie trzeba prosić o trwanie, wiedząc, że to muzyka dyktuje czas, a nie na odwrót. Tymczasem melodia wznosi się jak kadzidło i ciąży ku swoim fundamentom, a jej prosty koniec, jej tonus finalis to cisza. Czy nie wiemy, że pozostanie tylko notacja ostatniego tchnienia, melizmaty wypisane szronem na szybie? Pamięć inkrustowana ciepłymi przepływami brzmień. Danych nam tu i teraz jako zapowiedź, symbol wiary wypowiedziany w języku aniołów.

O jak są pełne wdzięku na górach
nogi zwiastuna radosnej nowiny,
który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście,
który obwieszcza zbawienie

[……………………………………]

Przejściowo, na okoliczność dzieciństwa i wczesnej młodości, byłem kawalerem. I zgodnie ze swoim kawalerskim stanem mogłem tylko szukać wyjścia z tej niezręcznej sytuacji. Marzyć o żonie, rodzinie, to jest po kolei: dziewczynie – o płci przeciwnej. Ot, po prostu, bez przygotowania, a vista, poprzedzony latami i erami, kiedy nie było mnie jakby wcale. Z porywającym dziedzictwem rodziny, które warto przekazać dalej. Toteż z nagła pojawiony, gorliwie przyjąłem zasady gry przeciwieństw i koincydencji, jakbym sam był ich autorem, ale jednak zapalonym graczem przede wszystkim. Rozmyślając nad bezprecedensową oczywistością dwojakiej natury człowieka. Znajdującej tak doskonale wypełniony niepokojem wyraz w postaci dwojej płci. Dwoistości jedynej, dwojga analogicznych niepodobieństw. Przyzywających się nawzajem, odnoszących do siebie, dojrzewających względem siebie.

Płeć przeciwna. Powziąłem ją jak zamysł, wyciągnięty spod serca i z trzewi stworzenia. Podjąłem jak najszczęśliwszą służbę. Jej twarz, sylwetka, spotkanie w cztery oczy. Nie ma sprawy bardziej zajmującej na tym świecie, nie ma czasu na głupoty. Wszystko inne to słoma. Nieważne, że trzeba było się bawić, uczyć, bić z kolegami. Cała natura pulsowała odmienną postacią. Drzewa kwitły rodzajem żeńskim. Pachniała deszczowa ziemia. Codziennie powtarzane drogi prowadziły ku niej, która ogniskowała w sobie zachwyt. Wielorakie pory roku rozwijały swój motyw. Porywające wariacje na temat barwy głosu, oczu i włosów. Biodra i wyokrąglone coraz wyraźniej piersi. Zimy próbowały co roku wykrystalizować postać. Dni tygodnia snuły domysły. Imię. Na końcu języka miałem imię. Ostatni i pierwszy dzień tygodnia jednocześnie. Introibo ad altare Dei. Ale to dopiero za kilka lat, za dwa, za rok. Poranek ma swoją jutrzenkę. A wieczór wieczornicę.

Wśród licznych imion, które nabierały kształtu, wypełniały się osobą, między nieznajomymi, lecz uwewnętrznionymi twarzami, wypatrywanymi iks-iks razy, wszystkimi o cudownym wygłosie, z różanym -a na końcu, celowałem niechybnie, szedłem wprost na nieumówione spotkanie, wyznaczone, dobrze wiem, że zapisane w kalendarzu, który był jak szyba – wystarczyło uchylić okno, jak gdyby nigdy nic zapytać o cokolwiek. Snuć niezamierzone wielokropki i zagajać. Wyjść naprzeciw, stanąć. Rozpocząć świętą grę gestów. Nieznacznych, ale znaczących. Powtarzać intuicyjnie, z ruchu warg, całą zawiłą prostotę niećwiczonego ani razu „teraz”. Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam. Przeszło osiemnaście lat wyglądania. Od zalążka przeczuć. Świątek, piątek czy niedziela. Właśnie Niedziela. Dwoista postać człowieka. Kość z kości. Ciało z ciała.

W dwudziestą pierwszą rocznicę ślubu

Urodziłem się w roku osiemdziesiątym dwudziestego wieku. Tego strasznego syna okropnego wieku dziewiętnastego. Zresztą oba chyba same siebie pożarły. I mam dziś już prawie czterdzieści cztery lata. Chyba nie przypadkiem, skoro osiemdziesiąt lat temu w Warszawie wybuchło powstanie warszawskie, w roku czterdziestym czwartym. I to krzyżowe powiązanie liczb w sierpniowych dniach jedynego takiego roku w mojej historii człowieka nagle wyświetliło się przede mną jako wzór na harmonię świata, w którym moi młodsi antenaci zginęli, a ja, ich starszy kolega i zarazem dziecko czy wnuk, nadal żyję. Prowadzę życie w czasie, gdy oni nie żyją, a w każdym razie tymczasem ich nie ma przez śmierć, która przyszła nienaturalnie, choć wpisana była w historię od zawsze. Ale przecież wiem, że tym razem nie śmierć stała się bezpośrednio powodem śmierci. I pewnie dlatego mam czterdzieści cztery lata. Urodziłem się z wdzięczności. Przeżyłem własną młodość i nadal żyję. Do tego nie tylko w swoim imieniu. Nie byliśmy przecież ani poróżnieni, ani zgodzeni, ale powiązani pospołu i winni sobie czas i miejsce, w którym mieszkań jest wiele. Nawet jeśli tak wiele z nich stanęło w ruinie. „Dom”, „kraj”, „wolność” możemy wypowiadać nakładającymi się na siebie ustami, i nawet znaczą one to samo. Przynajmniej co do funkcji, w przybliżeniu, w artykulacji, która bez względu na konteksty jest nasza. Schowajmy się zatem za tym zaimkiem jak za rogiem, winklem, jak za nagrobkiem, by zapłakać na osobności. I wyjść z twarzą.

Dotarłem tu i tym razem. Przez połacie ziemi, obszary, spłachetki świata. Szerokimi traktami asfaltu, drogami rzuconymi na miedze, między lasem a polem, żółcią i zielenią. Poprzez chaos powietrza rozpostartego nad nami. Z wszędobylską perspektywą przed i poza sobą. Godziny dobowe puchły i tęchły, aż wreszcie na horyzoncie ukazał się wiatr. Wysycony, prawie mineralny. Jeszcze złoto ubogich sosen, kwaśne mchy i porosty, bażyny i borówki, stężałe wydmy. Bezludne oblicze przyrody przeoranej bruzdami ludzkiej obecności. I w końcu zatarte ślady roślin, ości morza, kadłuby pni, wszystko w białawym piasku. Leżącym i przesypującym się przez wybrzeże. Blade łuny plaży w słonecznej klepsydrze, przeźroczystym szkle pejzażu. Ruchome przymierze między lądem a wodą, którego mimochodem stajemy się świadkami. Więc pływamy, biegamy, leżymy. Dzieci swoich czasów i oswajanych przestrzeni. Niczego więcej nie chciałem. Tylko dojść tu, dochodzić, pobyć podczas pobytu. Wiedząc, że dalej już nie dojdę. To kres, nawet jeżeli za morzem jest ląd i ciągnie się na północ, która prowadzi dalej na północ, rykoszetem uderzając na wschód i zachód. Tu jest finis terrae. Na zbiegu życia i życia, które przechodzi wskroś osi świata. Nie muszę się martwić dalszą drogą. Mogę tylko popatrzeć, koniec końców będąc na wyczerpaniu i na wypełnieniu drogi. Oczywiście że ruszę dalej. Odpłynę na krzyku mew, zabiorę się ze sztormem, na ostatniej czerwieni nad malejącą wodą. Czysto niesymbolicznie, choć tymczasem w przybliżeniu. Bo dotarłem do przyszłego końca drogi. Mogę być spokojny. U celu, który nie ma kresu, ale jest celem. Mam go zresztą we krwi. I przed sobą, jak okiem sięgnąć – oto cel podróży. Mogę się zanurzyć, zatonąć w polu widzenia, w gorliwym ruchu fal. Stąd już tylko wracać w górę rzek, chociaż nie będzie trzeba. Skoro wiem, że dalej już nie sięgnę. W wodzie widzenia, za horyzontem proroctw, przed morzem obiecanym. Przez chwilę jeszcze siedzę nad brzegiem. Nie musząc na nic czekać.

Trochę się spieszę, ale spróbuję wyjaśnić. Niewiele już słów zostało, nie wiadomo, jak jest z czasem. Aż tchu brakuje. Zawsze czekam na to samo. Jeden fragment, odziomek dobowych godzin. Minuty czy godziny, nieważne. Chodzi bardziej o pory słoneczne i deszczowe, księżycowe fazy, czas nie jest bezimienny i niepozbawiony jest zmysłów. Temporalne właściwości czasu są niezmierzone, choć skończone. Dlatego jest na co czekać, a nawet oczekiwać.

Chodzi mi jednak o co innego. Z pewnością wiem, o czym mówię. Okrawki lub pierwociny czasu, refleksy bezrefleksyjne, ale przyłapane na gorącym uczynku pojawienia się, nadejścia o własnej porze. Czas w postaci lotnej, skraplający się, spływający po czole, policzkach. Wilgoć czasu. Czy ta jego skąpa cielesność, cielistość konsystencji jest w wieczności? Zapytam się jeszcze, zapytam siebie, będąc nie tutaj, chociaż jakby tym bardziej tutaj, gdy być może, być może stanę się w końcu tutejszy, swój będę, a nie obcy i wyobcowany.

Tymczasem idę, to tu, to tam się krzątam, mokry od słońca, ochlapany zielenią. Czekam i obserwuję, nie oglądając się na nic. Spiesznie wykonuję czynności i uważnie czynię wykonanie. Patrząc wyraziście na ruchliwą powierzchnię perspektywy, której oś wyznacza mglista percepcja. Chciałbym więcej czasu poświęcić dziennym i nocnym godzinom, ale ciągle się spieszę, jakby nie wyrabiam. Nawet sen mam rozkojarzony, choć jestem skoncentrowany i skupiam się w sobie jak w soczewce. Zagęszczam się i rozpraszam.

Ale nie w tym rzecz, chodzi bowiem o te drobiny, minuty kątowe, drzazgi pełni, przekłuwające świadomość do żywej tkanki. Kiedy cała uwaga skupia się i zbiera w jednej chwili jak osocze wokół bólu. Przebłyski nienagłe, obfite jak kosze ułomków, chleb powietrza. Czy nie takie są konsekwencje obecności?

Oto cały ciężar obowiązków i zobowiązań, drewniejących stawów i doznań, żywotnych obumartwień, który w tej to chwili sam siebie kładzie w nawias. Albo ściąga się z siebie i lekkim gestem rzuca na wiatr. Albo upłynnia i przelewa się przez palce, wsiąka w ziemię. Albo też krąży w nieopieczętowanych minutach, bezimiennych rękopisach myśli, oddalając się coraz bardziej w blaknącym tle. To nie oderwanie ani unieważnienie. To czas spoza zbioru, kwadrans prim. To sekundy drugie, chociaż pierwsze. Soczewkowanie doczesności.

Sadzenie ziemniaków – co z ziemi pochodzi, do ziemi wraca.

Łąka mleczy obok kojarzy mi się z trawnikiem przed rodzinnym domem. Zapach bzów z wiosną, co ją kiedyś nie wiedzieć czemu intensywniej niż zwykle przeżyłem. A ziemia? Kojarzy mi się z ziemią. Gdy jest gliniasta, wspominam żyzną próchnicę, gdy czarna, myślę o pustyni, o piaskach Mazowsza, o morzu, potem o rzekach do niego płynących, o Wiśle i moście nad nią, który ileś lat przekraczałem, myśląc, że nigdy dość jego przekraczania. Przypomnianą sobie rzeką wracam do wątku ziemi i apiat’. Motyka, ziemniak, motyka.

Mechaniczność mojej roboty przywodzi mi na myśl rozmaite mechanizmy, które miałem okazję używać – zepsuć – nie umieć naprawić. Tak jak nie umiałem naprawić wielu sytuacji opieczętowanych moją osobą. Czuję słońce południa, zasłużone zmęczenie. Myśl się rozrzedza i trzeba spojrzeć twarzą w twarz – ziemniakowi. Jednemu po drugim, wsadzanemu w wyschłą na popiół ziemię. Ziemniak niepostrzeżenie wzbiera w oczach kształtem ziemniaka i dystans między nami maleje.

Kim jesteś? Jestem ziemniak. A ja człowiek. Patrzę w nieweryfikowalne oblicze ziemniaka. Jakoś głupio. Więc przerywam zasypywanie. Ale głupio mi za siebie. Wobec ziemniaka, który widzi, lustruje moją naturę, ruchliwą niekonsekwencję, moje wewnętrzne zmieszanie. Bronię się. Głupi jesteś, ziemniak. Odpadku ewolucji, nowotworze korzeni, ty zwykła bulwo. Gdzież jest twój Bóg? Pytanie odbija się od ziemniaka i trafia wprost we mnie. Co mu–sobie odpowiedzieć? A może to demon południa przyszedł pod postacią ziemniaka, by mnie nękać w chwili słabości? Może przypisany mi Kartofeles wystawia mnie na próbę? No bo skąd taka siła ducha, taka moc bijąca z nijakiej, kartoflanej obłości? Moje credo, które mi za tarczę, brzmi jak żałosne tłumaczenie się. Wymówka. Tere-fere.

Przed kolejnymi sadzeniakami staję, milcząc ze wstydu. Ziemniaczana obecność nie daje się zbyć byle człowieczością. Ziemniak jest ziemniak. Obrany, zgniły, rozgnieciony – wszystko jedno. Zawsze gruntownie osadzony w sobie, niezmącony, z niezłomną obojętnością, nie, raczej z niezmierną pokorą, przyjmuje zmienne koleje swojego losu.

Gryzę dłońmi zeschłe na kamień grudki gliny. Beznadziejnie uderzam kopaczką, przełykając kurz, unoszący się z mojej winy. I pochylam się nad ziemią, i kłaniam. I klękam, to znowu wstaję. A cała ta mszalność dla ziemi. Obrządek ziemniaka – dla ziemniaka, który hojnie karmi sobą i który ma moc nie wzejść wcale. O, ziemniacze, zlituj się nade mną!

Chciałem się pomodlić Bogu. Wieczorem, a właściwie późno w nocy, czyli jak zwykle w mocno posuniętym stanie nieprzytomności.

Jest o czym pamiętać. Z dnia na dzień coraz więcej intencji, spośród których większość bezterminowa. Do tego Wielki Post − naznaczony właściwą sobie porą roku, nadającą minorowej tonacji nawet coniedzielnemu Zmartwychwstaniu.

Nosiłem się z modlitwą cały dzień, myślałem o niej, hołubiłem ją, choć − przyznam − być może trochę na siłę. I w momencie gdy ją rozpocząłem − sen. Ani intencji, ani Ojcze nasz − choćby wypowiedzianego do połowy.

Czekanie na jeszcze jeden wieczór stało się rodzajem mojej osobistej tradycji, w której zdążyłem już się zakorzenić. A ponieważ pozostaję niezłomnie wierny własnym niedoskonałościom, jestem pewien, że nawet gdybym kiedyś zdążył wyrazić np. dziękczynienie, byłoby ono ubogie i zdawkowe (zresztą, to mało sensowne: wyszeptać dziękczynienie).

W swoich aktach strzelistych rozłożonych na całe doby myślę więc o wszelkich bliskich i znajomych problemach, chorobach, o powierzonych mi  trudnościach, niegodziwościach i wszystkim, co podpada pod moją bezradną pamięć. A poprzez sen, który pewnie i dziś najdzie mnie przed spaniem, zanoszę − należącą do fizjologii ducha − prośbę o dzienne światło słońca, o zbawienną fotosyntezę.

(2009)

O tym, ile biel może mieć odcieni, kandydat na ministranta miał prawo jeszcze nie wiedzieć. Teologia komży zawierała się w zapisanym u każdego w kajeciku zdaniu: „Biel komży oznacza czystość duszy”. Nikt nigdy nie wysuwał co do tego zastrzeżeń. Myśl była tak oczywista, że nawet gdy społeczność ministrancka ulegała zupełnemu rozprzężeniu, nie trzeba było jej przypominać. Komu też przyszłoby do głowy zaprzeczać świątobliwej maksymie?

Komże w naszej parafii nie potrafiły ulec pełnej uniformizacji. Każda z czasem zaczynała stanowić ze swoim właścicielem-użytkownikiem jedność, odwzorowując jego osobowość i kondycję ministrancką. Relacja zachodząca między komżą a jej nosicielem dawała wyraz duchowej wrażliwości, stopnia pieczołowitości w służeniu przy ołtarzu i wyznawaniu wiary, wreszcie − dojrzałości.

Nie było czerwonych sukni, czy też spódnic, do ziemi, jakie niejednokrotnie nosili koledzy po służbie w innych dekanatach. Co jakiś czas pojawiały się pomysły, by je wprowadzić. Na szczęście wtedy jeszcze spełzły na niczym. Chyba wystarczyło problemów z samymi komżami. A organizowanie sutanek zostałoby przyjęte jak zamach na utwierdzone obyczaje, nie mówiąc o impasie liturgicznym, który wobec takiej reformy ogarnąłby życie wspólnoty pewnie na wiele miesięcy. Poza tym, kto by bez dojmującego wstydu ubrał do ołtarza taką kiecę? Przecież to strój dla lalusiów. Tych, co do ołtarza chodzą sztywno jak świeczki, z woskową miną i smukłymi palcami anielsko złożonych rąk. (Widniał taki jeden na okładce naszego kalendarza, czy może poradnika dla ministrantów. Nie wiedzieć czemu, miał soczyście podbite oko.)

Czasem, przy okazji szumnych wycieczek do diecezjalnej katedry lub innych szacownych kościołów, widywało się zmusztrowaną asystę w rewerendach. Widok mrożący krew w żyłach. Marmurowa atmosfera. Apatyczne oblicza młodzieńców i dumne czoła dandysów kościelnych, świadome swej powagi. Tu komże pobielane, tam smakosze liturgicznej etykiety.

Ech, nie trzeba było debat, by wiedzieć, że nikt z dobrej i nieprzymuszonej woli tego nie przyjmie.

Utożsamienie komży z noszącym ją kawalerem narzucało się samo. I ustanawiało zupełnie koślawą, zaciemniającą obraz naszych stosunków społecznych hierarchię, tak iż trudno było orzec po ubiorze, kto należy do szlachty, a kto jest tylko kmieciem czy plebejuszem.

Ten nosił firankowe, przykuse barachło, nie zauważywszy, że od ostatnich trzech lat urósł o łokieć, a komża została w miejscu. Ów tonął w nieco popielatych fałdach komeżek niczyich − od których roiło się w ministranckiej szafie w zakrystii. Jedni w klarownej bieli spod żelazka, drudzy w bieli obojętnej, bladej lub prawie przeźroczystej. Gdzieniegdzie za krótkie rękawy, dziwny krój dekoltu, u młodszych okryty kołnierzem koloru liturgicznego (dla starszych ministrantów, którzy nie awansowali na lektorów, hańbiący anachronizm). Lniane świtki i giezła, kaftany i koszule, opończe i szuby. Ile komży, tyle osobowości.

Dlatego też wielokrotnie podnoszono fatalną kwestię: jaka komża, taka wiara. Ale do siania zgorszenia nikt się nie poczuwał, a do skruchy − nie rwał. Bo skoro zaczynało się od stroju, na stroju się kończyło.

A zabiedzone komże wskazywały nie tyle na jakość indywidualnej wiary, ile raczej na jej żywą obecność we wspólnocie. Stąd świadectwem tej wiary nie była − wedle pobożnych życzeń − wymuskana szata ani też schludne sumienia, ale najzwyczajniej − wola przychodzenia na mszę. Często niejasna, niezrozumiała czy zgoła absurdalna, a ponadto niewygodna i denerwująca, bo na bakier z panującymi regułami. Niemniej uzmysławiająca, że nie stanowimy zmurszałego i na poły już opuszczonego Kościoła; przeciwnie − że ciągle jesteśmy jak świeżo utworzona gmina, jak mieszkańcy Koryntu, pozbawieni tymczasem swojego świętego Pawła.

Do dziś niejeden z kolegów staje mi przed oczyma tylko w swojej komży. Dlatego myślę, że gdybym kiedykolwiek któregoś z nich spotkał, rozpoznałbym niechybnie właśnie po tej nienoszonej od lat szacie. Po tej beżowej bieli, która okazałaby się znakiem szczególnym, dowodem na nich samych; która pomimo zmienionych twarzy i nieklarownych losów o każdym z nas pozwoli kiedyś powiedzieć: no przecież to on, to nasz jest!

Cóż wart jest ministrant bez swojej komży? Mógłbym odpowiedzieć, że niewiele. Ba, przede wszystkim to komża czyni ministrantem i nie ma w tym nic dziwnego. Wszak nie rozpoznasz, kto przy ołtarzu może być tym powołanym, a kto wybranym. W czasach ministranckiej prosperity, gdy nadarzył się charyzmatyczny wikary, „powołanych” było wielu. Ku większej chwale parafii. Potem tylko wieczni ministranci wspominali z kombatanckim zacięciem pełne prezbiterium białych kołnierzy. Z kolei „wybrani” nigdy nie stanowili licznej kasty. Byli solą wspólnoty, choć − trzeba przyznać − czasem nieco zwietrzałą lub przeciwnie − przesoloną. W końcu nic bardziej dojmującego niż typy misjonarzy, zauszników Boskich itp. Ale − bez względu na duchową przynależność do którejś z tych grup − to nie ministrant był podczas mszy świadectwem wiary i godności, lecz noszona przezeń komża.

Doskonale pamiętam, gdy jako adept służby ministranckiej stałem w prezbiterium jak ten lichtarz bez świeczki i zazdrośnie obserwowałem czynności chłopaków: idących z ampułkami, dzwoniących po trzykroć w gong dla milczącego Kościoła… Podziwiałem wprawę w wychodzeniu do ołtarza, pewność, z jaką podstawiali wiernym patenę pod brody. Z szacunkiem odnosiłem się nawet do ucieczek za ołtarz główny − dla śmiechu lub na pogwarki. Tyle było w tym wszystkim obycia, tyle komitywy ze świętością miejsca i czasu. I któż by nie odgadł, że ten kolejny stopień pobożności jest osiągalny właśnie dzięki komży?

Jednak gdy mówię o stroju ministranta, powinienem zacząć od innej sytuacji, właściwie drobnego epizodu, który mimo swojej trywialności okazał się dla mnie szczególnie trwały.

*

W któryś z sobotnich poranków jak zwykle śpieszyłem wraz z bratem na służenie. Msza o szóstej trzydzieści. Niesprzyjająca pora roku. Do zakrystii wbiegamy niedobudzeni, nie pamiętam, czy błagalnie stukając w żelazne drzwi zakrystii z zewnątrz kościoła, czy przelatując przezeń z odfajkowanym przyklęknięciem przed ołtarzem. W każdym razie ksiądz jest już ubrany, oczekujący i gniewny. W biegu dobywam z reklamówki komży − świeżej, wyprasowanej z wieczora dnia poprzedniego. Brat zagląda do swojej. Patrzę na niego. On na mnie. Razem zaglądamy do jego torby, a tam − strój na WF. Sięgam z niedowierzaniem w głąb. Wyciągam. Brat z przerażeniem stwierdza: „Trampek”. I wpada w oniemienie. Zaczynam więc nerwowo wertować wieszaki ministranckiej szafki pełnej bezpańskich komeżek o przebrzmiałej świetności, traktowanych jak zło konieczne, choć dla niejednego będących ostatnim materialnym łącznikiem ze wspólnotą. Brat się ubiera: pożółkłe fałdy z niegdyś połyskliwej, sztucznej materii, znać liczne dziurki po młodzieńczych petach. Za duża. Wisząca na drobnym braciszku żałościwie. Ale już nakaz wyjścia, pośpieszny dzwonek i msza. Niezręczna, podszyta wstydem: za tę narzuconą przez przypadek komżę, za jej wyświechtaną wielkość i ordynarny kolor, za niecierpliwe pogróżki niewyspanego księdza, zadyszkę naszego spóźnienia, za pomylone torby i gumowy odór przepoconych trampek.

*

Ponieważ nie zostaliśmy wówczas wyrzuceni na zewnątrz, jak w przypowieści o uczcie królewskiej, skrupulatnie zachowuję w pamięci to doświadczenie ewangelicznego strachu. W mojej religijnej wyobraźni widzę majestat księdza pytającego: „Przyjaciele, jakże tu weszliście, nie mając stroju weselnego?”. I wbrew przypowieści słyszę nasze przelęknione głosy odpowiadające: no przez kościół, albo: bocznymi drzwiami, bo siostra nam otworzyła… Ksiądz-król kiwa wtedy niecierpliwie głową, co oznacza, że zaocznie ma nas za usprawiedliwionych.

I wiem, że jeśli można dostąpić uczty, to tylko dzięki takiej chłopięcej, pełnej powagi i trwogi naiwności, dzięki takiej czysto apokryficznej reakcji na królewskie pytanie.

W istocie, jaką inną odpowiedź podsuwało życie ministranckie?

Od stóp po horyzont fale. Wychodzą naprzeciw, od północy, paść chcą w ramiona, po roku niewidzenia. Więc dotarłem tu, między wydmy, przewiane trawy, gdzie sztorm odsłonił pnie dębów i buków. Wykwity innego układu odniesienia, odsłonięte mocną ręką morza, dokładnie wymyte i wypreparowane solą. Bezterminowe skarby suszące się na brzegu.

Tu, za Puszczą Słowińską, której nazwa brzmi już tylko jak marzenie, można je napotkać: samorzutne odkrycie archeologiczne sprzed trzech tysięcy lat. Aż palców brakuje, by policzyć. Trzy tysiące: kilka chwil bliżej wielkiego początku, raju utraconego. Tysiąc lat przed naszą erą, która upływa jak dziwny sen. Splecione korzenie trzymające jeszcze zbite wiązki ziemi, zakonserwowana gęstwina pnączy porywanych rytmem wody wypłukującej z nich materię kształtu. Czy da się to zobrazować?

Zdjęcia i filmy utrwalają powierzchnię widoku. Ich nietrwałość można zrekompensować wielością ujęć. Trzy tysiące lat trzeba pochwycić w fotograficznym skrócie, w relacji o długim trwaniu, którego nie mieści nawet najnowsza generacja ludzi. Czy uda się wreszcie skompresować teraźniejszość, by zatamować nią szczelinę, przez którą się wysączamy z wnętrza świata?

Zaprezentujmy historię lodowców, które trzykilometrową warstwą zalegały nasze ciepłe pejzaże. Cywilizacje mroźnych krajobrazów cofnęły się na północ, zostawiając nam ruchome piaski i płodne moreny, potomkinie lądolodu. Wypiętrzanie wezbrało i zaczęło opadać. Jesteśmy tutaj, gdzie nachodzące na siebie miejsca żłobią formy ożywione i nieożywione. Wybrzeże pokryło się patyną historii, a tu nagle leśna retrospekcja: nad piaszczystym, sosnowym brzegiem ślad liściastej puszczy. Oddalonej od morza na tysiąc lat przed Chrystusem. Biedne, nieochrzczone pnie. Wyrwane jedną burzą pogańskim warstwom sezonów. Czy w ogóle w czymkolwiek ich dotyczymy? Piękne niespetryfikowane formy, co dzień na nowo wydobywane i pochłaniane przez wody.

Zanim zabierze je piach dna i wodniste życie żywiołu, wspominam za nie ich słoje, utrwaloną długowieczność. I świętuję swój udział w ich dzisiejszej odsłonie. Potem odchodzę chłodną plażą, patrząc jeszcze z daleka na czarne sylwetki. Oswajające surową przestrzeń mewy rozdziobują na brzegu szczątkowe formy ludzkiego podziwu, resztę bierze wiatr. W niesionych przez niego strzępkach materii na chwilę składam cały swój momentalny zachwyt czasem.

Późnym wieczorem sobotnim telefon z izby przyjęć. Nie da się podawać leków na rozrzedzenie krwi, bo też krew płynie do mózgu. Więc pozostaje tylko paliatywne czekanie. Przy nieprzytomnym, jak się zdaje, dozgonnie. Choć wprost nikt nic nie mówi, ale wiadomo.

Od tygodnia był nieswój, „Ale z nim użyłam parady” – mówi żona. W dzień jęczał, w nocy nie spał, krzyczał, czasem do rzeczy, czasem głupio. Dopiero gdy w środę przyjął Pana Jezusa, uspokoił się, stracił już całkiem mowę. Zaniemówił w iment.

W sobotę po południu stracił przytomność. Kolejny zawał. „Oddycha samodzielnie, ale serce już nie daje rady” – mówi lekarka. W niedzielę w szpitalu żegnamy się z Ignacem. Bo nieprzytomny i tak słyszy. Słyszy przez skórę, przez otwarte usta, przez zmęczone, zmarniałe ciało. Po prostu słyszy.

Żona prosiła: nie zabierajcie go do szpitala. Niech kipnie w domu. Na co mu leki i to wszystko. Niech zostanie w swoim łóżku. Przecież nic mu już nie pomoże. Ale nie. To jakieś niecywilizowane. Dostanie warunki, kroplówki, a nuż może coś będzie? Więc wezwali pogotowie. Niech kipnie w domu – powtarzała żona. Gdy go we trzech wynosili, wszystko wiedziała, co by nie miała wiedzieć. Więc przed domem jeszcze zawołała: „Do zobaczenia w niebie, Ignac!”.

Tej nocy przychodzi plątanina snów. Śpię niespokojnie, nerwowo. Nagle przerwa. Obrazy znikają. Siedzi Ignac, twarz wysuszona jak po niedawnym wylewie, ale nie blada, tylko rozjaśniona. Siedzi obrócony, ale w chwili zwraca się twarzą do mnie. „A wie Pan, umieranie to piękne doświadczenie. Tylko że to trza patrzeć tam, ku światłu”. I znów się obraca w stronę, skąd bije wielka jasność. Gwałtownie się budzę.

W niedzielę wieczór pierwsza kwadra, wyraźnieją gwiazdy, w trakcie gdy opowiadam o nim, dzwonią: zmarł Ignac. Zmarło się Ignacowi. Przestał oddychać i nie żyje. Z Ignacem na ustach przyjmuję wiadomość, opowiadam jeszcze, ale stało się, więc opowieść w jednej chwili staje się czymś innym. Modlimy się. Za duszę zmarłego. Wzywamy półgłosem miłosierdzia Bożego.

„Zostało pani kilka dni, a pani się z Bogiem nie chce pojednać?” – mówił w szpitalu. „Bo ja, panie, tylko słyszałem, że ludzie na księdza potrafią i napluć. Ale tam zobaczyłem to na własne oczy”. „Ludzie się obracali na jego widok – mówił – krzyczeli: A idź mi stąd, parchu!”. A Ignac dziwił im się i mówił: „To po dwudziestu latach, na koniec, nie pójdzie pani do spowiedzi? To jak pani chce opuścić ten świat”. Tak samo rozmawiał z lekarzami. „A ja, panie doktorze, wierzę i mam wielkie nabożeństwo do Matki Bożej. I wiem, że jutro będzie lepiej”. I było lepiej. Doktor nazajutrz tylko powiedział: „To niech pan nadal się modli i wierzy”.

I wrócił Ignac. Mieliśmy iść do lekarza. „Ale panie, teraz to ja już poważnie choruję, nic z tych lekarzy nie będzie, mam zabronione”. No ale pojechaliśmy, wystaliśmy się, najdłużej w kolejce do następnej wizyty. Pewnie mogłem jeszcze z nim pogadać, ale byliśmy zmęczeni. Ja czytałem na stojąco, Ignac siedział, chodził, jadł obwarzanka. W końcu nasza kolej. Druk skierowania. Termin na koniec września. Na trumnie czytałem w kółko: 75 lat, 75 lat.

„A chodzę tu, wokół domu się przechadzam, trza nabrać sił, bo to już siać trza, sadzić, późno już”. Planował groch – fasolę i w ogóle po trochu wszystkiego. Tydzień przechodził z udarem, z widłami, bo krowy karmił jeszcze. Ale nie mógł ręki podnieść ani pięści zacisnąć. „Umordował się, chłopina” – mówiła żona Maria. Obchodzili z nią zeszłego roku pięćdziesięciolecie ślubu. Była msza. (Siedli nie razem, ale jak zawsze: po lewej i prawej w nawach, tam gdzie baby i chłopy). A poznał się z nią na majówkach pod kapliczką, przy wspólnym śpiewie litanii loretańskiej. Zmarł ostatniego dnia kwietnia późnym wieczorem, w wigilię maja.

4 maja 2023, w dzień pogrzebu

Piątego dnia oktawy mój paschalny wyjazd do dentysty. W świątecznej atmosferze zieleni i  świeżych jeszcze zmartwychwstańczych nadziei. W dobrym zdrowiu i samopoczuciu, uwieńczonym tak niedawno uczestnictwem w liturgii Triduum.

Chory ząb na szczęście nie wpłynął zasadniczo na klarowność przeżywania świąt, łaskawie nie zmącił mi smakowania teologicznych doniosłości niedzielnego poranka, dlatego przykry proceder leczenia przyjmuję bez wewnętrznych perturbacji, w zgodzie z zębem i ze sobą. Zasiadam więc na fotelu.

Gdy borowanie się wzmaga, staram się siłą woli sprowadzić myśli niżej, skupić na obecnie nieistotnej, a pozostającej w bezpiecznej odległości od zębów części ciała, np. na żołądku. Nic z tego. Po kilku chwilach moja świadomość ogniskuje się w przewiercanym zębie i wprost nie posiadam się z bólu.

Próbuję jeszcze jak gdyby nigdy nic myśleć o czymś zupełnie niezależnym. Jednak ząb nieznośnie domaga się współczucia ze strony pozostałej części mojej osoby. Przyznaję mu – choć zbyt kompulsywnie – rację. Aktualnie to on jest najbardziej pokrzywdzony. Postanawiam więc zejść w głąb bólu, dotknąć jego sedna, by móc pocieszyć znękaną żuchwę spostrzeżeniem, iż po prawdzie nic w nim strasznego nie znajduję, więc nie trzeba się przejmować. Ale ciało wie swoje i wraca do siebie dopiero wraz z ustaniem wiercenia. Wtedy zaczynam jako tako panować nad pulsującymi jeszcze myślami i wodząc wzrokiem po nieciekawym wnętrzu gabinetu, z rozwartymi nadal ustami, spokojnie dokonuję emigracji wewnętrznej.

Pod koniec mojego fotelowania milcząca dotąd dentystka wyrywa mnie z zamyślenia pełnym  zadowolenia wykrzyknieniem: „Proszę, jaki piękny ząb! Pan go teraz nie pozna!”. Zaglądam  w lusterko. Zdrewniałą szczęką grzecznie potwierdzam. Lecz po chwili niemiły dreszcz: a jeżeli przy zmartwychwstaniu usłyszę podobne słowa?

Wrócę jeszcze do mundialu. Bo to ważna rzecz. W życiu i w ogóle. Grałem kiedyś w piłkę i wiem. Piłka jest częścią mojego życia. Kawałkiem pejzażu podwórka, na którym się wychowałem. Twarze moich kolegów, zapach kwitnących lip, gardłowe przekleństwa i kłótnie rozsadzające ramy gry.

Wiem, wiem, nie mieliśmy jednakowych koszulek, wymiarowego boiska, a bramki podprowadziliśmy, nie powiem skąd. Ale bez tego mundial byłby nierzeczywistością jakąś, ekranem, za którym nikt nie stoi.

Mundial to bardzo ważna rzecz. A nawet jeszcze ważniejsza. Nie doceniałem mundialu. Wystarczy spojrzeć. Grają. Jedni fantastyczni, wprost stworzeni dla bramki przeciwnika, z rozmachem potrafią tchnąć ducha w sztywne zasady gry. Z lekkością kopią, rozgrywają piłkę, lecą do bramki pomimo licznych przeciwników, jakby ciasna przestrzeń boiska byłą sferą niezmierzonej swobody. I gol! Gol! Albo i nie ma gola.

Inni nudni, karłowaci, niecelni, obnażają ludzką lichotę, zawstydzają tłumy, obrażają piłkę nożną. Bo przecież futbol to nie jest instytucja dla samej instytucji. To zgromadzenie ludzkie, żywy organizm. Głuchy dźwięk wykopywanej piłki jest jak bicie serca.

Fanfary, grzmoty okrzyków, fale i fluktuacje mas, dziwaczne stroje i nadmierne emocje. Mecz piłki nożnej. Piłki nożnej? Tak! Piłki nożnej!

Piłki nożnej, wokół której rozpościera się ‒ stadion. Popatrzcie! Jak świat w świecie. Kolejne kręgi schodzące aż do miejsca rozgrywanego meczu. Prostokątnej sfery widowiska. Gdzie pomimo dyscypliny gwizdka panuje nade wszystko niezmierna wolność. Białe linie wyznaczają przestrzenie finezji i nieokiełznanej fantazji gry.

I jak u katolików: pilnuj zasad i rób, co chcesz. Jeśli wiesz, co możesz ‒ możesz wszystko! Nikomu w głowie nie postanie, by podważać prawo. Bez prawa nie ma gry. To jasne i oczywiste. Prawo jest dla nas. Jakże go nie lubić.

Tyle że chrześcijan trudno lubić. Ich prawa są chyba za mało sztywne. Brak im surowości. Prostej filozofii spalonego zamiast moralnych rozróżnień. Nieubłaganej chorągiewki sędziego liniowego. Nie zmieszczą się w dziewięćdziesięciu minutach, nie chcą się ograniczyć do grupy piłkarzy czy do trybun.

Mundial jest twardy. Wesoły i twardy. I naprawdę ważny. W życiu i nie tylko. To ukoronowanie futbolu. Z mundialem jest jak z Sądem Ostatecznym. Dotyczy wszystkich. Czy to się komuś podoba czy nie. Oglądasz mundial? Czekasz na rozgrywki? Nieważne. Twój kraj i tak weźmie udział w rekrutacji. Lub choćby zamarzy. I ‒ na wszystkie bramki Pelego! ‒ nie ostanie się wielu. Oto sprawiedliwość. Któż by śmiał jej zaprzeczyć? Jak doskonałe jest stworzenie, które wymyśliło coś tak boskiego. Cały świat oddaje hołd temu, kto stoi za piłką.

Nie doceniałem mundialu. Myślałem, że to tylko mundial. Ale powiedzieć „mundial”, to nic nie powiedzieć. Słoma tylko, piłka szmacianka i kijki zamiast bramek. Przecież sprawa jest nadprzyrodzona: trwa walka o złoto, o pierwsze miejsce. Tak. Pierwsze miejsce!

Złoto jak złoto, ale jego rzeźba! Złoty kształt, mistyczna forma zwycięstwa. A pierwsze miejsce? Pierwsze miejsce to nie tylko jakieś pierwsze miejsce, ale to rzecz najwyższa, najwspanialsza, nadzmysłowa: pierwsze miejsce. Nie znajdziesz tego miejsca nigdzie w świecie. Nie ma go w przyrodzie, nie ma we wszechświecie. To dar boski. Raj na ziemi. Niewyczerpana radość i tajemnica.

Z chaosu gry wyłania się Pierwsze Miejsce. Tyle razy zdobyte i nadal niezdobyte. Widniejące ciągle przed nami. Za górami, za treningami. Po wielkim wysiłku. Zwycięstwo, sława. Tak się tworzy historię. To jest wieczność.

Żyjmy tym mitem. Czy w niego wierzymy, czy nie. Opowiadajmy o Mundialu. O pierwszym faulu i o czerwonej kartce. O celnym strzale, kuli wpadającej w sidła siatki i o bramce brzemiennej golem.

To jest język wszystkich ludów, religia wszystkich religii. Cały ludzki świat. Z żelazną konsekwencją reguł, niepodważalną sprawiedliwością sędziów i piłkarskim biegiem w nieskończoność. Z etyką ferplej i koszulkową zamianą zwycięzcy w przegranego, a przegranego w tryumfującego.

Z ciasną formą boiska na ziemi i piłką lecącą ponad naszymi głowami. Skierowaną w światło coraz to innej, lecz w istocie tej samej bramki, za progiem której otwierają się cudowne perspektywy, nadludzkie możliwości. Nasza noga dłuższa niech będzie o piłkę, a futbol niech stanie się przedłużeniem naszego istnienia. Bez mundialu bylibyśmy skazani na bieganinę donikąd. Grę, za którą nic nie stoi. Piłka nożna pozostałaby zwykłą igraszką dla ludzi. Zabawą dla zabawy. Sportem dla sportu.

Kraina kilku wyobraźni i wielu rzeczy do zrobienia. Lubię mój dom nie moją ręką postawiony. Gdzie sezony nadal jako tako wiodą swój żywot, pory roku. Dzieci wyrastają z bieganiny i wożenia sankami. Obrazy Bruegla starszego, dolina Muminków, kilka hektarów wielowymiarowego świata z niezbyt jasną rolą czasu. Przychodzi mróz, kołowrót studni chodzi lekko, nie do zatrzymania. Psy słychać z kolejnych warstw krajobrazu. Odgłosy i echo to ich sposób istnienia z tego miejsca, w którym jestem: południowa ściana stodoły z sezonującym drewnem i wylegującym się śniegiem. Albo teraz: pod sosnami u wjazdu, gdzie ostatniej wiosny drzemały co dzień sowy uszate. To znowu w polach od zachodu, gdzie rozlega się widok na szczęśliwie słabo zabudowaną przestrzeń, udrapowaną jeszcze pewnie przez lodowce i obsianą ziemiami, a po lewej jodłowo-bukowymi lasami. Rzekłbyś Szetejnie, ale to nie ta przestrzeń i nie ta historia. Drobna enklawa na potrzeby rodziny i wspomnień o trudniejszym, lecz piękniejszym żywocie. Moje Szetejnie są w moich rękach i nie należą do literatury. Nie mają czaru pełnokrwistej przeszłości. Bale obory, spore pozostałości polepy i warstw wapna, podstawa progu domu, którą zrobiłem ze starego dębu, ściętego jakieś sto lat temu na przycieś rozebranej i przeniesionej tu przez nas z okolic stodoły. Ptasi starodrzew, jabłonie, zawiasy wejść i wrótni. Pod legarami podłogi w kuchni ziemia, więc chłodno. Świat przeżytków, które przeżyły i mamy je pod stopami. Przestrzeń policzona jako dziwactwo, ale po co mi co innego? Innego końca nie będzie. Oprócz może zmian klimatu, których przyczyną jest nieustający zgiełk w głowach, w myślach. Chciałbym je ochłodzić. Jestem człowiekiem północy i nie znoszę rozgorączkowanych obyczajów, efektu cieplarnianego kultury. Wielkomiejskiego naturyzmu i czułostkowej agresji. Dobrze utrzęsioną miarą rzeczy niech będzie grudzień, styczeń, luty. Z tej perspektywy jest na co czekać. Nawet jeśli nie trzasną już lody na rzekach i nie spłyną krami. Trzeszczą belki stropowe, w kominku czar ognia. Od rana do nocy. Czas ma dziwny status. Powtarza się i nie powtarza, ale jego smak mam na końcu języka. Jego stany skupienia rytmicznie sublimują. Ma się ku latu, gdy liście lip stają się ciężkie i lepkie –  ma się ku zimie, gdy ciemno przychodzi zaocznie, pod mglistą obecność słońca. Jest połowa grudnia. Teraz i nie teraz. Za dnia sikorki obłupują korę gałązek, kwiczoły przetrząchają się z kosami o owoce kaliny. Zanim przyjdzie wieczna odwilż, zniknę jak wieczna zmarzlina. Chyba nietrudno będzie po mnie posprzątać. Mój ślad węglowy będzie wyraźny i nieszczególny jak kora śliw, ale mniejsza o niego. Czas z lodu uniecić ognia, ocieplić się zaokiennym widokiem chłodu, powiesić gałąź sosnową u sufitu. Nawet jeśli zabraknie energii elektrycznej, która i tak jest pełna dwuznaczności, utoczymy ciepła. Niech nie zabraknie lodu w sercach, tego zarzewia dobrych obyczajów. W krainie deszczem płynącej, w izbie pamięci o zimie, w naszym zapiecku, wietrznym zakątku, podniebnej jaskini. Naprzeciwko drzwi wejściowych jest kurnik, jako dobudówka do obory. Naprawiłem stare okno, na ścianie wstawiłem oflisy wzdłuż mszenia między belkami. Chciałbym jeszcze zdobyć żarna i drewniany śrutownik. Na użytek mojego niedługiego żywota. Ale to może kiedyś, na wiosnę. Gdy zejdą dzieci z lodowisk na obrazach Bruegla młodszego. Zanim wyschną rzeki. Wyblaknie tusz pisanych i drukowanych słów. Szetejnie: coś, czego nie ma. A jednak jest. A jednak nie ma. A jednak.

Było to wówczas, gdy należałem do jednoosobowej frakcji wywrotowców. Jako jedyny w gronie zamiast padać po przyjęciu Komunii na kolana, pokornie przytłoczony bezmiarem Chwały, pozostawałem w pozycji stojącej.

Nie uchodziło to uwadze księży. O ile jednak kilku skłonnych było przymrużyć na mnie oko, o tyle jeden okazał się niezłomny w walce z anarchiczną modlitwą po przyjęciu Hostii. Mimo nalegań, upomnień, teologicznych analiz, wertowania mszału i wskazującego palca okazałem się nieprzejednany. Próby dyscyplinarnego złamania przypisywanej mi krnąbrności i pychy kończyły się fiaskiem, tym większym, że nie poprzedzonym moim buntem, a jedynie − postawą stojącą po Komunii. Stałem, ponieważ nie klęczałem. Stałem, bo mi było do stania.

Gdy konflikt przybrał na mocy i polityka wewnątrz Liturgicznej Służby Ołtarza wyraźnie zaczęła zmierzać w kierunku ostatecznego rozprawienia się z moimi kolanami, stał się cud. Okazało się, że z kościelnej skarbony i schowka w zakrystii zginęła pokaźna suma pieniędzy.

Śledztwo trwało około miesiąca. Plebania kipiała ze wściekłości. Ale nawet mimo dyplomatycznych zapowiedzi, iż kradzież zostanie w pewnym stopniu i w pewnym sensie przebaczona tym, którzy rychło i ze skruchą przyznają się do winy, żaden z zamachowców na kompromis nie poszedł. Zapowiadano najsroższe kary, wezwania rodziców, kryminał, wyrzucenie poza nawias wspólnoty, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębami. I cóż.

Dosyć powiedzieć, że w końcu stało się jawnym, iż w aferę zamieszana była cała śmietanka liturgiczna, żelazna brygada, praktycznie większość poważnie traktowanych, nobliwych ministrantów.

Wstrząs obserwowałem w prostocie ducha, choć nie bez satysfakcji. A ponieważ zasięg skandalu był tak wstydliwie ogromny, egzekucja zapowiadanych kar stała się czysto abstrakcyjna. Zresztą, żądanie, by zwrócić dawno przecież wydane pieniądze, niektórzy podsądni uważali za wprost oburzającą nielogiczność.

W końcu jednak rany moralno-finansowe się zabliźniły, przebrzmiało święte poruszenie i ustąpiły rumieńce wstydu. Wrócił powszechny klimat zaufania i wszyscy skwapliwie zaczęli odczuwać ulgę. Ja zaś zyskałem ułaskawienie: po komunii mogłem stać, byleby − w obawie przed zgorszeniem − nie rzucać się nikomu w oczy.

Niebawem postawa stojąca po komunii zaczęła ulegać w naszej wspólnocie rozmaitym przeobrażeniom funkcjonalnym: jedni uważali ją za papierek lakmusowy niewłaściwego rozwoju duchowego, inni za monetę przetargową w walce z mszalną koturnowością, dla co poniektórych zaś stała się instytucją liturgicznych autsajderów.

W całym tym pomieszaniu i przyprawiającym mnie o zgryzotę nieporozumieniu, gdy już na własnych nogach zaczynałem czuć się nieswojo, a Komunię przyjmowałem prawie konspiracyjnie, pozostało mi tylko jedno: usiąść.

Chwilowo mam prawie czterdzieści dwa lata. Jest już prawie jasno, widzę to jak na dłoni. Obecnie całkiem z bliska. Jak co dzień – dochodzę do siebie i wstaję. Nie jestem korespondentem ani gawędziarzem. Ot tak tylko. Wspominam o czymś. Świat międzynarodowych uwarunkowań wesoło się przeobraża, ciągle z tym samym zaangażowaniem, godnym lepszej sprawy. Kto wie, może mi na urodziny szykuje jakiś prezent, ale nie będę ubiegał faktów ani zdradzał domysłów. Nie ma co zapeszać, dopiero mija lato i wróciłem z wczasów. Przede mną szmat okoliczności, chciałem powiedzieć – drogi. Nie zbaczajmy z utartych szlaków. Można by się jeszcze frazeologicznie wykoleić, wypaść za burtę stylu. „Szmat okoliczności” to naturalnie hybryda, ale czy jednak nie zrozumiała?

Nie wiem, czy wspominałem, że z rodziną właśnie byłem nad morzem, tak, tak, nad tym morzem, co zawsze. Czy można wejść dwa razy do tego samego morza? Zostawmy to Grekom i wróćmy na północ. Morze Bałtyckie – mogę dać głowę, że mimo utarczek hanzeatyckich i wielonarodowych knowań, mimo nordstrimów i flot nie uległo specjalnie globalizacji. Na siedemnastowiecznych mapach wybrzeże jest to samo, co dziś. Może tylko mniej wydm i kopców piaskowych. I mogę przysiąc, że niewiele brakowało. To znaczy z dziećmi już prawie znaleźliśmy całkiem pokaźny bursztyn. Cudny kawałek przedpotopowej żywicy. Wyrwany z nieregularnego snu na dnie morza, o nieco okaleczonym kształcie, z igliwiem i kawałkiem mchu w środku. Cud natury. O ile to nie oksymoron. Ale nie idźmy w to. I tak już za dużo powiedziałem. Jakbym wydobył z dna zatopiony skarb. Na szczęście niewidoczny dla ludzkiego oka. Ślad ruchu wody. Przeźroczyste perły. Nieweryfikowalne i niebankowe. A poza tym rozważania bywają nudne jak styropian, który ani nie jest cudem, ani naturą. Tfu, zaśmieciłem sobie mowę tym słowem. Jak można było wymyślić coś równie syntetycznego. Oto temat godny wykładu. Właściwie miniwykładu, czy też wykładziny, wytworzonej z gumowych pojęć.

Nie odbiegajmy od meritum. Nasz nieturystyczny z ducha wyjazd. Na plażę, którą długie ramię prawa uchroniło przed przedsiębiorcami i wywozem piasku. Dziewicze wydmy i zdeflorowana nadmorska flora. Wykorzenione słowińskie sosny i uderzająco nieruchome pnie, jak z obrazów, zupełnie jak z obrazów, ale to z natury. Nie wiem, czy to nie oksymoron. Nie ma co udawać Greka i zapuszczać żurawia na południe. Upalne pojęcia i gorące terminy sprowadzą nam na kark sinice. Poza tym po co tyle gadać. Nie spieszmy się na tych wczasach. Tak mieliśmy zamiar mówić, ale nawet nie mówiliśmy: Z zimną krwią nie spieszmy się. Rozgrzany piasek nie ujdzie nam na sucho. Zimna woda ścina krew w żyłach. Szum, plusk niosą zawiązki chłodu. Żywioł morza huczy onomatopeją, rzuca kłody pod nogi i ostatnie deski ratunku.

Groza sztormu i śmieszność licznie przybywających na brzeg bałwanów. Do tego cwane mewy. Ich głosy doskonale zharmonizowane z nadmorską przyrodą i falami dającymi nieustanne owacje na stojąco. Istna symfonia, tyle że niesymfoniczna, co potwierdzi każdy muzykolog. Bo gdzie Krym, a gdzie Rzym, jak powiedzieliby komentatorzy ostatnich czasów. Niemniej pozostawmy to bez ciągu dalszego, chciałem być tylko niemym świadkiem naszej rozgłośnej podróży, na linii brzegowej morza, a nie na linii frontu, której meandry wyznaczają stratedzy. Czy wojna jest tworem syntetycznym, czy organicznym? Styropianem czy sztormem?

I tak już za dużo powiedziałem. Ale nawet jeśli się wyjęzyczyłem, nikt mnie nie złapie na gorącym uczynku. Napomknę jedynie, że poszliśmy wieczorem, czy nawet w nocy. Cicho było, biorąc pod uwagę ludzi. Nieatrakcyjnie, jeśli chodzi o atrakcje i wręcz nieludzko bezludnie, nie licząc z jakichś przyczyn nas samych. Zobaczyliśmy nad morzem ciemność. Wychodzącą z mgły, z naprzeciwka. Dużą ciemność. Nie tak pewnie dużą jak Long Island czy Roskosmos, Moskwa albo NASA. Ale głębszą, na pewno głębszą. Niezaciemniającą myśli. Bez gwiazd Jamesa Webba, bez latarń morskich, mrugających gdzieś poza perspektywą. Pomnik Ciemności Ożywionej. Park Krajobrazowy Ciemności. Musieliśmy aż tu przyjechać, żeby zobaczyć ciemność? Przerwać wszystkie prace, które nagle okazują się kolejną fazą snu? Morze jest bardziej rytmiczne od nas. Trwalsze i logiczniejsze. Potrzeba nam morza, bo potrafimy tylko porządkować zbieg przypadkowości. Powinno być oczywiście: okoliczności, ale byłoby to ze szkodą dla znaczenia. Zbieg przypadkowości rozluźnia więzadła języka. Poprawność staje się senna. Wróćmy do ciemności. Zjawiła się przy okazji nocy. Wyszła natenczas z morza, z powietrza. Niewidoczny pejzaż, obraz bez obrazu. Zanim stanęliśmy na deptaku, byliśmy za swoimi plecami, tam na brzegu. Chłonęliśmy. Pochłaniało nas morze i na odwrót – morze nas pochłaniało. Zaraz się obrócimy, ale jeszcze jesteśmy. Chwilę, zanim zmieni się gęstość. Bezsłowna ciemność. Na oścież otwarta. Piasek, igły sosen. Rano wracaliśmy do siebie.

To kolejny moment, w którym gram na zwłokę, czynię, jakby miało się wszystko dziać dalej i jakby nic trwać nie miało. Nie wiem, co jest bardziej motywujące, w każdym razie moje motywy od dawna są czytelne, mimo że nie rozwiązują się na kwintę czystą. I ciążą, ciążą ku tonice, chociaż krążyć chcą wokół dominanty (Domine non sum dignus, Domine non sum dignus). Na chłodno mogę powiedzieć, że obawiam się utraty zmysłów. I ciężaru ciała się obawiam. Dobrze jest się obawiać. Grawitacja obaw, nawet jeżeli nie jest słaba, ciągle zachowuje dystans. Nie chcę naprzykrzać się przyszłości. Im większe plany, tym bardziej gruntowna śmierć. Im mniejsze nadzieje, tym lżej. Bo nadzieje między wierszami mówią o niespełnieniu. Niosą naręczna wariantów negatywnych. I tak za dużo mam do stracenia. Na tyle dużo, że nie ma sensu przejmować się stratą. A jednak, mocno się przejmuję. Szarpię się i mącę wodę. Chlupot wody brzmi wyraźnie i przejrzyście. Gdy czerpię wodę, słyszę go i widzę. Bo nie tracę zmysłów. Staram się nie tracić. Ale co mi po staraniach. Czy sprawuję nad czymkolwiek pełną kontrolę? Mogę maksymalizować zyski, wrzucając do każdej minuty wszelkie barwy intensywności, mogę poetycko dywersyfikować doświadczenia, próbując inwestować w cudzą pamięć walutą wierszy albo kręcić w kółko te same sceny ze sobą w roli głównej i ciągle przybliżać oddalający się obraz, mogę zwiększać potencjometrem potencję, by niezauważalnie nie zgasła i ciągle, ciągle była potencjalna. Tak, potrzebna jest ciągłość zerwania. Trzeba się rozdzielić, iść we wszystkie strony i osaczyć temat. Trzeba uderzyć z wielu kierunków i przebić się przez linię, za którą bez obaw będzie można się obawiać o lepsze jutro. Gdzie da się wreszcie spraktykować każdą z teorii, ujawnić pełny potencjał chwili i raz a dobrze zaniemówić z wrażenia. Czy nie brzmi to pięknie? W każdym razie skoro jawne są moje motywy, czas przejść do czynu. Póki co więc rozdzielę się i zajdę cel od tyłu. Powoli i błyskawicznie. Planowo i spontanicznie. Zimna głowa i gorąca krew. Sytuacja bowiem robi się alarmująca. Trzeba natychmiast grać na zwłokę.

Tak, chciałbym, ogromnie bym chciał wyartykułować, wypowiedzieć myśl, nawet nie pogląd, stanowisko, w sednie sprawy zupełnie nieważne, ale myśl, słowa ułożone w tę moją treść, której chropowaty, wodnisty kształt czuję na podniebieniu. Rozsadza mnie, rozrywa, choć nie siedzę cicho, mówię, ale nie mówię, wyrażam myśl, wyrażam się, a jakbym tylko wzdychał, kaszlał. Dławił się nieznacznie, wszystko nieznacznie. Żołądkował się albo znowu spał, śmiał się nieśmiesznie, chociaż do rozpuku. Rozsadza mnie, bo nie mogę, nie mogę powiedzieć. Nie wychodzi mi, nie wychodzi na wargi, tylko zgłoski, strzępki. Jakbym był poćwiartowany na funkcje, każdą kończyną tkwił w innym żywiole. Powaga przechodzi ostro w śmieszność, krew mnie zalewa, ale na zimno. Zapalam się i stygnę, stygnę. Jak październikowa ziemia, o, to by było na rzeczy, ale nie mogę nic powiedzieć, wykrztusić znaczenia, wypluć z siebie się nie udaje. Zalegam sobie, uwiązłem i zaklinowałem się. Albo inaczej. Przypuszczalnie jestem w środku, płyną ze mnie wnioski, na których zasadza się zasada nieoznaczoności, nieokreśloności. Jakbym w herbie miał znaczenie, tak właśnie, jakbym miał nadane przywileje pozwalające mi domyślać się w przybliżeniu, jaki jest pokrój wielkości, które są w naszym zasięgu, i wymiary podniesionego wertykalnie horyzontu, w którym chcę zawołać swoje niewyartykułowane jeszcze zawołanie. Nie wiem, jak nazwać, opisać, co widnieje w moim kartuszu, wodzę tylko wzrokiem po obwodzie, po orbicie. O to to, właśnie patrzę, jakbym mówił i mówię, ale nie jestem w stanie powiedzieć. Płaty skóry, sfery kształtu zalegają mi, chociaż nie stoją na przeszkodzie. Boję się o okoliczności, w których mieszkam – mój dom. I ciało, które na nic się nie zda. Bezradny los przedmiotów. Tak, to chciałem powiedzieć, ale nie umiem, nie wiem jak. Chcę to wyrzec, wykrzyczeć nawet, ale mi nie do krzyku, wystarczy, że ręce krzyczą, mięśnie. Napięcie, napięcie, prądy zmienne i niezmienne, ciepłe i zimne. Wcale się nie męczę, nie jestem zmęczony. Naprawdę: jestem niezmordowany. Więc wypocić chciałbym słowa, energię, zionąć głosem, wyjęzyczyć się językami. Wypoczynku dotykam jak czoła. Wiem, to niejasne, przyciemnione, znowu próbowałem coś, chciałem znowu powiedzieć słowa, które są flegmą, tkwią jak astma, nie jestem chory, chociaż duszno oddycham. Nie może mi to odpuścić, wyrzec się nie może. Słychać mnie w ogóle? Nie mogę nic powiedzieć, znaczy powiem, ale tylko powiem, powiem, że nie powiem, a to za mało. Nabrzmiały puls, sino-czerwony organizm, nie powiem, żyję. Rozsadza mnie ruch i bezruch. Rwę się we wszystkie strony, jeszcze mi do życia, natychmiastowo, czyli bez rozpędu. O to to, rwę się, mam różę wiatrów zamiast serca, mam zmienny azymut, stoję w zenicie. Unoszę się, ale opadam. Powiem więcej, nie mogę powiedzieć, nawet tego jednego albo czegokolwiek. Choćby: co to jest być rodzicem, być nim wcześniej i teraz. Nie stawać się, tylko być i być, od poczęcia. Do dna, do końca, ale nie od początku, sinusoidalnie, pulsacyjnie, lecz nieustannie. Naprawdę mi głupio, że nic nie wychodzi. Mówię, ale nic nie powiem, nie mogę, chociaż usiłuję. Bez ładu i składu wychodzi, bez treści. Skąd jestem, wskazać kierunek chciałbym, kierunki, bo zewsząd jestem, o to to, zewsząd. Tam i z powrotem, północ – południe, wschód – zachód. Tymczasem stoję jeszcze pod ścianą, jeszcze siedzę, ale zatańczę, zatańczę. Od południa na północ i z powrotem. Ze wschodem i z zachodem. Właśnie tak. Ale to nie to. Co ja powiem co ja wam powiem, co im powiem. Nie wychodzi i nie wychodzi. Tylko brak logiki, syntagmy, pomimo jasnych kątów i połączeń, sinusoidalnego, pulsacyjnego azymutu. Choćbym wyszedł z siebie, siłą i siłą bezwładu. Zatańczę, mówię. Mówię, ale nie żeby powiedzieć. A chciałem, chcę. Powiedzieć, bardzo powiedzieć.

To znowu ciąg dalszy. Pod swoją nieobecność zajmowałem się sezonowymi pracami bez dat. Wiem, co było zimą, co wiosną i latem. Jesień też pamiętam, miesiąc po miesiącu, złoto, potem szarugę, ale tylko z dokładnością co do obrazu w pamięci, analogowych, organicznych klisz, poczucia z krwi i kości. Bez zapisu cyfrowego i bez cyfr kalendarza. Jestem rozsiany w polu, zebrany jak siano, bez jednakiej postaci i szczegółów. Piję kubek za kubkiem, robię, pracuję i czynię. Zapasy na zimę są tylko na zimę. A zbliża się właśnie najkrótsza noc, najdłuższy dzień w roku. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o kwiatach jaśminu, nawet jeżeli zostaje po nich esencjonalna nuda słowa. Wytracam się w teraźniejszości, która jest jak codzienny horyzont, narastający we mnie solarygraficznymi słojami. Chowając się w najgorętszej porze czerwca w cieniu wieczorów i wczesnych poranków, wszystek umieram. Nie zostaje ze mnie nic uchwytnego, potencjalnie godnego uwagi. Ale to nie wyrzut ani żal. Sam intensywnie się zapominam, zostawiam się przy stole, z wiadrem wody dla kóz, na każdym kroku gubię się, wypadam sobie z kieszeni, zapadam w sen. Sen narasta we mnie koncentrycznie, rozpływa się w zamulonym dnie źródła, z którego czerpię bezdźwięczną wodę. Nachylam się, a oto uciekają przede mną żaby. Uwierzyłbyś, że płazy też mają źrenice? Są ożywionym deszczem, wodą obdarzoną organizmem. W żabach mam swoją analogię, chociaż więcej we mnie prochu ziemi. I tylko pozornie co roku się odradzam, pełen jednostkowego buntu przeciw porządkowi rzeczy, a właściwie przeciw sobie. Oby moje ręce i nogi zostały mi wybaczone. Wydarzenia i mowa w roztworze pór roku. Oby łaskawie skończyło się moje dwuznaczne powstanie. A moja gadzia oschłość niech będzie mi puszczona płazem.

Drodzy Potomkowie. Żywiąc wielką nadzieję, że jesteście tam, za rogiem światła słońca, które pod ostrym kątem wschodzi i zachodzi nad każdym oddechem i zamysłem, że jesteście kilka gwiezdnych mgnień dalej – chciałem wam powiedzieć, iż tu i teraz naprawdę nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Przyszłość rysowała się plamiście, mgliście i niewyraźnie. Wróżyliśmy z ruin i mowy ciała, badaliśmy słowa, jakby miały jakieś szczególne znaczenia i warstwy, a nie miały. W tym miejscu i czasie, z którego do was się zwracam, znowu i znowu wielu ludzi cierpiało i ginęło, produkowano dużo broni i misterium nieprawości odgrywano w kolejnych krajach i krainach, a żadni dyplomaci, jasnowidze ani duchowni nie byli w stanie powiedzieć nic sensownego. Sami wiecie, taka nasza gatunkowa przypadłość, nieparzystnosercowych i doczesnorodnych. Nic nowego pod słońcem i satelitami, które są naszą niedorzeczną dumą. Śledząc bacznie posunięcia wojsk i wystrzeliwując kolejne informacje, i tak na przeszłość patrzymy przez zaćmę, a przyszłość mamy pogrążoną w głębokim astygmatyzmie. Tymczasem jest dziś. Kwitną i przekwitają opóźnione wiśnie i grusze. O, i dołączyły się jabłonie. W bluszczu na domu, w którym jestem, jakiś czas temu uwiły sobie gniazdo dzikie gołębie i zdążyły już się gdzieś przenieść, a na drzewach wokół domu przemieszkują ostatnio dwie sowy uszate. Liczę na to, że tak jak one będziemy żywieni łaskawą ręką Stwórcy ziemi, choć mocno zaszliśmy mu za skórę. Tej jesieni, która zapowiada się biedna jak mysz kościelna, może będę wiedział więcej i coś może wam wyjaśnię. Na razie jestem zdezorientowany. Nie umiem zaufać nikomu, kogo znam ze świata wiadomości i informacji. Nie będę wam tu wypłakiwał nad przyszłymi cenami zboża ani nad niedojrzałością mocarstw, które od wieków siedzą w tej samej klasie i wcale nie mają zamiaru skończyć podstawówki. „Rosyjski! Do tablicy. Pokaż na mapie granice przyzwoitości. Znowu za daleko. Za daleko” – słyszycie to? Oby nie, ale każde czasy mają swoją Amerykę czy co tam. Nie wspomnę o Niemczech i Francji, by zawczasu nie zdradzać, że wszystkie ważne kraje uważam za pospolitych zdrajców i Judaszów. My tymczasem nie sprawujemy pieczy nad trzosem, więc przyjmujemy inną rolę. Ale kto decyduje o tym, kto staje się oprawcą, a kto niewinnym? Kto wojennym zbrodniarzem, a kto cywilną ludnością, ofiarą, uchodźcami? Obie role splatają się w węzeł niesprawiedliwości. Nawet jeśli nie potrafimy umrzeć ze strachu przed samymi sobą, winniśmy się siebie bać. Lekko drżeć na swój widok. Chociaż teraz mamy jasno zakrojonego wroga. Sam nam się narzucił, systematycznie i systemowo. Wyrzygał się na nas stekiem kłamstw, starym i zepsutym, w sosie kremlowym, którym historia raczy nas od dawna. Czy zamykaliśmy na to oczy? Kto by się spodziewał. Nawet sobie nie wyobrażacie, jacy dzisiejsi ludzie byli cywilizowani i jak daleko posunięci w swoim mniemaniu o własnej ewolucji i oświeceniu. A tu znienacka wielka czerwona plama na mapie. Car w otoczeniu wartowników zadzierających buta wysoko i zamaszyście. Ech, trudno mi powiedzieć, czy walczymy tu dla was o lepsze jutro. Sam raczej prowadzę drobną dywersję na rzecz chybotliwego dzisiaj. Niby liczę na sojusze i alianse, w istocie jednak nie znoszę europejskiej buty i sprośnego dobrobytu Zachodu, amerykańskiego cwaniactwa i carskiego mniemania o własnej pozycji. Ale uważajcie na mnie. Zza zasłony przeszłości spogląda na was ten, który dziś jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Nie o mnie tu jednak idzie, tylko o was. Przecież nie mówię w próżnię. Nawet jeżeli Syberia jest pustką, jest coś większego od niej. Ze środka naszej wolności mogę śmiało powiedzieć: zanim księżyc oddali się od nas na dobre, słońce stanie się karłem, pozostają nam psalmy. Pierwszy i drugi. Pamiętajcie. A nie mówiłem? Sami widzicie. Niby stary testament, a jakby wczorajszy. Mogę tylko powtórzyć: Psalm pierwszy i Psalm drugi. Dwa pierwsze Psalmy.

Nie wiem, nie orientuję się, ale myśl mam zorientowaną. Moja mapa wewnętrzna. Syria leży na skrzyżowaniu kilku skojarzeń. Okala ją moja niewiedza. Wiele niewiedzy wokół.

Słońce ziemi świętej, pejzaż, niewidoczny zza horyzontu, pejzaż, który mam daleko przed oknami. Aleppo, droga do Damaszku. Nie ma świętego Pawła, jest Nowy Testament. Kto z nas wyjdzie do niewiernych i niewierzących? Czy ludy upadną na twarz, słysząc Dobrą Nowinę?

Nie ma Michała Archanioła, który by przekłuł gardło i podeptał władcę tego świata. Mocny jest Pan, sprawiedliwy, lituje się nad grzesznikiem. O co tu się modlić? O pokój? Żeby się skończył skandal grzechu i cierpienia?

Żeby Bóg odmienił serca rządzących, igrał ich myślami, jak czynił niegdyś z faraonem. Niech muzułmanie, Izraelczycy, Amerykanie i Rosjanie nie zbliżą się do siebie przez całą noc i przez wszystkie lata. Niech wojna zgaśnie, zanim wybuchnie. Pan jest Panem decyzji, poddana mu przypadkowość i głuche rachunki prawdopodobieństwa.

O co się modlić. O pokój za kilkadziesiąt lat, pokój dla wnuków, które może będą i może przeżyją. Modlić się o zażegnanie konfliktu, o odpływ broni i złych zamiarów. Wierzyć, że może się stać to, co nie nastanie. Wiem przecież, że nie nastanie.

Anioł nikomu ręki nie wstrzyma, gniew Pański nie spłynie. Zamysły władców-głupców, których imion już prawie nie pamiętam, pozostaną głupie. Wielkie mocarstwa będą się zbroić, obrastać w wielkomocarstwowość. Będą ginąć niewinni ludzie. Chociaż wszyscy jesteśmy winni.

Więc modlić się tylko o koniec. O sąd i ostateczność. Modlić się o Paruzję, której ciągle brakuje. Może jeszcze kilkadziesiąt lat było do przeżycia, może dzieci, praca, radość, ale trzeba się modlić o koniec. Dla nas i całego świata. Niech przyjdzie śmierć, by śmierci więcej nie było. Niech zabrzmi trąba. Dźwięk miłosierdzia dla ludzi. Któż jak Bóg.

(napisane w 2013 roku, wówczas w obliczu wojny w Syrii)

Piszę, bo jednak nie jestem nikim innym, jak tym tu piszącym. Próbuję zebrać myśli, ale jak zwykle ze zmiennym szczęściem. Nie nauczyłem się nie zaczynać ciągle od początku, dlatego daleko nie zaszedłem. To uświerkłem, to zdębiałem i byłoby to nawet zgodne z jakimiś młodzieńczymi pragnieniami, gdyby nie odczarowanie świata, które sprawiło, że nie da się rzeczywiście przedzierzgnąć w drzewo. Może i lepiej. W świecie spełniających się zaklęć mógłbym się nie odnaleźć. I to nie przez brak wiary, lecz anachroniczność, która chyba nie jest cechą wszechświata, tylko wyobraźni. Nie wiem, czy to moja wina, że z wyobraźni w pełni nie wyszedłem, tak jak z wyobrażeń o świecie i sobie. Dlatego mówię. Jestem tym tu mówiącym.

Do pewnego stopnia marzyłem o pasaniu krów i wyrobkowaniu w pańskich oborach za wikt i opierunek, posłaniu pod powałą na sianie, życiu w czasie naturalnym. Przymierzałem się też do szlachetniejszego losu, filologa, zagłębiającego się w niezliczone sensy pism o wielorakim charakterze i niejednojęzycznej wymowie. Trudno mi nawet powiedzieć, który z tych pomysłów był mniej możliwy do osiągnięcia. Stanąłem na rozwidleniu dróg, pod kapliczką, z tobołkiem, w którym miałem kawałek chleba, ser, a do tego sporo wahań. Posiłkiem grałem na czas, drzemałem, odkładając decyzję do południa. Ożywczy powiew, ptaki, owady, skłębienie aromatów. Między wierszami przyrody wyasfaltowano piach i glinę drogi. Dalej jechałem jezdnią, na wozie, naczepie, na pace, a w końcu jako kierowca. Z dumną prędkością, dzięki której oprócz kilku oczywistych kształtów nie rozpoznawałem mijanych gatunków roślin.

Jako uczeń opuszczałem się w nauce, zjeżdżając po korze starych drzew. Nauczyciele zdzierali gardło, a ja portki. Jednak zajęć nie opuszczałem. Pilnie rozpraszałem się co drugie zdanie i zadanie. Nie potrafiąc wyłuskać z siebie więcej. Może gdyby była jeszcze kaligrafia i łacina. Ale nie było, więc nie wiem, co by to dało. „Do pracy fizycznej się nie nadaje, takie chuchro” – mówiła polonistka w szkole podstawowej. Odebrałem więc mocne, ale dziurawe podstawy szkółki tygodniowej. Moja wiedza przypomina mi kry na rzece. Tyle że kry warto zobaczyć. Coroczna hermeneutyka pór roku. To cały mój dorobek i bogactwo. Wyobraźnia, z której nie wyszedłem.

O, niedosiężne cele, w których nie umiałem się zamknąć. Za dużą miałem swobodę w tym ogrodzie klasztornym. Nie wzywał mnie dzwon. Ani ora, ani labora. Niezbyt zdyscyplinowane cele wyznaczałem sobie sam, choć tak naprawdę to mit. Pewnie trzeba było więcej czytać niż żyć. I więcej pracować niż bujać w rozmyślaniach. Zostałbym może sobą – kosmonautą, muzealnikiem czy leśnikiem albo twórcą swoich czasów bądź też naukowcem, który niewiele wie, ale przynajmniej o wielu rzeczach i potrafi tę niewiedzę wykorzystać.

Zostałem tymczasem w połowie drogi, na rozwidleniu ewolucji, człek wodno-lądowy. Z widokiem na ekrany wygłuszające obecne stadium cywilizacji, reklamujące możliwość wygranej na życzenie, a w tle wiecznie niedoinwestowane człowieczeństwo. Jako udziałowiec we własnym istnieniu mam chociaż swój wkład w pochodzie pokoleń. Mogę więc dać sobie dobrą radę: swój anachronizm schowaj do kieszeni. Kto uprzedza, ten jest uprzedzany. W testamencie, o którym czasem myślałem, jestem w stanie zapisać tylko wypłowiałą wyobraźnię, która wygląda jak sen – nikt do niej nie wejdzie. Tam, skąd patrzę, algorytmy są bajkami dla dzieci. Kto nie wierzy, ten nie wyszedł ze swojej bajki. Poważnie, trzeźwość i racjonalność to nade wszystko smakowanie powietrza, a nie żadne tam inne. Ale nie da się żyć o samej wodzie i powietrzu. Nawet jeżeli doda się do tego ziemię.

Po latach, gdy zaczęto snuć opowieści o odnawialnych źródłach energii, próbuję podłączyć słowa do agregatu. Niezgorsza energia tkwi choćby w prostym stwierdzeniu: Nie będę nigdy drzewem. Z ciemnej materii wysączyć można wiele energii. Oceaniczny prąd, ruch powstający na styku niemożliwego i tego, co ziszczone. Nawet mrzonka jest w stanie roztopić zmarzlinę. Naprawdę, to nie mrzonka. To historia o sekretach ukrytych w głębokich pokładach odczuć. O gęstości człowieczej myśli, której zmienna grawitacja grawituje wokół przeźroczystych kosmicznych widoków. Nie umiem wymyślić innej fabuły. Fikcyjnych bohaterów ani równoległych światów. Mam wyobraźnię głębokości mchu i kałuży, która w zabawie była morzem. Mówię o tym nie przypadkiem. Z drżenia słów rodzi się napięcie, werbowoltaika, jeśli kto woli w archaicznym języku naszych czasów. Jestem tym tu mówiącym, czarno na białym. Rozproszonym, trwoniącym się i scalającym. Lub jak kto woli – zakrzywiającym się i zapadającym w sobie.

W osobliwym przyszło żyć momencie. Jestem tu od niedawna i dziwię się tym bardziej. Marny ze mnie obserwator. Jaką też mam perspektywę przemijania rzeczy pierwszych? „Osobliwy to moment” −  myśl ta tkwi we mnie, choć właściwie to ja w niej tkwię. Jak pestka w miąższu.

Nadal jesteśmy coraz bliżej wielorakich prawd, więc poszerzamy zasięg grzechu, zstępujemy z nim w głąb życia, doskonalimy go i stabilizujemy. W pochodzie nauk idziemy naprzód, defilując jednak ciągle na tym samym placu. Jeśli wierzyć naturze, prawa okazują się twórczo niezmienne. Gdy jej zaprzeczyć − kręcimy się wokół własnej osi, migotliwi i przekonani o swoim dalekosiężnym ruchu. Jestem dosyć przerażony. Moja powaga jest śmieszna. A śmieszność zupełnie poważna.

Nie stawiam żadnych diagnoz. A to, co jest moim trzeźwym osądem, będzie uznane za syndrom zniewolenia albo pokoleniowe obsesje.

Jestem dosyć staroświecki. Choć wcale nie zamierzałem być. Stałem się staroświecki. Z przekory, z Bożej łaski. Z upływem kilkudziesięciu lat życia. Wtórnie staroświecki. Zgodnie ze sobą i bez względu na siebie. Nie umiem i nie chcę być inny.

Jeśli się nie ugnę, to dlatego właśnie, że mam sztywny kark. Będę sztywny, kaleki. Choć kalectwo nie jest dziedziczne, jestem jego dziedzicem. Jestem staroświecki.

„Jeden, święty, powszechny, apostolski Kościół” − powtarzałem ze wszystkimi. Z przekonaniem i zupełnym zrozumieniem. Włączając się w zbawczą rutynę powracających niedziel. Żarliwie, to znowu beznamiętnie. Rosłem i powtarzałem. Niby ciągle coś innego, ale to samo. Słowo w słowo. Poza nudą i znużeniem. W zmiennych okolicznościach, w różnym natężeniu poczucia wiary. I jeżeli znów do tych słów się dołączam, znaczy, że je rozumiem, że nie przestałem rozumieć. Mogę je wytłumaczyć, tylko wypowiadając je po raz kolejny.

W osobliwym przyszło żyć czasie. Coraz większa jest wiedza i coraz krótsza pamięć. Wiara głębsza i mniejsza niż kiedykolwiek. Im powszechniejsza, tym mocniej odrzucana. Pojawiająca się na skraju wyczerpania możliwości świata.

Kropla drąży skałę. Modlę się słowami wytartymi od powtarzania. Jak kamienie u wejścia świątyni wytarte są modlitwy, które odmawiam. Jak czysty i mądry jest rytualizm, bez którego przestaje istnieć bliskość Boga osobowego. Moje słowa nie należą do mnie, lecz do Kościoła. Drążą doczesność i może przemówią przed Bożym majestatem. Modlę się, by przemówiły.

Co to jest majestat Boga?

Szereg lat miałem przekonanie, że nigdy nie ucałuję Piotrowego pierścienia. Śmiałem się z feudalnych zwyczajów, skamieniałych gestów. Kto kazał mi hierarchiczność traktować jako fasadę? Godność sprowadzać do funkcji, bez świadomości, że funkcja jest godnością? Kim byłby Sługa Sług Bożych, gdyby porzucił swój tytuł w imię tego tytułu?

Ucałowanie pierścienia. Nie muszę go ucałować. Nie muszę też Boga nazywać Panem. Dawnego suwerena nad suwerenami zastąpiono innymi obrazami. Przyjazny i poufały, niemiłosiernie dobry i otwarty na nasze zwątpienie w Niego. Przez upadłą wyobraźnię ledwie przeświecają treści wiary.

Byłem w Wiślicy, mieścinie. W podziemiach, w katakumbach za Bazyliką Narodzenia Najświętszej Maryi Panny jest stary kościół, ruiny zanurzone w  przeszłości. Dwunasty wiek. Na części posadzki postaci wznoszące głowy i ręce ku Panu Zastępów. Płyta Orantów. Ich nieruchome, lecz pełne żarliwości gesty. Ciągle żywe przejęcie.

Na modlitwie, podczas mszy, wyciągamy ręce, nie wykonując żadnego gestu. Nie klękamy zanadto, bo klękać mają nasze słowa. Na znak wiary patrzymy, stoimy. Chwalebnie recytujemy śpiewy. I śpiewamy, jak nam zagrają. Z mocnym postanowieniem uczestnictwa we mszy. W liturgii z nagłośnieniem, w ogólnie pojętym obrządku. Bierzemy udział bez udziału. Nieruchomo oddajemy hołd. Chociaż hołdów już nie ma. Należą do złych obyczajów historii.

Boże, pozwól nam uklęknąć. Ukłonić się, przeżegnać i odżegnać się od tego, co nie jest Twoje. Niech nasza wiara nabierze przekonania, z jakim należy nam się poruszać. Pozwól nam tańczyć przed Twoim obliczem i być kulawymi, uczyń nasze twarze jak głaz, ale pozwól wznieść oczy ku górze.

Jeśli będą nam odbierać prawo do oddania czci, jeżeli nawet swoi nazwą mnie faryzeuszem, grobem pobielanym, niech przyjmę to za chlubę. Jestem staroświecki. A to znaczy: nowy i na wskroś dzisiejszy. Bo poza Kościołem nie ma chwili obecnej. Poza tradycją − żywotności.

W dziwnych, w dziwacznych czasach przyszło żyć. Mój pesymizm jest pełen radości. A radość ciąży mi niezmiernie. Mam sztywny kark. Dziedziczne kalectwo. Słodkie brzemię.

Niczego nie przewiduję. Uwikłany we własny życiorys. Wywiedziony ze strzępków historii. Świat pozbawiony jest syntezy. Słychać go zewsząd naraz. Jego obraz mam w oczach. We fragmentach. Jak w zwierciadle.

Jeśli nie oddamy Bogu, co Boskie − jeśli nie oddamy Mu siebie, na nic nasza wiara w Boga. Jeśli stracimy wiarę − na nic nasza niewiara.

Oblicza orantów z płyty wiślickiej. Jak brzmienie chorału w zamkniętym graduale.

Apostolski Kościół. Jeden, święty, powszechny. Na jego wargach niekończące się, melizmatyczne „Amen”.

Panem jest Bóg. Bóg jest Panem.

Nie ma co dramatyzować. Naprawdę, nawet jeśli jest czym się martwić. Dzisiaj, w grudniu po południu. Gdy zaczynają się „O” Antyfony. Rzeczywistość nie może eskalować bez przerwy, choćby nazwać ją perpetuum mobile. Jest nieograniczona, ale skończona. Więc nie ma co robić scen. Udawać aktorów, którzy wcielają się w rolę człowieka. Czy będę zrozumiały, jeśli powiem na przykład o zerwaniu fantomowych scenografii? Mowa więc o opuszczeniu świątynnych portali internetowych. Chodzi o ubranie, a nie kostium. Gest słowa bez hasztagu.

Przyznaję, ostatnio nie wstaję z kurami. Mam przekrzywiony rytm. Żyję asynchronicznie. Czyż nie jest to kultura bezbożności? Umiejscawia mnie widok mglistych jodeł na przemian z Orionem, który w nocy znów wraca zza horyzontu. Na deskach mojej podłogi chodzę pod własnym imieniem. I – jak to się mówi – trochę hamletyzuję. Zaciągam się surowym powietrzem. Zaciągam prywatną i pokoleniową winę za całokształt i detale, jak choćby obecny Adwent, który widzę tylko w perspektywicznym skrócie, bo kończy się na zwiększonych obrotach. I kto wyjdzie po czwartym akcie na epilog? Kto to wyjaśni?

Tu spuszczam kurtynę i znów idę do garderoby. Mam tam rzeczy, które ubieram na okoliczność bycia tym, kim jestem. Są tam też stroje, których już nie ubieram. Kto ma na ten przykład dziury oplecione resztkami materiału z dwudziestoczteroletniej koszulki? Albo niemiłosiernie skrzypiące buty zimowe? Czy chociażby futrzane rękawiczki własnej roboty i (zgadnij, co to) karwasze? Mam tam jeszcze wiele innych kuriozów na potrzeby nieaktualnych potrzeb, bogate rekwizytorium lat, na poły Różewiczowskie kurtyny, imaginacje i maski, które nakładałem, przedstawiając się zawsze tak samo lub podobnie. Bo nie do przedstawień zakładałem.

Mam pszczeli wosk i nóż z demobilu. Sam jestem z demobilu. Ale nie. Przesadzam, znów teatralizuję. Czy raczej zgrywam się. Zgrywam i jednak nie zgrywam. Bo działam w innym rytmie. Swoim złamanym rytmie. Jestem, ale nieetatowo. Ani też nie współtworzę żadnej setnej korporacji czy zespołu. To nie moja rola. Piszę tylko swój monodram, który płynnie przechodzi w didaskalia.

Jak to jednak brzmi sztucznie i nabrzmiałe jest od przypisywanych przeze mnie znaczeń.  Obrasta sensami jak obraz gwiazd w literaturze. „Monodram, który płynnie przechodzi w didaskalia”. To zdanie rośnie mi w oczach jak drożdżowe ciasto, które przed świętami ugniatam, mówiąc aktorskim szeptem, by nie zbudzić najmłodszych dzieci. I głośno milczę, zupełnie jak korzenne aromaty. Ale mojego ciężaru nie ukryję. Skrzypię po podłodze. Podejmuję coraz cięższe decyzje. I coraz bardziej nie jestem bohaterem. Bohater to jak święty z dawnych wieków. Jak biskup Nikolaos, niewiele młodszy od chrześcijaństwa. Miara dobrze utrzęsiona. Bohater legend i opowieści. A mimo to postać, która przez usta mi nie przejdzie.

Choć światło elektrycznej lampki czyni mnie wszechwiedzącym, śledzę fazy księżyca. Odczuwam je. Poznaję po sobie. Tak rozumiem wyczucie formy. Ale i tak brak mi wyczucia. Bo mogę pisać sobie a muzom, syte słowa w prawdopodobnie jednym z najlepiej do tej pory odżywionych pokoleń ludzkich. I jestem. Jestem bezkarny. Tak brzmi moje orzeczenie o swojej sytuacji. Moje orzeczenie imienne. W moim monologu jestem bezkarny. Ale to tylko tutaj. Na okoliczność pisania tego, co piszę. Wchodzenia sobie w słowo. To naprawdę nie sztuka. Niczego nie gram. Zdaję się nie grać. Bo choćbym chciał, nie jestem w stanie powiedzieć o konsekwencjach. O głosie zza kulis. I nawet mi przez myśl nie przejdzie ciąg dalszy.

Czy nie ma w tym jednak sporo emfazy? Robię się koturnowy. Odlatuję, jakbym się sztachnął patosu. Każda podniosłość ma swoją upadłość, że tak powiem sentencjonalnie, ale wcale nie komicznie. Skoro chwilowy dziejowy dobrostan przykleił się dziś powszechnie do twarzy, czy warto zaglądać, co jest pod spodem? Chciałbym więc wyraźnie przestrzec. A nawet zapobiec wielu rysującym się scenariuszom. Głos wołającego na pustyni. Prostujcie drogę Panu. Powtarzam, bo to słowa mające własną grawitację. Powtarzam na progu, na proscenium języka. Ale mówię sam do siebie. Bo to nie moja kwestia.

Pamięci Roberta Pożarskiego

Znowu dałem się zaskoczyć. Przyszła śmierć. Nie tuż obok, ale jakoś blisko, dotkliwie. Głos więźnie w gardle. Skoro jestem zanurzony w życiu, a tu śmierć.

Nie to, żebyśmy się znali, chociaż się poznaliśmy, ale okazuje się, że to nie aż tak istotne. Wspólny śpiew Pater noster i wiele innych, egzaminy z Magnificat, no i głos o rozpoznawalnej osobowości, głos z twarzą. Mocno zarysowany charakter, oj charakter. I co, nagle nic? Dałem się podejść, znowu zaskoczyć.

Ledwie wczoraj myślałem o nim, a to było to wczoraj. Przyszedł na myśl, no i poszedł ze śpiewem w mojej głowie. „Cóż ci jest, morze, że uciekasz?”. Nie pytam, czy to przypadek, zresztą przypadki chodzą po ludziach, a śmierć zawsze bierze z każdej półki. Czy coś, co się powtarza, jest przypadkiem? Nieważne, moją gminną myśl nawiedzają ludzie. Wchodzą, wychodzą. Przyszedł i on.

To mało istotne, że będę pamiętał. Bo ile nam tu zostało? To tylko czas, kwestia czasu. Nawet nie wiem, jak to opowiedzieć dzieciom. „Był wybitnym śpiewakiem, a śpiew na chwilę potrafi się tu oprzeć czasowi”, ale to nie to. „Był kantorem, rozumiał wieki, modlitwę godzin, a te wyznaczają wieczność”. I dalej: „Znał i śpiewał chorał, jak i wszystko, co kantorowi pisane”. I co mi pozostaje? Nagrania i płyty? Będę pamiętał. To małe i nieistotne. Pozostanę wdzięczny. Nagle okazuje się, że nie mam nic innego. Moja modlitwa na szczęście nie należy do mnie.

Chodziłem na zajęcia, które prowadził. „Ile jest tonów gregoriańskich?”. I dalej: „Oprócz ośmiu jest jeszcze dziewiąty: tonus peregrinus. Połączenie pierwszego i szóstego tonu”. Siedziałem i słuchałem. „Psalm 113, In exitu Israel”. Zaśpiewał cały psalm. Pamiętam, to znaczy słyszę to jak dziś – tak się mówi. Słyszę jak dziś. Bo pamięć ma strukturę wieczności. I przyszedł, jak raz – teraz, to jest wczoraj. Chociaż nie tylko. Ale to był ten czas. „Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu daj chwałę”.

I dalej: „To nie umarli chwalą Pana,

nikt z tych, którzy zstępują do Szeolu,

lecz my błogosławimy Pana

odtąd i aż na wieki”.

Nie wiem, co o tym wszystkim sądzić, może sen coś wyjaśni, ale nie chce się przyśnić. Śpię dosyć twardo i w ciemności. Czytałem wiadomości, słuchałem analiz, poza tym obserwuję kontem oka niebo, wzmożony ruch słońca. Grawitacja słabnie, czas wyraźnie przyspieszył. Tylko zwierzęta potrafią zachować spokój, albo to tylko pozory. Domagają się paszy rytmicznie i zwyczajnie. W oczach mają przyrodę, patrzą matką naturą, której dziwne prawa są ni to sielanką, ni to krwawą balladą. Spoglądają ahistorycznie i niefabularnie na moją nerwową krzątaninę.

Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie pełno takich jak ja. Od metropolii po peryferia huczy jak w ulu. Nieprzeliczone głosy opowiadają baśnie braci Grimm. Wszystkie na raz. Snują i obnażają intrygi. Niestrudzenie, chociaż kto nie jest zmęczony? I kto by nie uciekł, nie wyjechał w dziewiczą podróż? W krainy kolonialne albo te jeszcze nieodkryte? Rzeczywistość nie zgasi niczyjego entuzjazmu. Racjonalny odpoczynek od własnych poczynań i przekonań jest instynktowny. Myśl ludzka to jednak bezludna wyspa, nie tknięta ludzką stopą. Więc nawet księżyc jest nam bliższy niż własna głowa.

Znaki na niebie wchodzą sobie w drogę, gmatwają się i nakładają. W powietrzu wisi niepokój. Kołysze się na wietrze, huśta. Historia wzbiera, wzbiera. Jak tytuły nieczytanych książek albo śmietnisko, które leży Ziemi na wątrobie. Niewątpliwie skończy się marskością, czyli lądowaniem człowieka na Marsie, na którym zacznie się nowa, kosmiczna odyseja ludzkości. To głupie jak bankomat. Ale przychodzi i pocieszenie: galaktyka Wir jest około dwadzieścia trzy miliony lat świetlnych od nas. Czy to nie wystarczy? To jedno zdanie powinno być powtarzane przez wszystkie lata edukacji szkolnej. Na fizyce i lekcjach wychowawczych. Galaktyka Wir jest około dwadzieścia trzy miliony lat świetlnych od nas. Nie wiem, czy to jasne. Trzeba złapać perspektywę. Jeszcze raz: Galaktyka Wir jest około dwadzieścia trzy miliony lat świetlnych od nas. I kto tu jest naiwny? Warto otworzyć okno i oddychać. Warto pobiec i się zmęczyć. To mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości. Iść spać. Bezrefleksyjnie i na oślep, by zapaść w najprawdziwszy sen. Bez jedności czasu i przestrzeni. Bez jednoczesności ani czegoś wręcz przeciwnego.

Mózg nie jest inteligentnym urządzeniem i nie służy do gromadzenia informacji. Dlatego sztuczną inteligencję zrobiono na podobieństwo fabryki odkurzaczy, na podobieństwo faktów, z których można zrobić samolot origami i puścić go, niech leci i spadnie. Galaktyka Wir jest około dwadzieścia trzy miliony lat świetlnych od nas. To nie informacja. To wzór na życie. Zaklęcie otwierające. Komentarz do Księgi Rodzaju.

Życzę ci, ludzkości, skaleczenia w palec wrzecionem i zaśnięcia. Obyś zgubiła wątek, linearność i zamieszkała na Gondwanie. Z tej odległości to bardzo bezpieczny ląd, nielogicznie przytulny. Zupełnie jak sen, w którym nawet śmierć jest przyśniona. Ale widziałem ją tam, wielorako, do szpiku czułem jej krańcowość, aż do nagłego przebudzenia, z którego wyciągam daleko, daleko idące wnioski.

Na giełdzie wydarzeń rosną słupki, nie znam się na ich rozumieniu. Jak mam je interpretować, jeśli rozgrywają się w tak licznych głowach, rozbijają na piksele czynników? Boże, daj się ubłagać. Daj się wyspać. Pozwól na odwiązanie i wyspanie. Wyspa nie tknięta ludzką stopą. To nasz mit założycielski. Czy jest jeszcze coś poza nami? I czy naprawdę uwierzyłem, że lata świetlne da się zamknąć w słowach albo w liczbach? Elektrownie emitują kolejne odcinki swojego serialu o zmianach klimatu. Jego ocieplenie wywołuje zimny dreszcz, a nawet mrozi krew w żyłach. Rządy i koncerny robią pokazy swojej władzy, ale oprócz osobowości prawnej nie mają żadnej osobowości. Są okrutne i puste jak opowieści o ataku kosmitów. Niebezpieczne, ale nie bój się córeczko, nie bój się synku. To moja bajka na dobranoc, kołysanka, po której sam z wami zasypiam. Śpię snem nieprorockim, bez ludzi i wydarzeń, bez treści. W końcu śnię, że się boję. Ale w istocie nie mamy czego się bać. Bo nawet jeśli wszystko źle się kończy, w konsekwencji odetchniemy z ulgą. Zobaczycie, gdy wyjdzie na jaw sen o złotych środkach i żelaznej logice dziejów, o jedwabnych szlakach i cyklicznych rewolucjach, gdy pryśnie ta oniryczna atmosfera i opadnie wulkaniczny pył, może znów nie poznamy, że jesteśmy nadzy.

Październik. Zaczął się, jak z wyobrażeń o październiku. Pierwsze dni października-archetypu: żółknące liście brzóz, lip i klonów. Zupełnie jak dwadzieścia dwa lata temu, gdy się zobaczyliśmy pierwszy raz, chociaż jesteśmy w środku mitu o dziesiątym miesiącu roku, więc sam czas ma chyba dla nas rolę drugorzędną. Po górach rdzewiejące delikatnie buki. Subtelne zioła i skromnie rosnące jeszcze kwiatki polne, szlachetnie wypłowiała zieleń. Jesień przypochlebia się jabłkami i orzechami. Mimo zaprzątniętych głów dajemy się zaskarbić. Ale czy potrafimy jeszcze wracać do siebie? Dziś mamy o niebo więcej niż wtedy. Przyrody, dzieci i miłości. Kalina czerwieni się z temperamentem odziedziczonym po Stwórcy. Ta koralowa i ta nasza. Virga, latorośl myśląca. Sześcioro dzieci nam dojrzewa, nabiera barw. Genotyp wiatru jest uchwytny. Każdy jeden podmuch chłodzi zapał. To studzi, to wzdyma namiętności. Rano mgła materializuje się w widoku mokrych gałązek i źdźbeł. W dzień schną serwetki pajęczyn i tańczą jak żywe. Bukiety róż kwitną w stronę słońca, pod wieczór miododajne promienie ustępują granatowemu niebu i pierwszym gwiazdom. Można by powiedzieć, nie rozróżniającym pór roku, ale czy to nie przesada? Roztkliwiłem się nad nami. Bo nawet jeśli nie jest nam wesoło, pierwsze dni października wyraźnie nam słodzą. Karmią słoneczną witaminą. Głupio i małodusznie byłoby udawać, że nie czujemy ich korzennych aromatów, ich chatki z piernika nasączonego gorzkawą esencją zaoranych pól. Zmówmy za nas październikowy różaniec. Tajemnica po tajemnicy. Włóżmy w usta modlitwy dziękczynne i przebłagalne. Za zważoną doczesność kończącego się roku. Za rozczarowania zaklętych w miesiącach letnich i wiosennych godzin. Za pełne ręce roboty. Przygotujmy sen zimowy podwórza i ogrodu. A wieczorem wypijmy ciepły napar nasenny, nokturn C moll wprost spod ręki Jadzi. Po rumianym rumorze Gabrysi i Józia. Zaszyciu się Ani i Broni w świetle nocnej lampki na strychu. Zaścielmy wiatr i uszykujmy sobie posłanie. Niech dźwięczny klucz dzikich gęsi otworzy nam oczy. Skrzydlate objęcia. Dasz się skłonić?

W sierpniu tego roku ponownie są rozmaite chmury na tle skracającego się dnia. Kwitnie wrotycz ramię w ramię z nawłocią i miarowo dojrzewają śliwki. Mogłem się spodziewać mniej, ale nie więcej. Prawa ekonomii natury to śmiech uciekającej z podwórka sroki, gdy otwieram drzwi. Tyle zyskasz, ile zbierzesz. Tyle stracisz, ile zebrałeś. Dzień aktualizuje się za dnia. Sierpień staje się w procesie sierpnia. Szpecą go tu i ówdzie wystawione do wiatru wiatraki, tworzywa sztuczne paneli słonecznych. Wykwity technologiczne obecnej fazy antropocenu. Cywilizacyjne umocowanie w pokracznym dobrobycie. Wiele patentowanych konceptów, którymi rozśmieszamy niemą przestrzeń. Noc śmieje się do rozpuku, łechtana światłami, których nadmiar budzi ptaki i zaciera galaktyczny widok. Całodobowość to seance fiction równie absurdalny jak zdobywczy lot w kosmos czy sztuczna inteligencja. Wielkie skoki dla ludzkości to pocieszne podrygiwania w promieniach kosmicznych. Moja pamięć rządzi się swoimi prawami, więc nasz klimat pozostaje sobą, niezmiennie się zmienia. Jak mu zagrają rozliczne czynniki. Teraz mamy sierpień. Kombajny odjechały i jest po żniwach. Płowe ścierniska czekają pługów. Na miedzy żywy posąg dzikiej gruszy, do której zwracam się w barbarzyńskiej mowie ojczystej. Ale nie mówię jej o geopolityce ani innych bezpodstawnie poważnych sprawach. Po co jej to. Moja umiarkowana centrowość i zrównoważona stabilność tradycyjnie spalają na panewce. W horyzontalnym spojrzeniu, choćby na kamienne wybroczyny pól, nie potrafię być bezstronny. Zaangażowałem się w głębokie oddychanie, energię nadrannych oparów nad łąką. (Skąd wiesz, że rosa jest chłodna o tej porze?) Wieloraka percepcja jest moim tematem, snującym się po ziemi i skraplającym na języku. Nawet powietrze przefiltrowuję przez rodzaj ludzki. Wszystko wokół jest wodą na mój młyn. Gęsia skórka rozsianych kretowisk, drżące kłęby materii, źdźbła. Tkliwe organizmy godzin. Kadry odczuć staram się ładnie układać, zasuszam w zielniku, którego nie pokażę publicznie tak samo jak swoich snów. Jest sierpień. Zieleń staje się ciężka i wytrawna. Faktura wieczoru jakby wytrawiona trawą, utrwalona na matrycy zmysłów. Zamykam oczy i wyraźnie nie mam złudzeń. Na moment pozornie zostawiłem chwiloróbstwo i walkę o lepsze jutro. Igraszkowanie z czasem indywidualnego i zbiorowego życia, które niepostrzeżenie porządkuje harmonia niebieska. Potrafimy sekwencjonować byty i wrażenia, ale czy możemy na czymkolwiek poprzestać? Obwieszone jabłkami jabłonie zamieniają się w fakty, element niepofragmentowanego opisu sytuacji. Czy ludzka obecność to nie wodolejstwo? Gadanina zamysłów. Próżna skuteczność i bezradny lęk. Jak więc mogę się uspokoić? Za dni sierpnia modlę się za was i za was. Chociaż ciążę sam sobie i jestem mokry od deszczu, który wraca nierytmicznie, ale zgodnie z prawem. Nie mam władzy, więc nie sądzę, by zmiany mogły coś zmienić. To chyba nie leży w ich naturze. „Zmiany nie są po to, by zmieniać” – zapisz mi to, proszę, fizycznym wzorem. Gdy zamykam oczy, widzę oddech roślin. Taki dar wyobraźni. Z późnych kwiatów łąki możemy zrobić bukiet do domu. Może nauka zgłębi kiedyś zawarte w tym zamyśle procesy duchowo-chemiczne. Tak rzadkie, tak egzotyczne w nieorganicznych procesach cudownego kosmosu.

„Ministrant ma być ministrantem nie tylko przy ołtarzu, ale i poza kościołem” − grzmiała nam w duszach stara śpiewka formacyjna. Nie puszczaliśmy wprawdzie tego typu aforyzmów mimo uszu, niemniej ich zapamiętywanie przydawało się wyłącznie jako ćwiczenie mnemotechniczne. To, jak winniśmy się zachowywać w kościele, rozumiało się przez sam kościół. A na podwórku, w szkole czy gdzie tam jeszcze? Czym miała być nieskazitelna postawa chłopca, który swoje czyste serce oddał Panu Jezusowi? Tam, gdzie prawo i sprawiedliwość miały w sobie coś pierwotnego i nie było miejsca ani czasu na stateczny namysł czy moralne przymiarki. I na co się zdało codzienne oglądanie zakonserwowanych w ramkach i gablotach haseł czy napomnień? Otóż i stare jak ministrantura fiasko.

A jednak nie fiasko! Do dziś przecież, gdy nadstawię ucha, słyszę wyraźnie księży o zatartych w pamięci twarzach, którzy podniesionym z przejęcia głosem wypowiadają choćby takie słowa: „Ministrant ma walczyć z pokusami i słabościami”. Banalna z pozoru treść namolnych pouczeń znała naszą naturę lepiej niż my sami. Zanim program zawarty w serwowanych nam przykazach dało się odnieść do jakiejkolwiek sytuacji, wdrożyć w sumienie i w końcu przecedzić przez kratki konfesjonałów, musiało minąć kilka lat. Wówczas dopiero młodzieńcze, na chybił trafił dążenie ku świętości, noszenie się z posługą Bogu przy ołtarzu i w życiu, wyrastając z chłopięcych portek i komeżek, zaczynało nabierać kształtu. Zapamiętane biernie zasady mogły w końcu zstąpić do osobowości i zamieszkać nieuchwytną sferę intuicji.

I tak, frazes o byciu ministrantem zarówno w kościele, jak i po wyjściu z kościoła potrafił w chwilowym rozbłysku dać do myślenia dokładnie wtedy, gdy zaczynało się dostrzegać, iż samo służenie do mszy bywa wśród chłopaków czynnością wcale niejednoznaczną, wyrastającą z co najmniej dziwnych pobudek. A najlepsze intencje i decyzje nie przynoszą wyłącznie pożądanych rezultatów, ale wbrew woli ujawniają zawsze jakieś skutki uboczne.

*

Mało kto z uczniów i uczennic nie uczestniczył w obowiązkowych mszach z naukami dla młodzieży, w przymusowych rekolekcjach szkolnych lub nabożeństwach dla przygotowujących się do bierzmowania. Groźba czysto świeckich represji wisiała nad każdym buntownikiem. Skutek tej żelaznej dyscypliny był piorunujący − nagły katolicki wyż demograficzny. Eksplozja wiary.

Liturgiczna służba, patrząc na ten tumult z wysokości prezbiterium, pozostawała ponad tumultem, ponad listami obecności i poza zasięgiem bacznych spojrzeń policji katechetycznej, krążącej tam i sam po kościele. Jednak niezręcznie było stanąć wobec wielkiego zgromadzenia przypadkowych znajomych. Przy ołtarzu robiło się jakoś pesząco. Nawet jeśli mgliście jeszcze rozumiana wtedy miłość Boża zwracała wzrok ministranta ku rzeczom wyższym, choćby dosłownie, np. ku żyrandolom, obrazom ściennym lub znanym elementom snycerskim głównego ołtarza, w końcu oczy musiały powędrować ku ludowi, a tam po pewnym czasie zaczęły się ujawniać rzeczy dawniej w ogóle niewidziane, ukryte przed wzrokiem, a z nagła tak oczywiste: oto zapalały się wśród apatycznej gawiedzi wiernych roziskrzone, pełne zachwytu oczęta dziewcząt. Nieznanych, po stokroć nieznanych, nie tych stałych bywalczyń kościelnych, które ministrantów traktowały jak służebnego wołu lub dopust Boży, ale świeżo przybyłych, zaskoczonych wysokością nawy, bielą szat, podwyższeniem prezbiterium, nabożną i statyczną postawą nas − rycerzy Niepokalanej, świętych Jerzych i Archaniołów.

Cud Boskiej miłości! Ale i całkiem głupawo. Bo jak tu być sobą u siebie, jeśli ktoś patrzy na ciebie tak prostolinijnie, bez dystansu, ciesząc się wyraźnie każdym objawem twej obecności przy ołtarzu, choćby i tępym zapatrzeniem w witraż? I stoi, tak jak stoisz, reaguje na reakcję, przedrzeźnia cię podczas modlitwy Pańskiej… W modlitewne zaangażowanie chyłkiem wkrada się nieokreślone babskie nieporozumienie, zawieruszenie i hipokryzja bycia wewnątrz i zarazem zewnątrz, na widoku. Potem ciepły wyrzut sumienia. I klapa.

Proces był nieodwracalny, o czym świadczył ruch przy drzwiach do zakrystii za kościołem, który zaczynał się zaraz po rozmaitych ucztach duchowych, dniach skupienia i pokuty dla młodzieży szkolnej. Po dwie, po kilka panien spacerowało sobie cierpliwie, tu i tam, rozpromienionych samym swoim czekaniem. Jak gdyby nigdy nic, choć z aż nadto rażącym odniesieniem do zakrystii. A gdy wychodziliśmy, zaczynało się rozpytywanie. O kolegę kolegi, o tego a tamtego. Niektóre mocno zdeterminowane zwracały się nawet do starej siostry zakrystianki, która o dziwo zamiast zwyczajowej surowości, gaszącej ducha w najtwardszym ministrancie, uśmiechała się filuternie pod nosem, odpowiadając jakimś szelestem słów.

Przyznać muszę, że przez jakiś czas byłem oporny − czy też może ślepy − na to, co wokół mnie już się działo. Bez mojej woli potraktowano mnie jako uczestnika gry znaczących spojrzeń i złamanych serc. Absurd. Nie to, bym nie znał serdecznego odruchu bezwarunkowego i jednocześnie żenującego procederu zwanego zakochaniem. O, nie! Lecz muszę z wyższością stwierdzić, iż środowiskowe miłostki były mi całkowicie obce.

Jednak co z tego, kiedy właśnie przez te miłostki nieoczekiwanie poczęły się zbiegać moje drogi kościelne i szkolne. Napłynęła wezbrana fala korespondencji. Pocztą, nie pocztą, poprzez umyślnych i umyślne. Albo jeszcze inaczej: pukanie do drzwi mieszkania, otwiera brat, babcia, rodzice: „Chodź tu, ktoś do ciebie!”. I zaraz prośba z głębi korytarza: „Możesz wyjść na zewnątrz?”. Nie, idźcie, idźcie, zostawcie mnie, jakie chodzenie, to nieporozumienie, hańba, szczyt braku czegokolwiek!

To były czasy. Feralne wyjścia na mszę. Na wpół do dziewiątą lub na jedenastą. I rozpaczliwy powrót. Wydłużony czterokrotnie w przestrzeni i czasie. Opłotkami. Żeby zgubić, zatrzeć za sobą ślad i pomieszać szlaki. Nie dać się przyłapać na wchodzeniu we własne drzwi. Boże, Ty jeden wiesz, jak bezsensowne jest zakochiwanie się, do tego w tym utopijnie nierozumnym wieku. Uchroń nas od siebie samych, od siebie nawzajem. I od dziewczyn. Od dziewczyn!

Nigdy ostatecznie nie doszedłem do tego, jak był zdobywany mój adres. Miłosna inwigilacja i wywiad w ekipie LSO miały widocznie spore tradycje. Brakowało mi przebiegłości w sprawach świata. I wychodziłem na tym okropnie. Ani rzetelnej modlitwy, ani chcianej w skrytości dziewczyny. Rozjątrzone nic − i to w momencie takich możliwości!

Nie wspomnę o ministrantach-zdrajcach, którzy odeszli, uczepiwszy się wpierw przykrótkiej kiecki, by nigdy już się nie pojawić na horyzoncie naszych ławek. Ale ci serdeczni koledzy, których dziewczyna uroczyście przyszła do kościoła − ci to dopiero służyli! Patrzyło się z dumą. Każdy był skłonny oddać takiemu wszystkie funkcje, byle szczęśliwiec mógł się wyszumieć i wykazać. Drżały chłopakom serca. Któryś kroczył sztywniej, poważniej niż zawsze, stał jak żywy posąg z miną żołnierza na przysiędze. Inny trzęsącą się z podniecenia dłonią cztery razy uderzył młotkiem w gong na Przemienienie, dobył dźwięk za wcześnie, za późno lub zgoła wcale… Istne historie miłosne! Młodsi szli w popisy: zwróceni versus populum, stroili komiczne miny i ćwiczyli żałośnie fizjonomię, doznając ocknienia dopiero na komunię. A ile czerwienienia i chichrania, bezwstydnego wstydu i niezbornego certolenia, o ho ho!

Być może moja pamięć jest wybiórcza, ale nie przypominam sobie, by w naszym gronie byli tacy, dla których patena miała funkcję lusterka, a balaski stawały się częścią gry umizgów ze stojącymi po drugiej stronie niewiastami. Za to wśród ministrantów z sąsiednich parafii − a jakże − znajduję dziś niejednego lowelasa. Niebywałe, potrafili oni czarować przy ambonce słowami Listów apostolskich, wdzięczyć się do dziewczyn wersetami proroka Izajasza! A ile razy przed występem poprawiali uczesanie, kokosząc się potem obok księdza, na znak swego ugruntowanego miejsca w hierarchii. Szczególną sławą cieszył się pewien ministrant, który podczas mszy co i rusz wychodził do zakrystii, by sprawdzić, czy nadal prezentuje się tak dobrze, jak przed chwilą. Gadano o nim. Kręcił się jak najęty. Tam i z powrotem. Jak zdołał do tego przyzwyczaić kościelnego, prezbiterów?

Nasza zakrystia była wówczas prawdziwym azylem, celą, miejscem neutralnym i bezpiecznym. Tam nawet entuzjaści zacierający ręce na myśl o wyjściu do mszy zachowywali jako taki umiar. Ale za jej progiem − na jakie rozdarcie byliśmy narażeni, na jaką pryszczatą pychę żywota, przez tę naszą publiczną obecność. My − przyklękający na prawe kolano lub dygający głową przed ołtarzem, przechodzący pośród tłumu rówieśników od stacji do stacji drogi krzyżowej albo biorący wielki krucyfiks, by dźwigać go na czele procesji. Wobec żywiołu płci żeńskiej, dla której dostęp do służby ołtarza pozostawał słusznie zamknięty.

*

Wieczna jedyna tajemnico odprawionych dawno mszy! Co tu przemilczałem, to moje, a co rzekłem, to może i nieważne. Ja w każdym razie odnajduję w sobie wdzięczność i uznanie, że te wszystkie mszalne amory, owo śmiechu warte i karygodne sztubackie bezeceństewko natury, źródło Boskich poruszeń i rozproszeń, paląca mikstura dobrego i złego, że były one jak zalotna pieśń śpiewana na gregoriańską nutę, jak wyznawane sobie wtedy nawzajem Credo. Tam, w kościele, między ludźmi a Bogiem, gdzie zapatrzeni w siebie, niespokojni, odgrywaliśmy przed Majestatem swoją młodość, lekkodusznie przyjmowali Komunię. Gdzie żegnaliśmy się zdawkowo w poddanym nam rytmie i nie słuchając własnych słów, rzucali jakby od niechcenia: „Na wieki wieków. Amen”. 

Proszę Państwa, naprawdę czuję się onieśmielony i zobowiązany. Oddychając regularnie, nie liczyłem, że zrobię tak zawrotną karierę. I to we własnym ogródku. Widzę, jak wstrząśnięte dżdżownice wiją się, dwoją i troją u moich stóp, ziemia przewraca pod szpadlem, za pomocą którego – jak miło, że zostało to przeze mnie dostrzeżone – zacieram ślady poprzedniego sezonu na rzecz czasu, który pulsuje teraz i tylko teraz. Co za sukces – żyć. I to jak żyć. W tym momencie dziejowo-zegarkowym. Niebywała oczywistość rutynowych działań hic et nunc. Tak, wiosna z wnętrza rozmaitych ptaszków opiewa moje ogródkowe dzieło, nad którym unosi się atmosfera ziemi, pulchnej, rosnącej jak na drożdżach, niewzruszenie poruszonej moją obecnością, efektywną pracą, za którą dostaję wilgotnego buziaka od wieczornej przestrzeni. Jest z czego być dumnym wobec tak zacnego audytorium godzin spędzonych wspólnie z wiosną nad kwietniową inicjatywą roślinną. Czy mogłem się spodziewać, że zostanę doceniony w swoich działaniach? Póki co pozwolę sobie uciszyć rzęsiste oklaski deszczu, proszę jeszcze słońce o zabranie głosu, a potem szacowne grono gwiazd na rozgwieżdżonym niebie może się rozejść po kościach wszechświata. Dobranoc i dzień dobry mówię jednocześnie. W życiu nie zaznałem tak globalnej sławy na tak małym skrawku ziemi. Kto by się spodziewał. Bruzdy mojej przekopanej sceny ścielą się pod nogami. Schodzę w glorii zwycięstwa. Ale spokojnie. Wrócę. Zejdę tylko przejściowo. W nimbie potu, z laurem za coroczną twórczość i za niezłomną nadzieję na wzejście tegorocznych warzyw. Tyle wrażeń. Muszę ochłonąć. Tymczasem dziękuję za dotychczasowość. Za poprzedni plon i last but not least gnój, który pospołu z glebą uczynił tak cudownie żyzny amalgamat. Naprawdę, nie zamieniłbym się z nikim. Odchodzę więc z honorami i wrócę innym człowiekiem. Między rośliny, które urosną w moich oczach do potęgi drugiej i trzeciej. Obiecuję. Z całą swoją tutejszą sławą znowu zamienię się w siebie.

Było tak, że przysnąłem i miałem sen. Śnił się ogród. Aj, co to był za ogród. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, bo i oko, i ucho też należały do snu. Lecz właśnie tym śniącym się okiem ujrzałem niespożytą cudowność, mocniejszą niż dzienną, której sen oszczędził jakichkolwiek nazw, choćby takich jak − Eden.

Oto kadzidlane smugi oparów i mgieł. Rośliny ledwie podobne do tych, które widziałem dotychczas, lecz doskonale mi znane − okazuje się bowiem, że kojarzę ich nazwy, jakbym sam je kiedyś nadał.

Zaraz przede mną snują się wiotkimi łodyżkami monstrancje i jasne alby o olśniewającej wprost woni. Po zapachu odgaduję bliską obecność rozmaitych ziół: tak, to kwitną już balaski i sekwencje, kołysząc się ponad kobiercem młodych mszy, suplikacji i różnobarwnych feretronów.

Nawet najzwyczajniejsze litanie i zacheuszki, nawet pateny o krągłych listkach i drobne koloratki, których mnóstwo ścieli się u moich stóp, ożywają w świetle snu, sprawiając wrażenie, jakby jaśniały swoim własnym światłem.

Dalej pojawiają się coraz szlachetniejsze kwiaty i krzewy: smukłe dalmatyki, sutanny i liturgie, a nieopodal nich rozsiane tu i ówdzie krzaki dzikich antyfon; gęste, rozbrzęczane owadem baldachimy i chwiejne, dziewicze epiklezy, a pośród nich − cudowny deogratias z rozedrganymi liśćmi, podobnymi do prefacji, choć większymi i posiadającymi nieco inny odcień intensywności.

Zmierzam środkiem alei. Wzdłuż niej szpalerem kołyszą się dostojne korporały, a pod nimi szeleszczą ambonki i tuniki. Co za krzewy!

Skąd mogłem wiedzieć, że idę spotkać tego, który je posadził? A jednak domyśliłem się, poznałem. Po tych znajomych mi roślinach. Po co innego miałbym tu się znaleźć.

Naraz wyrastają koło mnie potężne ornaty oplecione onirycznymi pnączami stuły. Gdzieniegdzie płonie rzadki kwiat cingulum. Na moich oczach wychylają się ze ściółki nieszpory, mszały przedsoborowe i wiele innych gatunków grzybów o hybrydycznych kształtach.

I w końcu z daleka widzę, lub może poznaję po woni niepodobnej do niczego innego, ogromne, górujące ponad całym lasem, święte drzewo: paschał.

Aj, co to było za drzewo. Pamiętam, że zanurzyłem w jego koronie całą swoją śnioną uwagę i nie wiem, jak długo tak brodziłem wśród jego konarów, ale naraz zacząłem się ku niemu zbliżać.

Już między drzewami, zza zagajnika humerałów, dostrzegłem cień postaci. Już cień zdawał się posiadać kontury, a las dzielący mnie od drzewa paschałowego − być coraz rzadszy. I ni stąd, ni zowąd przyszło − przebudzenie.

W ślad za siedzącymi obok mnie ludźmi wstałem nagle z miejsca i wraz ze wszystkimi zacząłem mówić. I właśnie gdy − spostrzegłszy osowiałe twarze ludzi i białe szaty kapłana − uprzytomniłem sobie, gdzie jestem, i w powtarzanych pospołu z innymi słowach rozpoznałem Credo, ostatni dreszcz świeżości mojego cichego i lekkiego nade wszystko snu prysł.

Lecz została mi po tym śnie odrobina aromatu i pamięci o tamtej zieleni. Wonność liturgii i daleki zapach mszy, który czasem w skupieniu wyławiam, gdy po raz kolejny wstaję na dźwięk dzwonka i wypowiadam słowa pisane mi przez mszał.

I cierpliwie czekam, aż zza tych słów-roślin wyłoni się postać, z którą nie zdążyłem się spotkać wówczas w ogrodzie, pod paschałem.

W śpiewnych wersetach psalmów, w iście kapłańskim geście podnoszenia ramion, kielicha, w melodii powstań i klęknięć i znanych na pamięć słowach modlitw jakby przez sen wyczuwam nutę Jego obecności.

Miało to miejsce w domu. Stałem i kroiłem. Chleb czy co. Chyba nieistotne. I tak po prostu, nawet nie nagle, zrobiło się zupełnie nienaturalnie. Zupełnie.

Niby nic szczególnego. Żadnych wydarzeń, zaskoczeń. Nic a nic. Ani za otwartym oknem, ani koło mnie. Po prostu. Nastała powszechna nienaturalność. Objawiła się w odgłosach. Poprzez szczekające w oddali psy, w brzęczeniu much, w szeleście krojenia i szumie od ulicy. A nade wszystko − w powietrzu. Nie jako jego dodatkowy walor, lecz samo powietrze stało się dziwne, inne, nieoczywiste. Niedyspozycja − pomyślałem − coś z ciśnieniem. Ale nie. To nie było ze mnie. To z zewnątrz. Znikąd. Z powietrza.

Nie wiem jak, ale światło przestało być sposobem świecenia. Naraz było tylko światłem, świeceniem. Takie: światło dzienne. Głosy brzmiały, jakby przestały być przecedzane przez mój aparat słuchowy. Stały się głosami samymi przez się. Słuchane, a nie słyszane. I oto byłem uczestnikiem swojej czynności krojenia. Zacząłem nakładać się na siebie. Intensyfikować. A wszystko kosztem − naturalności. Tej znanej z dnia na dzień, z autopsji i z pamięci, przeźroczystej, ale fundamentalnej, określającej warunki panującego świata.

Nie, to niemożliwe. Takie zniesienie doświadczenia pokoleń, którego jestem nośnikiem. Przekreślenia tego, co nieodparte. Jakim prawem jakieś mimowolne widzimisię, jakaś hybryda percepcji, ma wyprzeć rozumne podstawy mojego działania − tę pewność, która mi się należy jak psu miska? Choćby z racji tego, że jestem człowiekiem. A jeśli nawet tak, to czy inni ludzie też okażą się inni? Tak wysoce nieprawdopodobni, niezrozumiale nieprzystający do siebie?

Tak chyba pomyślałem. A nie było wtedy przy mnie ludzi. Bliskich ni dalekich. Lecz gdy się pojawili, żona, dzieci, sąsiedzi, obcy, dostrzegłem ich niby drzewa. Nieludzko bezpośredni, odmienni, choć nie wiem, względem czego. Przechodzący mimo samych siebie. Poruszający się z niepisaną wzajemnością.

Im dłużej patrzyłem i chłonąłem, tym bardziej nienaturalność okazywała się naturalna, słuszna, a nawet uzasadniona. I gdy człowiek zaczął wyodrębniać się i być rozpoznawalny jako człowiek, a każde poruszenie, które do mnie docierało, stawało się rzeczywistością, a rzeczywistość − parafrazą świata, wtedy właśnie − w ostatnim poczuciu odpodobnienia − zdążyłem jeszcze westchnąć: „Dzięki Ci, Panie, dzięki Ci, że nie mieszczę się w człowieku. Że oto jestem dużo szerzej niż on. I że jestem oprócz człowieka, którym jestem!”.

Mam jednak wrażenie, że nie kroiłem wtedy chleba, tylko mięso, surowe, na obiad. Najzwyczajniej w świecie. Ale chyba mniejsza o to.

Mróz ma wiele twarzy. Nawet jeśli jest nieludzki. Inaczej patrzy ze śniegu, inaczej ze ściętej tafli wody. Unosi się w powietrzu lub leży jak długi na ziemi, a potem w nią wstępuje. Taki jest mróz. Przekształca się, przybiera różne postaci i nie da się uchwycić go ściśle. To on jest od chwytania. Choćby wtedy, gdy światło dnia zamienia się w białawą zawiesinę, w której kształt to pomięta szarość, układająca nierówności pagórków, leśne wybrużdżenia, fałdy chropowatych jodeł. Powietrze znaczy tyle co mglisty przestwór. A najdrobniejsze rośliny zamienione w sen i wszelkie przedmioty wystawione na mróz obrastają lodową pajęczyną, srebrnym mchem. Szadź. Gdy przychodzi jej pora, nie ma nic bardziej właściwego. Jak logiczne jest jej pojawienie się wówczas, gdy się pojawia. Bezbarwnie i dokładnie. Tkliwa i zimna. Majestatycznie misterna. Czysta feeria mrozu. Aż trudno uwierzyć. Ale mróz silniejszy jest od wiary. Przenika na wskroś, ostrzejszy od miecza, wdziera się do wnętrza, aż do rozdzielenia stawów i szpiku. Trudno nie ulec jego czarowi. Jego przemożnej ciszy. Lód. W skupieniu nasyca się światłem. Nawet cień jest szklisty, a noc jak lustro wody w głębi studni. Ciemność przegląda się w ciemności. Przejrzysta i wyczuwalna. Opleciona mrozem jak gałąź sosny. Podnieś głowę, a strzeli po oczach zesztywniałym igliwiem. Kryształki śnieżnego puchu będą rysować na tęczówce wzory. Ciemno, choć oko wykol, ale przejrzyście. Mróz. Nawet po omacku, zawsze da się rozpoznać. Rośnie niewidocznie. W wilgotnym zalążku chłodu. Zbiera cierpliwie mgłę. Zaczerpnie wody, pochłonie. Czym jest szadź? Lodową patyną? Naroślą? Pleśnią w czystej postaci? Szadź to szadź. Dotyk zimy, skóra mrozu, cielesność mgły.

Święta tego roku szykują się wyjątkowo radosne. Karpie otwierają pyszczki ciszej niż poprzednio. Kolejki są dosyć nawet bezludne. Można powiedzieć – święta szykują się same. Bez hucznego udziału wielu. Na centralnych choinkach więcej jest bombek niż ludzi wokół. Prezenty na próżno wyglądają swoich szczęśliwych znalazców.

I czego tu sobie życzyć. Samemu i nawzajem. Suchy, biały opłatek topnieje na języku jak deszcz ze śniegiem. Można by się łamać czymś mniej wyposzczonym, ale po co rewidować surowy obyczaj. Wystarczy, by był serdeczny. Smak muśnie podniebienie. Przełkniemy go na słono.

Ściska w gardle. Nie każdego. Można płakać na sucho i po cichu. Albo tylko przełknąć wszystko. Prawo świąt. Jeśli podejmuje się je z radością. Jak choćby w tym roku. Jest uroczyście jak zawsze. Ale weselej brzmi „wesołych świąt”. Może dlatego, że pojawia się go mniej. Ubrane jest skromniej, niewyjściowo. W tym sezonie moda świąteczna patrzy zza szyb rybim okiem. Nie nęci specjalnie. Żłób i ubóstwo. Choć dziwne instalacje w witrynie czy Watykanie starają się o uwagę. Udają radosne nowiny.

Pochmurno i mży, ale przejdźmy do życzeń. Europejska zima przetrwała próbę czasu u Bruegla starszego. Jej biel jest jaśniejsza niż Jerozolima. W sam raz dla Bożego Narodzenia. Obyśmy tradycyjnie umyli czarno-białe okna z widokiem na zmrok i pierwszą gwiazdkę. Mieszkania mają być jak lodówki, z których wyciągniemy potrawy świąteczne. Jak niepubliczne zakłady opiekuńcze dla samego personelu.

Czym zagęścić tegoroczną świąteczność? Z kalendarza patrzą kalendarzowe święta. Czerwone cyfry dni. Dobra nowina: nie ma wyjścia. Nadchodzą. Trzeba je podjąć z namaszczeniem, jak nieznanego gościa, który nigdy się nie pojawił. To najwłaściwszy moment. Bo po co wracać do kina familijnego. Spędzać godziny z powiek przy disneyowskich produkcjach. Ich perpetuummobilowy mechanizm wpadł w czarno-białą dziurę. Czy czas nie zakrzywił się nam w ostatnim czasie? Zapętlił się i grymasi, że nie ma punktu wyjścia. Jakby piosenka „Last Christmas” radykalnie przestała grać, już od pierwszego razu.

Święta tego roku szykują się wyjątkowo uroczyste. Nie można ich przespać. Dzwoneczki nie dzwonią. Stroiki nie stroją. Nikt nie robi szopki. Tylko ta watykańska instalacja. Recesja treści. Jak załamanie rynku. Nie spełniają się najskrytsze marzenia. Niektórzy zasiadają do stołu, ale bez fajerwerków. Stół nakryty, barszcz przyłapany na gorącym uczynku. Jest do czego się odwołać. Ale od początku, od początku.

Bo tak od środka to się nie da. To jak powiedzieć „Manasses był ojcem Amosa”. Albo i gorzej – to jak girlandy nad ulicami, nastrojowe wystroje życia publicznego. Przyjdzie za nie zapłacić. Ale to nieświąteczny temat i nieśmieszny. Tak czy owak terapia atmosferą nie daje pozytywnych rezultatów. Srebrne łańcuchy zwijają interes. „Manasses ojcem Amosa”. Taka zagadka świąteczna. Może ktoś zgadnie, ale nie trzeba odpowiadać. Już się rzekło: Jutro przyjdę.

Popatrz: nie ma mnie. To znaczy jestem niby dowodem na to, że to nieprawda. Ale nie mówię przecież o sprawach nadzmysłowych jak życie wieczne, które jest straszniejsze niż własne odbicie w wodzie, na środku jeziora. Pod odbiciem jest ciemność, a pod ciemnością prawdziwa śmierć. Nie mówię więc o śmierci. Mimo to nie ma mnie. Nawet jeżeli nie jestem czystym niebytem, ale przeciwnie: brudnym, dyszącym cudem życia. Może to tylko mimikra, upodobnienie, rozlanie się w pejzażu, może to mój wcielony panteizm. Niewidoczność z lotu ptaka, w gęstwinie materii organicznej i nieorganicznej, idiosynkrazja osobowa, osobliwość bez osoby. Może to moje spełnione marzenie, którego staję się upiorem. Dosyć, że pewno nie bardzo wiadomo, o czym gadam. Jeśli samoświadomość ma w ogóle coś do gadania, i tak jest zaledwie przejściową fazą. Stań twarzą w twarz ze sobą, który nie ma twarzy, przepoczwarz się. Czy motyl jest wdzięczny swojej larwie? A jeśli opuściłem swoją mumię, swoje lustrzane odbicie? Co z tego, że zdradza mnie namacalność, obnaża dotkliwość. Napis na kamieniu jest nieczytelny, nie ręką ludzką uczyniony. Nie odczytasz się we mnie. Nie rozpoznasz. Nie ma mnie. Włóż palec pod żebro i nie bądź niedowiarkiem, zakrzepła chemia kości nie jest śladem istnienia. Rozsypuje się wstecz i wprzód. Popatrz: nie jestem prochem i gliną. Proch i glina jest mną.

W klatce piersiowej kłuje zachód słońca. Zamknięty tam, tak że nie mogę go odkaszlnąć, wypluć. Uwięziony na dłużej, niż trwa tego wieczoru czy któregoś podobnego. Dolega mi październik. Zawiesina z wielu innych miesięcy. Pora zejścia światła pod ziemię. W miejscu zenitu jest ciemno. Gwiazdy podkreślają kontur nocy. Kontrastują. Kontrastują z ziarenkiem źrenicy, w której zdaje mi się, że mieszczę wszystko. To śmieszne. Te mikroruchy w preparacie życia. Lata spędzone pod szklistym kosmosem. Wymaz nieba. Mgliste łuny października. Jestem więźniem swojego tętna, wydechu, który dedykuję pamięci wdechu. Kolor liści trwa. Dłużej niż ocieplający się klimat wokół osierdzia biegunów Ziemi. Niby wychodzę im naprzeciw. Ale to tylko retardacja rozwoju czerni, w której podmuch bierze całe bogactwo popołudniowych refleksów. Gałęzie są powykręcane jak we śnie, a kora pociemniała. Ale ta bezwonna substancja to jawa. Nawet jeśli jej nie smakuję, to ja jestem. Na przeźroczystym tle nieprzejrzysta kropla skóry. Żuję pergaminowe światło. Patrzę w lustrzane odbicie zaoranych ściernisk.

Przed domem mam północ, a wokół inne strony świata. Wszystko w miarę swojskie, chociaż czasem trąci nieskończonością. Nie kusi mnie ta nieskończoność. Ani wielkie podróże. Nie lubię globtroterstwa. Ale bardziej od podróży nie znoszę podróżników. A od turystki ‒ turystów.

Podróże kształcą, zmieniają. To wielka przygoda przybyć do dżungli lub do kurortu. Dżungla to nie kurort, ale mniejsza o to. Można tam obejrzeć fantastycznie odmiennych ludzi. Ich zwyczaje godne programu telewizyjnego i lektury na dobranoc. Turystyczna ciekawość świata jest obrzydliwa jak łakomstwo. Turyści‒truiści. Podróżnicy. Pod różnymi pozorami i z najrozmaitszych pobudek podbijający świat. Ta ich nieważka wszędobylskość i nieumiarkowanie w przestrzeni. Kolonizatorzy z ducha, niosący w oczach ekspansję, której sami nie widzą, ich pacyfistyczna obecność z daleka huczy wojną.

Na północ ode mnie jest Morze Bałtyckie. Największe ze znanych mi mórz. Za morzem są nasi sąsiedzi. Czy są rzeczywiście nasi? I czy sąsiedzi? Nawet swoi bywają nie nasi, ba, sam też od czasu do czasu jestem jakiś nieswój. Skąd więc mniemanie, że tamci są nasi? Odseparowani morzem, granicami. Czy separację można jeszcze nazwać sąsiadowaniem? Tu i ówdzie granice zostały otwarte. Otwarte, nie otwarte, zmienne czy niezmienne, kurczowo trzymają się map. Jasno wyznaczają strefy sąsiedzkiej obcości. Administracyjne podziały, umowy, konwencje. Pewniejsze od prawd objawionych. I o niebo ważniejsze.

Tak jak i waluta. Kapryśna bogini. Waluta, Waluta. Wystarczy kilka razy powtórzyć. Składamy jej ofiary, by była stabilna. Taki nasz rodzimy bałwan. Wielki, pożądany. „Waluta, Walucie”. Ale nieegzotyczny. Niegodzien literatury podróżniczej. „Tubylcy oddają hołd słupkom, które pokazują kurs Walutowy”. Jaki jest kurs euro, dolara? Kurs na mieliznę. Dryf w stronę chaosu.

To bardzo stabilny i konsekwentny kurs. (Ile jeszcze potrwa?) Nic nowego. Ameryki nie odkryłem. I mam nadzieję, że nigdy nie odkryję. Marzę o tym, by jeszcze choć raz Ameryka została nieodkryta.

Na moment bądźmy nierozsądni. Przyjmijmy na chwilę, na jedną naszą współczesną doczesność, to, jak jest: ład świata zależy od giełdy, od tego jak stoją finanse. Ale nawet moja mała córka wie, że finanse nie stoją, bo nie mają nóg. Finanse to bajka o kopciuszku i złej macosze. Widmo nędzy i bogactwa, miraż sprawiedliwości, której nikt nigdy nie widział. A w rzeczywistości to strach na wróble. Mimo iż cenniejsi jesteśmy niż wiele wróbli, boimy się go i na chwilę, na jeden moment musimy się bać.

Zaraz przed drzwiami, nad podwórkiem, zaczynają się przestworza. Sklepienie niebieskie, z tak rzadkiej materii, że na jego stworzenie potrzeba było całego kosmosu, by pozostało szczelne i nie wyciekła z niego historia wszechświata.

Łuny samolotów, huczą i dymią jak smok. Najwięcej ich widzę na zachodzie. Pod gasnące światło dnia. Na zachodzie jest cywilizacja zachodnia. Wielka kultura, która i mnie udzieliła głosu. Ze swojej gliny ulepiła wyobraźnię. Linie lotnicze rysują wykresy: rosnący dobrobyt ‒ spadająca demografia. Przy czym demografia to kultura, w której rodzą się ludzie, narody liczne jak piasek na brzegu morza. Na pustyni.

Właściwie na północ i na południe, a nawet na wschód też mamy zachód, tyle że trochę inaczej zachodzący. W Szwecji wytwarzają tradycyjne środki do impregnacji drewna. Naturalne. W Szwecji naturalny jest materiał budowlany, lecz odrzuca się prawo naturalne. Naturalna jest smoła drzewna, ale nie płeć.

Wschód jest na prawo ‒ niby jak zawsze. Białoruś ‒ jezioro o smolistej, zamulonej toni. Rezerwat natury, która nie wie, że jest naturalna, skansen dwudziestego wieku. Sowiecka bieda i carski przepych ‒ tężejący w oddali, w powietrzu od wschodu. Widmo nędzy i mocarstwa. Przestrzeń o kołchoźniczym rozmachu.

Wschód. Co słychać na giełdzie papierów wartościowych i nieruchomości? Nic pewnego. Same wahania. Dlatego trzeba przejść do czynów. Pierwsza zasada ekspansji: nieruchomość jest ruchoma. Spiszmy to na papierze i przypieczętujmy wojskiem. Wartości są umowne jak granice. Więc papiery też mogą być wartościowe. Z papieru sporządźmy sturublówkę. Ze sturublówki zróbmy statek origami. Daleki wschód uczyńmy bliskim. Bliski wschód ‒ naszym wschodem. Wypłyńmy. Jaki jest kurs rubla? Kurs na zachód. Czyli wszędzie. W stronę naszych wysp szczęśliwych. Raf koralowych, na których można się rozbić raz na zawsze.

Na południu jest inny klimat. Ludzie są tam chyba bardziej przyzwyczajeni do demonów południa. Chociaż to demony wszystkich stron świata. Najpierw Czechy i Słowacja. „Tutaj” położone za górami. Mniej zrujnowane po wojnach, za to bardziej zsekularyzowane niż my. Taki stereotyp. Rześki stereotyp ‒ z Czechami i Słowacją uzupełniamy się. W swoim cieniu jesteśmy nawzajem bezpieczni. Dalej na południe rośnie temperatura, zmienia się szata roślinna. Stroje kąpielowe nad morzem kwitną okrągły rok. Jak na zdjęciach. Czerwone wino Egeru, Croatia, Bulgarija, ciepłe kąpieliska, uśmiechnięte hotele. Dziewicze Karpaty i burdele miejscowego wyrobu. Dary biura podróży. Urlopowa bryza, zew wakacyjnych wycieczek.

Jednak od zorganizowanych wyjazdów zagranicznych bardziej nienawidzę samych wyjazdowiczów. Dokarmiających nadbrzeżne miasta i z rozkoszą podglądających ludzi w zaułkach, których nie zaznaczono na mapie. Turystyka. Trutka na szczury lądowe, ochłap dla wilków morskich. Sposób na ciekawość i na nudę. Miękka kolonizacja.

W myśl twardej zasady: nikt nie ma złych zamiarów. Chodzi o to, by poznać inność. Zobaczyć cuda natury i architektury. Zrozumieć świat i oczywiście pomóc mu w zrozumieniu. Świat jest dla wszystkich. Azja dla Ameryki Północnej, Afryka dla Europy. Bierzemy sporo, ale hojnie zwracamy. To przecież logiczne ‒ każda konkwista ma swoją rekonkwistę.

Przed moim domem rozlega się widok na północ. Pełnia księżyca odpodabnia zieleń trawy. Zwierzęta drzemią niespokojnie. Ja spokojnie nie śpię. U stóp kładzie się ziemia. Patrzę naokoło z jej perspektywy, kręcę głową. Jak wróbel. Cenniejsi jesteśmy niż wiele wróbli. I choćbyśmy się stali liczni jak ziarnka piasku albo też gdyby chciano nas wytracić do nogi, nasza cena nie będzie mniejsza. Zostaliśmy już odkupieni. Za cenę krwi. Wiem, bo wierzę. Cóż to jest wiara? Nawet moja mała córka wie, że i bez odpowiedzi to oczywiste.

Oprócz stron świata mam jeszcze przed domem pory roku. Wiosna, lato, jesień, zima ‒ wszystkie razem są jak Ewangelie: nawet jeśli znane na pamięć, to nieujarzmione i wracające wbrew oczekiwaniom. Pory roku. Zaczyna się jesień. Dni przechodzą świętymi z kalendarza. Co dzień ‒ to święci. Jakby męczenników było więcej niż dni.

Potem zima i przedwiośnie. Z dalekich krajów wrócą ptaki, zatańczą nam anomalia pogodowe. Tradycyjnie świat zagęści się i będzie nie do poznania. Zakończy się cykl, rozpocznie. Więc zobaczę wszystko na nowo.

Dwudzieste dni czerwca, więc czas jest przesileniowy. Na ulicy tego nie widać, dlatego trzeba przyjąć na wiarę. Deszcz chlusta, bije na odlew, gdzie popadnie. A jeśli przechodzi, to bez manifestacji. Trawy przejrzewają, grzęzną w ziemi, która w naszych oczach jest teraz błotem. Czy czujemy się aż tak czyści? Dzieci chodnika i asfaltu. Ulicznych poglądów i światopoglądowych reklam. Nasiąkamy nie tylko wodą.

Tymczasem ptaki wylatują z gniazd, więc mimo wszystko natura nie zwątpiła w płodność. Nieprzelękniona krążącymi po trajektorii ludzkich głów pomysłami. Kot na moich oczach zjadł pod domem różowe pisklę i na chwilę straciłem do niego serce. Potem przyniósł też drobne szare pióra. Ale rodzić się do życia to też przyjąć żałobę konsekwencji. Miała być susza, jest podmokły czerwiec. Pokładła się łąka. Ziemia jak ślimak w pyszczku żaby. Tyle że mamy już dwudzieste wieki. Więc możemy być dumni i poinformowani. Woda zalewa tylko miejsca, o których potem można się dowiedzieć.

Poza tym mamy kanalizacje. W wieku rynsztoku człowiek chodzi po wodzie. Z podniesionym czołem. Zamiast niewidocznego gąszczu gwiazd szarzeje skroplona gęstwina pary. Kosmos zasnuły chmury i nie dociera do nas to światło, które już nie dotrze. Nawet wywieszone pod dachem pranie jest od kilku dni podszyte mgłą. Nadmierna emisja świateł ziemi na chwilę traci moc przekonywania. Tak jak pustynnienie pejzażu i topnienie lodowców, widzianych oczyma turystów i ekranów.

Ale to nic. Już prawie latamy na księżyc i dalej. I wiosną wreszcie niechętnie wracamy do płodności. W inne pory roku też, o ile w ogóle to nie pojęcia przedawnione. Przecież nawet płeć to ponoć złudzenie optyczne. Co z nami będzie? Przecież za dwa miliardy lat Ziemia przestanie istnieć, bo wypali się Słońce. Czy to nie przerażające? Być może nawet trudno z tym żyć. Zostanie z nas rozproszona na wietrze garść piór. Pierwiastki pozbawione pierwiastka życia. Ale teraz to nieistotne. Liczą się refleksy pierwszych dni lata, chwila życia, kiedy pada i pada. Naturalnie deszcz. Nie meteorów. Zwykły, mokry. Prawdziwy deszcz. Wprawdzie odkrywcy krajów cywilizowanych już dowiedli, że prawda nie istnieje. Ale sami i tak mokną.

A pod domem mam jaśmin. Jego zapach maceruje się w roztworze powietrza. Kwitną też kwiaty paproci. Naprawdę. Nie wierzycie? Prawda to noc świętojańska, przed której nadejściem kąpać się nie wolno. Choć to w innych czasach. Innych, to znaczy biednych i skrzywdzonych. Ich inność domaga się równouprawnienia, czyż nie? Mamy już dwudzieste wieki. Dwudzieste dni czerwca przepływają wartko. Ludzie snują się jak obłoki po czubkach drzew. Senni, wąwozowaci. Świadomi siebie i swojego zwycięstwa nad naturą. To nic, że miasto zamiotło błoto pod ziemię, a beton nie butwieje. Świadomość prawdopodobnie też zawilgła. Taki jest wpływ pogody. I złudzeń. Na przykład, że przepłynęliśmy już to, kim jesteśmy. Albo że ludzkość dokrzyczy się słońca.

Tak, byłem nim, mogłem wszystko

skoro zbliżał się drugi krzyżyk

i raz na zawsze skończyło dzieciństwo.

Wszechmoc była bardzo indywidualna

skrojona w sam raz na mnie

wiele miałem przykładów na życie bezprzykładne.

Młodość przyprawiła mi skrzydła

nie próbowałem ich z wysoka

kto łamał sobie nad tym głowę

że młodość jest na pokaz

do tego bez większych widoków na własne życie dalej.

Nie kułem żelaza póki gorące

domyślając się

że nie ja jestem swego losu kowalem

za jedyny pewnik przyjmując, że nie wiem, kim będę

snując domysły bezwiedne

skąd przychodzę i kim jestem

z instynktowną wiarą

że przyszłość to przestrzeń.

Wybraniec losu − dobrze trafiłem

wpadłszy wprost w to pokolenie

oprawiony w blok

wkomponowany w przyuliczną zieleń

Ile razy przechodziłem obok siebie cieniem

tyle przeklinałem dolę

dziękczynieniem

iż nie jest źle, bo może być znacznie gorzej

Bądź pochwalony za to, wiekuisty Boże!

Zawieszony jak w próżni

między chrztem a pogrzebem

Pierwszego − nie pamiętam

Drugie − abstrakcyjne „nie wiem”.

Żyło się szczęśliwie i − powiedzmy − dostatnio

W rodzinie, wśród bliskich, znając swoją wartość

Byłem tym, który nie musi wierzyć w samego siebie.

Nie wierzyłem i dlatego nowe stulecie

zacząłem od niechcenia

Jakbym wiedział, że ziemia obiecana

jest dla straconego pokolenia.

Krążąc jak krew w żyłach

tymi samymi drogami

co dzień

I wśród przechodniów nie czując się jak przechodzień

wsłuchany w krążenie

ludzi, których miałem na dystans

witryny twarzy oglądane z bliska

gdy odrętwiała wolność ogarniała naszą krainę

obnażone reklamy, slogany, poema naiwne

byłem pewny, że ostatecznie się nie potknę

o miałką rzeczywistość i realia wątłe

że historia banalna i miraże tłumów

nie będą moim udziałem.

Co z tego, że widziałem

sekwencje nieszczęść

konsekwencje, nędzę

ulicznego establishmentu

poczciwców, mętów

mieszkając w sąsiedztwie

prowincji społecznej?

Samo życie, nie trzeba mówić więcej

W dobie dyskotek, cwaniaków

i czarnego rynku

gdy średnia krajowa wychodziła z użytku

w tłumach znikało społeczeństwo

i społeczność ustępowała widzom

Stałem z boku

z inną perspektywą

na wysokości oczu

na tamto spoglądając z ukosa

krzywo i złowrogo

mylnie tylko sądząc o sobie, że sam jestem sobą.

A byłem Bogiem

tkwiłem nim w sobie

miałem go we krwi

ja dusza człowiek!

Tak, byłem Bogiem

wprost uwierzyć nie mogę

Otwarte możliwości

I zamknięty krwiobieg.

Na ścianach mam obrazki oprawione w ramy okienne. Pejzaże o zmiennym natężeniu światła. Ciepłe, można by powiedzieć, sielankowe. Skupiające jak w soczewce moje wyobrażenie o świecie. O niepamiętnym życiu prenatalnym i może nieco nawet o pośmiertnym, którego nie znam.

Tam, w środku, jest zielona kraina bezpieczeństwa. Bajka o szczęśliwym dzieciństwie. Dlatego lepiej czasem nie wychodzić na zewnątrz. Nie opuszczać widoku zapisanego na błonie wzroku, uwiecznionego w czasie. Jest prawie jak chleb powszedni, którego do tej pory nie brakowało.

Cztery pory roku malowane na szkle wielowymiarową materią. Czy prawda stworzenia jest inna? Patrząc w szybę, nie urażę stopy o kamień ani nie zmarznę. Mimo to bliska mi jest jego dotkliwość. Jego częstotliwość, którą słyszę całym sobą. Na wyciągnięcie ręki mam pagórki, pola i las. Odczuwam ich drgania. Noszę wewnątrz konary jabłoni i co dzień je oswajam.

Za szybą, na krok przede mną, otwiera się świat. Albo też ja się w tej szybie otwieram. Widzę do środka, gdzie nie wszystek umieram, utrwalając nieustanność procesów przyrodniczych tuż za oknami. Na wyciągnięcie ręki. Czyli tam, gdzie mnie jeszcze nie ma.

Oj, strasznie to nudne, że tak opowiadam, ale jestem przejęty bez reszty. Zaangażowany w okna. Bluszcze szyb. Beż po sezonie zimowym zamienia się w zieleń. Wypukłą na tafli szkła. Niedającą się skupić w drobnej soczewce wyobraźni. Więc moje obrazy na ścianie są symboliczne, cząstkowe. To błona śluzowa rzeczywistości. Membrana pamięci.

Poza prawdopodobnymi przewidywaniami nic nie zapowiadało epidemii. Wiatr wiał tak, jak to o tej porze, drzewa zasadniczo jeszcze milczały. Tylko księżyc około pełni świecił na smutno. No i Wenus jaśniała wyjątkowo mocno, tuż nad domem, na wyciągnięcie ręki, choć oczywiście nie dało się jej dotknąć.

W powietrzu ruch, latający świergot, u stóp wielkopostne bogactwo: przebiśniegi i krokusy. Piękno, którego nie można skonsumować. Naprawdę ani śladu oznak czy przeczuć. Nawet ziemia, gdy zabrałem się za kopanie, zachowywała się zupełnie jak ziemia. Nic szczególnego nie zaszło, aż tu nagle zrobiło się dosyć późno i niebezpiecznie.

Jestem skłonny umywać ręce od odpowiedzialności za to wszystko. Nie spotykam się z ludźmi. Śledzę wypadki, myję ręce. Odkażam każdy swój pobyt w miejscach publicznych, a nawet doniesienia o postępach epidemii. Tyle że zdezynfekowane nadal pozostają w mocy. Dlaczego wierzę w te opowieści o regionach, których nigdy nie widziałem? Miastach, gdzie rozsiało się zagrożenie mikroskopijną śmiercią?

Bo jak im nie dać wiary. Informacje to nasz żywioł i specjalność. Nośnik cywilizacyjnego zaufania. Zagrożenie chwytamy w lot, jak oddech. A zalążki lęku krążą z krwią i zna je każda komórka organizmu.

Wirus to nawet nie organizm. Jeśli zniknie, to bez żalu. Mnoży się bezdusznie i niszczeje bez daru odczucia. My to co innego, czujemy. Powierzchownie i podskórnie. Zamieszkują nas demony układu nerwowego. Nosimy w sobie największe zgorszenie świata: możliwość cierpienia.

I teraz właśnie zaraza wychodzi nam naprzeciw, skacze do oczu, przekazywana z rąk do rąk. Płynie powietrzną arterią ruchu, drogą kropelkową, na której roi się od człowieka. Czy wydawało się nam, że tej wiosny może być inaczej? Czy tylko pozwoliliśmy sobie na kontrolowany brak kontroli nad faktami? Jeśli wróżyć z lotu ptaków, to znikają granice państw. Mimo że są coraz szczelniej zamknięte. Śmierć jest trochę podobna. Nie widzi granic, wchodzi między ludzi. Wieje, kędy chce.

Nie dajmy się jej zaskoczyć. Najbezpieczniej jest w jej cieniu. Blisko nagłych i niespodziewanych zasad, którymi rządzi się przewidywalność. Wobec dorocznych świąt wiekuistego życia, w czasie których zabija się prawdziwego Boga.

Nie czekajmy na chorobę. Nie ma na co czekać. Organizujmy nadal swój ruch oporu. Pozostańmy w domach. Gdziekolwiek nas to zaprowadzi. Bo walka o życie to ciągła partyzantka.

Wobec pierwiastka życia światowe giełdy są jak partia pokera, gospodarki państw to młynki do kawy. Globalne instytucje, miejcie litość nad sobą! Bezwarunkowy jest tylko oddech. Choćby odbierała go choroba.

Wielkie mocarstwa, umywajcie ręce! Przerzucajcie się winą za pandemię, ponad krainami, w poprzek pór roku i sfer niebieskich. Odgrywajcie nudny spektakl historii.

Mechanizmy życia społecznego, gmachy cywilizacji, władze i panowania! Popatrzcie: oto człowiek.

Wenus świeci tuż nad nami. Bliska i nietutejsza. Albo i odwrotnie: tutejsza, ale daleka. Nieprzypadkowa. Jaśniejsza niż zwykle. Choć pewnie nie przez zarazę ani inne ludzkie porachunki z losem. Gwiazdo wieczorna. Gwiazdo zaranna. Panno Maryjo.

Nie umiem mówić o wierze. Od urodzenia. Tak jest. Nie umiałem i nie umiem. Próbowałem kiedyś. To nie do wytrzymania. Żadną miarą. Wychodziła mowa o mętnej, wodnistej konsystencji. Czasem zawiesista. Nie do przełknięcia. Czcze gadanie.

Sam nie wiem, jak mógłbym wierzyć, mówiąc. Toteż długo siedziałem cicho. Wierzyłem. Przed mszą i podczas mszy. I przemilczałem msze. Choć wkładano mi w usta wiele kwestii, i to w języku znanym z domu i podwórka. Poruszałem ustami. Nie poruszałem. Przemilczałem swoje.

Słuchałem komentarzy, nauk, tłumaczeń. Poznawałem rubryki do bycia chrześcijaninem. Piękne rubryki, krzyżmem pisane. Zawsze wierzyłem. Dużo poważniej, niż mógłbym przypuszczać. Szedłem na cały świat, ulicami o dobrze znanych mi nazwach, i nie odzywałem się, wierząc. Wierząc bez przerwy.

Nie do śmiechu mi w mojej wierze. Cokolwiek bym powiedział, nie do śmiechu. Jaka to radość na myśl o zwycięskim cierpieniu. O błogosławionej winie. Na widok której zasłoniłbym oczy. Ale nie zasłonię. Mam nadzieję.

Nie cieszę się nadzieją. Jak można się nią cieszyć, mając ją? Nosząc okrągły rok, w zdrowiu i w chorobie? Mam nadzieję. Ściskam ją mocno. Cudowna jest jak świat. Nie mogę patrzeć na świat. Jestem wierzący.

Idę na mszę. Chodzę. Msza jest ucztą ofiarną. A uczta ofiarna? Jest jak głód. Wymięty kawałek chleba w kieszeni, krzepiący sen na wygnaniu. Jak mógłbym nie wierzyć? Wierzę od urodzenia. Nie mówiąc o miłości. Nic nie mówiąc. Czcza gadanina.

Nie umiem się modlić. Dlatego wracam do modlitwy, zaczynam i zaczynam znowu. Modlę się modlitwą. Śpiewam. Trwam na śpiewie. Gdy jest msza, śpiewam do mszy. Ośpiewuję ją. Przed mszą i po mszy śpiewam − jakby msza się nie skończyła. Wznoszę pienia i nieledwie milknę. Śpiewam na myśl o modlitwie. Nie czekam na koniec pieśni. Jestem katolikiem.

Nigdy nie próbowałem śpiewać. Śpiewałem tylko. Bez przerwy śpiewam. Śpiewam zapamiętale, nieprzytomnie i trzeźwo. Śpiewam na wysokości Bogu. Od stóp do głów śpiewam, wydobywam ton, zanoszę się melodią. Tracę głos i znów śpiewam. Pospołu z innymi. Gorzkie są nasze żale, żarliwe litanie i głośne hymny. Trójco Przenajświętsza! Boże Ciało!

Zanim głos ze mnie nie wyjdzie całkiem, co tchu zawodzę. Dopóki śpiewam, nie przerywam śpiewu. Na Kyrie eleison, na Alleluja, na chwałę Ojcu. Zastępy Aniołów i wszyscy święci! Nieustanna pieśń. Od początku do końca. Teraz i na wieki. Jakby nie było nic innego. Jak gdyby tylko Bóg. Psalmy i pieśni. W godzinę życia i śmierci. Matko najczystsza, módl się za nami!

Nie umiem przestać odmieniać mrozu przez wszystkie przypadki. Właściwie coraz mniej jest tych przypadków. Przynajmniej w przypadku mrozu. Ale ćwiczę jego odmianę, mimo że mróz jest nieodmienny. Wdrażam, uczę się go na pamięć, upamiętniam. Jest ‒ można rzec ‒ rzeczownikiem pospolitym, ale tu, gdzie żyjemy, zdaje się być na wymarciu. Znikają zresztą wszystkie gatunki mrozu.

Co z tego, że jest drapieżny, nie do oswojenia. Że jego prawa są dla nas niezrozumiałe i surowe. Bez naturalnego wroga stajemy się słabi i byle jacy. Dzieci cieplarnianych warunków. Mróz jest bezwarunkowy, prostolinijny. Przenika przez skórę i mówi prosto do serca. To najlepszy wróg człowieka.

Ostatnio, któregoś poranka, widziałem go. Ale widok był dosyć żałosny. Cienka warstwa szronu, złuszczony naskórek ziemi. Zaledwie mdły przymrozek. Kałuża z błotnistym kożuchem, który zaraz się rozpuścił w bladym świetle grudnia. To nie był on. Ani nawet żadna z jego form. To tylko przedrostek, jakieś jego nibynóżki. Pierwotniak czy zalążek. Ale nie mróz. Możny i nie zadający pytań. Nieodmienny.

Więc uczę się go na pamięć. Pokurczonego do rozmiarów mojej wyobraźni. Ujętego w przebłyskach, przez migotliwy śnieg pamięci. Powtarzam pod nosem jak szkolną gramatykę. Wkładam w ciepły paradygmat języka. Poznaję powtórnie, na nowo. Jak przyczynę istnienia albo grecką filozofię. Książkową Arche. Chociaż wiem, że świat wziął początek z mrozu. Źródłem jest mróz. Ani sylaby więcej.

To nie gadka o braku świątecznej zimy, rodzinnej atmosfery z choinką i bałwanem w tle. Ani o klimacie i jego anomaliach. Mróz jest większy niż klimat. Nie ma w nim życia, ale jest żywiołem. Naszym najlepszym wrogiem.

Powtarzam w kółko jego odmiany, derywaty. Odpominam zmarzliny i marzanny. Biały Olimp nazw, którego śnieżną burzą włada tylko on jeden. Mróz, Mrozu, Mrozowi. Mróz. Jeśli zamieszka już tylko język, nazwę miesiąca, czy ktoś w niego uwierzy? Nie wiem, ale powtarzam, powtarzam. Zanim zamieni się w ckliwego bałwana z reklamy, bożonarodzeniowego duszka.

Kiedyś wyjdziemy z tej jaskini, z tego ciepełka odbić na ścianie. Tam, na zewnątrz, jest lodowy chłód, przed którym tutaj się chowamy ― ludzie jaskiniowi. Chuchamy na zimne, palimy ogień, patrzymy na cienie. W jaskini Platona, który chyba nie znał zimowej prawdy. Trzeba nam zagrać mróz. Odegrać. Wprowadzić go pieśnią chóru.

Pod maską lodu biała mgła. Śnieg, nie ma śniegu, przyglądam się śniegowi. Śnieg. Jak we śnie bez powiek. Najserdeczniejszy wróg. Sprawiedliwy czy niesprawiedliwy. Jest monarchą, królem. Bratem zimy. Jest wszystkim, czego się dotknie.

Już tylko największe święta i co ważniejsze msze okolicznościowe mogły w naszym kościele zaznać kadzidła. Mimo to jego dym przepajał rok liturgiczny, wdzierając się w zakamarki dusz i snując przez mniej lub bardziej pobożne myśli ministranckie. Codzienne, ubożuchne msze dla garstki wiernych, z zaspanym księdzem przed mszałem i samotnym ministrantem u stóp ołtarza nabierały siły wraz z Adwentem czy Wielkim Postem. I wreszcie przychodziła msza godna mszy. Zawiły, staroświecki Kanon Rzymski, ciągnący się rzetelnie i podniośle, dezorientował ministranta mającego bić w gong na podniesienie, tego samego, który przy znanej na pamięć drugiej modlitwie eucharystycznej potrafiłby dzwonić i przez sen. Wyprostowani jak świeczki akolici musieli wbrew nawykom przyklękać dostojnie, a nadto z uwagą śledzić rozwój mszy, by swoimi rozproszeniami nie zaburzyć rytmu liturgii lub nie podpalić siebie czy kolegi. No, i pojawiało się kadzidło.

W liturgicznej orkiestrze ministranckich posług i funkcji grające pierwsze skrzypce. Nie znajdujące odniesienia w świeckim życiu domowym czy podwórkowym, szkolnym ani ulicznym. Kojarzące się tylko z Kościołem, ze świętością, z Bogiem.

Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się, by podczas ustalania astysty na mszę nie utworzyła się kolejka chętnych do kadzidła, mogło to świadczyć tylko o upadku ducha we wspólnocie. Sam kilka lat przygotowywałem się do stoczenia walki o nie. W końcu dostąpiłem zaszczytu chodzenia z łódką. Zasypywałem węgielek, stukając weń, by wydobyć na wierzch żar, i dla wszystkich byłem głównym sprawcą braku woni. Biegałem przy tym u boku przewodnika z trybularzem niczym giermek, towarzysząc mu w każdej wyprawie. Następne kilka lat uczyłem się właściwego opanowania tego ‒ zdawałoby się ‒ niewymagającego  narzędzia. Na próbach asysty uczono bowiem jedynie przebiegu mszy i teoretycznych zasad kadzenia. Ale żeby rozpalić węgielek tak, by rozgorzał w porę i nie wypalił się zawczasu ‒ to była sztuka. Zwłaszcza że umiejętność trzeba było zdobyć tuż przed wyjściem na liturgię, w świętym pośpiechu, wśród opryskliwych uwag i rad ze strony życzliwych.

Nie sposób pominąć też okoliczności, iż w sprawach sprzętów liturgicznych panował u nas duch szlachetnej oszczędności, stąd kadzidlanymi węgielkami nie szafowano zbyt hojnie. Kto potrafił użyć w ciągu jednej mszy jednego węgielka, ten zdobywał szczególne uznanie w oczach prowadzącej zakrystię siostry Kazimiery. A tu co msza, to inna historia. Nawet doświadczeni turyferariusze nie mogli przewidzieć wszystkiego. Ile razy owoców jałowca ‒ nazywanych u nas fachowo owcami ‒ dających doskonale gęsty i smolisty dym, nie przegryzł w porę żar, tak że zakadzona była cała zakrystia zamiast ołtarza, spod którego wracało się jeszcze bez żadnej wonnej chmury. Rozeźlona siostra zakrystianka wyrzucała wtedy niesforną parę ministrantów na zewnątrz, za ciężkie drzwi zakrystii, bez nadziei powrotu z dymiącą kadzielnicą.

Należało też brać pod uwagę preferencje kadzielnicze poszczególnych księży, choć w naszej parafii ‒ jednak przede wszystkim siostrę Urszulę. Przy niej nawet nasza przełożona z zakrystii, choć z tego samego zgromadzenia sióstr, była pobłażliwą i cichą starszą panią. Siostra Urszula po prostu poczuwała się do pomocy. Z całą nieznajomością tematu dyrygowała twardo ruchem w zakrystii, a w trakcie mszy z innymi zasłużonymi dla parafii postaciami zajmowała barokowe stalle nieopodal prezbiterium. Nawet gdy stała daleko za plecami, potrafiła w czasie mszy wezwać upatrzonego ministrancika. Systemem odbić spojrzeń informacja o tym, że siostra Urszula ma jakąś sprawę, niechybnie docierała do właściwej osoby, zawieruszonej podczas liturgii. Zimny pot, spojrzenie za siebie i już trzeba było pokornie podejść na posłuchanie. „Odejdźcie z tym kadzidłem! Nie widzicie, jak tu się dymi? Nie wiecie, że siostra Barbara ma astmę?! No nie patrz tak, tylko idźcie gdzieś dalej!”. Cóż było robić? Palić sam węgielek? Zasypywać zimną kadzielnicę? Stanowczo, kadzidłem trudno było dogodzić wszystkim.

Wśród starych kadzielniczych, którzy za moich czasów pełnili już tylko funkcję ceremoniarzy, czytali czytania lub w czasie mszy pozostawali w stanie spoczynku, krążyły różne legendy sprzed lat. O wylatujących węglach, kadzielnicy buchającej ogniem. O dymie, który zaćmił cały widok, tak iż zapodziały się w nim postaci księży i zanikł zduszony głos celebransa. I te najlepsze ‒ o urwanej kadzielnicy. Kto rozpalał węgle na kadzidle, ten wie: by szybko i skutecznie węgielek rozgorzał, dobrze jest wzniecić żar, kręcąc energicznie kadzielnicą. W ten sposób w niedoświadczonej, niepewnej ręce trybularz stawał się narzędziem niebezpiecznym. Albo zanadto rozhulany i z nagła wstrzymywany, albo kręcony ledwie, ledwie, wyrzucał swoją zawartość w przestrzeń. Roziskrzone odłamki węgli skakały po posadzkach, płosząc wszystkich wokół. Mimo iż widziałem i takie igrzyska, i tak największe wrażenie wywarły na mnie opowieści starszych kolegów. Otóż jeden z dawniejszych ministrantów ‒ to był Sawicki, takich ministrantów już nie ma! ‒ wobec wielkiego zgromadzenia kumpli w zakrystii rozpalał i rozdmuchiwał węgielek. Ale kto by tam długo dmuchał. Wziął i zaczął kręcić kadzidłem. Pewnie i zawzięcie niczym Dawid procą. I stało się: w trakcie brawurowego młyńca urwał się łańcuch u trybularza. Na temat lotu opowiadano cudaczne rzeczy. Przeleciał, odbił się, przywalił w sklepienie… Ponoć też to od tamtej pory ministrantów rozpalających kadzidło wyganiano na dwór, gdzie mogli sobie nim machać do woli, ku uciesze dzieci z nieco przerażonymi rodzicami.

Ostatnie moje ministranckie rezurekcje, podczas których pospołu z bratem szedłem w procesji, znacząc przed Bogiem drogę i całą przestrzeń kłębami dymu, były uwieńczeniem mojej młodości. Ja obejmowałem we władanie kadzielnicę, brat wypełnioną po brzegi łódkę i z całym Kościołem podążaliśmy głosić pustemu o tej porze miastu Zmartwychwstanie. Pieśni kołysały się w rozciągniętej procesji, wynurzały z dźwięku ogłuszających dzwonów i dzwonków, ryczały głośnikami w okna kamienic. Dym raz po raz chwytał za gardło, kadzielnica łyskała i chrzęściła w skostniałej od porannego chłodu dłoni. Przed baldachimem niesionym w obłokach sakralnej woni.

Jednak na niebiański charakter tej liturgii nakłada mi się w pamięci też wspomnienie wcześniejsze. Pierwsza msza z kadzidłem w ręku. Szeroki oddech dumy. Wywalczony, ale też zdobyty fortelem zaszczyt. Po ćwiczeniach bez kadzielnicy w ręku. Solenne święto, toteż wielkość kościoła nagle pokurczona wskutek przepełnienia wiernymi. Idę do ołtarza. Stopnie, balaski. Dym. Pamiętam dokładnie dziwne miny księży, których przyszło mi okadzać. Niezrozumiały brak powagi u starszych kolegów. I tę swoją ekwilibrystykę kadzielną, manewrowanie niewygodnym sprzętem, którym musisz tak działać, by dopełnić obowiązku, ale też by nie wybić sobie zębów. Obficie kadzić, nie wysypawszy węgli na siebie, księdza lub co gorsza na dywany, których tak pilnie strzegła siostra zakrystianka. Trzymam więc twardo, w pełnej garści, łańcuchy kadzielnicy i huśtam, kiwając się razem z nią, dla okiełznania zagrażającego mi sprzętu. I nie wiem, czemu to wieko nie chce się zamknąć ani uchylić, a zamiast tego głośno kłapie i rozdziawia dymiącą paszczę. Nie wiem, dlaczego łańcuszki kadzidła nie trzeszczą delikatnie na czas okadzania, w zapadłej na chwilę ciszy, przeszywając kościół dreszczem… „Macha jak cepem” ‒ powtórzono mi potem słowa księdza celebransa.

Ale każda porażka czy niedoskonałość były niczym wobec tego, że oddawano nam we władanie kadzidło. Razem z nim stawaliśmy się narzędziem w rękach Kościoła. Bo czyniony przez nas dym należał tylko do liturgii. Oddawaliśmy jej żywioł ognia, mając przedmiot, który zamieniał się w modlitwę.

Oczywiście, że nikt w ten sposób nie przysporzył chwały ani sobie, ani tym bardziej Bogu, bo i któż może Mu przysporzyć chwały? Ale te przygody z zapałką w dłoni, zapalczywe dmuchanie w żar i niestrudzone zaglądanie do kociołka za każdym razem prowadziło do oddania czci, która była ponad naszą głową. Z trudem wydobyty lub zbyt łatwo zmajstrowany wonny dym nieodmiennie otaczał świętość. O niewierze w nią nie było mowy. Tak samo jak o wątpieniu w prawdziwość Ofiary. I w grzechu odpuszczenie, i ciała zmartwychwstanie. Przecież jawnie, namacalnie braliśmy w tej wierze udział. A poza tym mieliśmy na nią dowód rzeczowy: kadzidło. 

Początek listopada, księżyc świeci nudnawo. Światła sąsiedniej miejscowości wyglądają jak znicze. Migocą cmentarne szpalery dalekich ulic i domów. Pachnie ciepłą zbutwieliną liści na wietrze. Powinno być chłodno. Tak jak w listopadzie, w młodości moich dziadków, w latach trzydziestych zeszłego wieku. Albo nawet siedemdziesiątych, kiedy młodość przejęli rodzice. Wtedy gdy wcale mnie nie było. Ale teraz jest inaczej. Od tamtego czasu prócz mnie pojawiła się w ogóle nowa ludzkość. I zaszło wiele rewolucyjnych zmian. Na przykład zrobiło się cieplej. Miękcej. Słońce świeci na masową skalę. Liście masowo schodzą na suchoty. A ludzie udają, że nie umierają. Zwłaszcza w mieście, gdzie wzrok do ostatka pozostaje nienawykły do ciemności, a sfabrykowane powietrze jawi się jako wiecznotrwałe. Nieśmiertelność pachnie stearyną. Wynaleziona i wdrożona jak asfalt, którego kiedyś nie było, tak jak i mnie. W latach poprzedzających moją wyobraźnię. Płaską jak dzisiejsze wyobrażenia o człowieku i widok gwiazd na ciasnym niebie.

Księżyc świeci standardowo. Z niepozornym urokiem. Pewno w powietrzu wisi deszcz i dym, ale nie widziałem ich w prognozach, którymi zajmuje się meteorologia ― królowa nauk niespełnionych. Ekologiczne zdjęcia w internecie są pełne pikseli i mikroplastiku. Jesteśmy napromieniowani własnymi wymysłami. O cywilizacji i o przyrodzie. Może globalna wioska, która zaprząta mi myśli, drażni i niepokoi nawet we śnie, to bujda? Równoległy świat odbiorników? Jest więc od czego uciekać czy nie ma przed czym uciekać? W każdym razie tutaj i o tej porze problem wydaje się mglisty. Wyławiam właśnie kształty z czerni wokół drogi. I najlepiej widzę nie to, na co patrzę.

Śmierć nie ma w sobie nic niebezpiecznego, więc czego się obawiać? Jest czystym wytworem natury, zupełnie wolnym, niewykrywalnym dla amerykańskich i innych radarów. Ale gdyby to było oczywiste, nie musiałbym ciągle sobie tego uprzytamniać. Wobec śmierci jesteśmy cywilizacyjnie stłumieni. Może to przez poczucie niespełnienia? Tak banalne jak indywidualizm. Może przez strach przed bólem? Ale przecież ból nie wchodzi w żadne trwałe reakcje, wiąże się tylko ze sobą i rozpada. A lęk? To tylko jedna z ludzkich namiętności.

Moje myśli są typowe, nudnawe. Ani to splin, ani melancholia coraz krótszych dni. To naiwna tęsknota za innymi okolicznościami tego samego momentu, kiedy idę nieopodal cmentarza, w towarzystwie ogników świec, dalekich lamp elektrycznych i niecałej połówki księżyca. Jestem stłumiony śmiercią. Zamroczony. Idę z myślą o zmarłych, których mogę przysiąc, że znałem za życia. Wobec wszystkich świętych, którym nie potrafię zazdrościć bolesnych żywotów, i w których modlitwę wierzę. Pewnie nieco prostolinijnie, kiczowato, ale wierzę. Bo wobec nich sam jestem niewyraźnym wymysłem, prawdopodobieństwem. Kimś prawie niestworzonym. Jakby ciągle były lata trzydzieste albo siedemdziesiąte zeszłego wieku. Mimo że już przyszły moje dni. Lokalnie żyję. Jako osoba fizyczna. Użytkownik efektu cieplarnianego. W pozbawionym surowości, mdławym klimacie. W kalendarzowym listopadzie statystycznego roku. Na mapie drogi z widokiem na zaduszne znicze sąsiedniego miasta.

Swego czasu kupiłem wspaniałą książkę. Rzecz o melancholii. Poważne studia, wyjątkowo duża cena. Wykosztowałem się, ale czując w rękach ważkość każdej stronicy, nie żałowałem zakupu i nie żałuję. Wprawdzie ciężar właściwy dzieła pozwoliłaby mi ocenić dopiero jego lektura, ale tej jeszcze nie podjąłem. Nie podjąłem i nie mam pewności, czy podejmę.

Z rozkoszą rozsmakowywałem się w spisie treści, wyrywkowych zdaniach, a nadto czytałem o niej świetne recenzje, rozmowy na okoliczność jej wydania. Ale czytanie tak fenomenalnej rozprawy wymaga celebracji, a celebracja − czasu. A czas − spokoju, a spokój − odpowiednich warunków. To wydarzenie, na które trzeba sobie zasłużyć, przygotować się na nie. Lektura musi być powolna, ale zarazem daleka od znużenia; odurzająca, lecz podejmowana z jasnością umysłu. I jak tu, pośród sprawunków codziennego dnia, podołać takiemu wyzwaniu?

Nie od razu odgadłem, jak się sprawy mają. W naiwności myślałem sobie: „Zacznę wieczorem i tak co dzień po kawałku, sukcesywnie”. Potrzeba było trochę czasu, bym się zmiarkował, że to księga warta znacznie więcej niż zwykłe przeczytanie. I moją ciekawość muszę poskromić.

Dałem się uwieść myśli, że dzięki niej zdobędę jakąś wiedzę, zainteresuję się czy zainspiruję. Niskie to pobudki i jawne ubóstwo duchowe. Poszerzenie horyzontów jest przecież zwiewnym elementem czytania. Nie o horyzonty chodzi, lecz o wymiar wertykalny. Nie o wiedzę, lecz − znajomość rzeczy, zrozumienie.

Książka leży więc wśród książek, tam na półce. Nieprzewertowana i niewzruszona. A ja tylko spozieram na nią ukradkiem, od czasu do czasu przecierając z cierpliwie gromadzącego się na okładce i na brzegach kurzu. I rozmyślam, i próbuję odgadnąć, co też jest w niej zapisane.

Zaocznie przenikam zawarte na jej kartach obserwacje i spostrzeżenia, intuicyjnie wyczuwam właściwą ich treść. Samo to moje niesięgnięcie po książkę. To na jej temat. Z moich licznych, niewyartykułowanych komentarzy do niej, uwag do numerów rozdziałów, powstaje traktat, mój własny, o melancholii.

Wprawdzie nadal jeszcze książkę chciałbym przeczytać, jednak nie spodziewam się, by dała mi więcej niż dotychczas.

Moja lektura − to brak lektury. A nieznane rozważania o melancholii to sposób myślenia o niej, poznawania jej, a być może i popadania w nią.

Są tacy, co nie znają się na grzybach. Ja się znam. Pasjami lubię zbierać grzyby. Szukać w porę i czasem nie w porę. W ogóle niebo wyobrażam sobie jako wielkie grzybobranie. Może z tą różnicą, że nie chciałbym mieć tam zbyt dużo towarzystwa.

Nie odmawiam innym nieba. Ani nawet grzybów. Zwłaszcza gdy wysypią. Ale gdy w niedzielny wczesny poranek słychać zewsząd nawoływania i trzaski i niepowstrzymane hordy grzybiarzy przeciągają hurmem przez las… Nie, niebo grzybiarza jest jednak osobiste.

Kto by zrozumiał, jaka więź łączy serce zbieracza z grzybami? Ech, człowieku. Nie ma bardziej niezwykłego piękna niż znalezione nagle gniazdo maślaków, niż świeży widok czerwonych kozaków, prawdziwka unoszącego igliwie, stadka żółciótkich kurek! Cuda niewiarygodne, pierwotna szlachetność świata, jasne oblicza świętych. Kto by się spodziewał, kto uwierzył? Ot, niby niepotrzebna, śmieszna pozostałość po rajskich ostępach, dziecięco prosty majestat: grzyb.

Gorzkawy aromat, ziemisty jak starcze ręce, skóra, plecha żywota, mocny smak strumienia. Nieopisany i nieobjawiony. Nieznany Prorokom ani Apostołom.

Pokarm pokutny i wytworny. Tyle bogaty, co niesyty. Prosty jak pory roku, jak życie i śmierć!

Kto wstawał nad ranem, by przyglądać się mokrym mchom i trawom, kto zatrzymywał się dziesiątki i setki razy u podnóży drzew, i uginał karku, wreszcie giął się w pas i oczy wypatrzył w leśnym poszyciu. Kto zna to skupienie, tę grzybową kontemplację i z pokorą przyjął wszystkie po świecku nudne reguły zbieractwa, ten wie, że czym habit dla zakonnika, tym koszyk dla grzybiarza. A obfitość zbiorów? Ech, człowieku, co za grzyby! Z lasu i spod serca. Moje i nie moje. Prawdziwe, niewzruszone. Intymne i powszechne. Niebo to wielkie grzybobranie!

Ale tam niebo. Są tacy, co źle zbierają. Otruci i biedni. Ofiary lekceważenia odwiecznych praw gatunków. Chociaż właściwie nie wiem, po czym można nie poznać grzyba. Poznaje się jadalnego po nim samym. Dobrego po dobrym. Jak pozory sromotnika mogą uróść do rozmiarów prawdy? Nie pojmuję takiej pomyłki. Czy komuś atlas grzybiarski służy za tradycję zbieraczą?

Szczęściarz ze mnie. Nikt mi nie odbierze, nie wyrwie już ze mnie żadnymi torturami tych duszonych grzybów, gulaszów z prawdziwkami i zup. Nikt nie odwoła mi dawnego przywileju zbieractwa, godzin z kozikiem w ręku, prawa do siebie wracającego z dyskretnie zasłoniętym kapotą koszem!

Tak sobie myślę, że gdybym niezrozumiałym zrządzeniem miał zostać kiedyś świętym, to tylko od wiary maluczkiej, wiary bez cienia wątpliwości, gotującej barszcz z uszkami na urodziny Panajezusowe.  I do nieba niosącej może nie naręcza dobrych uczynków, ale suszonych grzybów, jako zadośćuczynienie za grzechy, które wyliczę tam co do jednego z pamięci.

Wiem, to niedorzeczne. Ale niech moim atrybutem będzie po prostu koszyk. Albo i jakiś grzybek. Nie musi być od razu prawdziwek. Ot, sitak, bagniak czy surojadka. I proszę pamiętać, żebym został patronem od Bóg wie czego. Od spraw zwyczajnych jak obranie ziemniaków czy sól kuchenna.

Jak sól, no i nieodzownie liść bobkowy. I pieprz. I proszę też nie zapomnieć o cebuli. Wszystko inne wedle woli. Istne cuda. Z lasu i spod serca. Cierpkie i słodkie. Jak krew w ustach, miąższ życia. Proszę o tym pamiętać! Choćby nie wiem co! Smak pozagrobowy, miąższ życia! Proszę nigdy nie zapomnieć!

Znów morze. Od początku znajdujące się na końcu długiej podróży, dużo rzadsze niż księżyc. Schowane za horyzontami regionów, uprzednie i nieplanowane. Przyjechaliśmy oglądać jego niecodzienną zwyczajność, uczestniczyć w naszym przebywaniu nad jego nieustannie dalekim pięknem. Pobyć w bliskości na wyciągnięcie ręki. Stanęliśmy nad nim niby pierwsi ludzie. Pomimo zaludnionych plaży, w poprzek wszystkich urlopów, wojen, wędrówek ludów i setek lat rybołówstwa. Bałtyk otworzył się dla nas na nowo. Wbrew starej zażyłości wspomnień z żywiołem. Szumiał niedzisiejszo, wzbijał się ponad falami. Słychać go było jeszcze sprzed potopu, którego sam był najlepszym dowodem. Spienione kłęby szaro-niebieskiego ruchu, lawina półszlachetnych kamieni w stanie ciekłym, słona pamięć lodowców. Na półprzeźroczystej wydmie każdy z nas był pierwszym człowiekiem. Wobec kamyków nietkniętych do tej pory ludzką stopą. Rozrzuconych muszli, których nikt nigdy jeszcze nie wziął do rąk. Piasek łasił się do nóg, miejscami udawał pustynię, ściągając do wody, która była wodą, ale nie z tego pokolenia. Wodą sprzed wielu ułomków lat świetlnych. Jej widok, jej zimna przenikliwość dotarła do mnie właśnie teraz. Przyszła jak światło gwiazd, płynące spoza historii. Czysto, źródłowo. Bez oparcia w chronologii i bez świadków. Nad horyzontalną wodą kłębiła się cisza, rozszczepiona na rozliczne wiązki trzasków i szmerów. Na tęcze bulgoczących szelestów nieuchwytnych dla ucha, ale słyszalnych ciałem. Wnikających przez skórę. Stanęliśmy tu zaraz po upadku lasów i lodowców. Po skamienieniu trzeciorzędowych drzew i żywic. My jesteśmy z płytszych warstw, czwartorzędne stworzenia o chimerycznych kolejach nieistotnych przeobrażeń. Moje kości jeszcze się nie zmineralizowały, nie uszlachetniły się zmartwychwstaniem, ale prą poza swoją historię, rwą się do skoku w toń milionów lat, które są jak dzień wczorajszy. Jak bursztyn, który powstał w momencie powstania, pod lodem unieważniającym zakresy dziejów. Morze Bałtyckie. Przychodzące z drugiego brzegu nieforemnego owalu najbliższego nam wszechświata. I domykające światło słońca. Własność ludów, których nie ma. Dzieci i ich rodziców, półprzeźroczystych w perspektywie morza. Jesteśmy jak szklisty piasek wydm. Dotarliśmy nad wody niepamiętające wody. Gdzie przestrzeń jak zwykle rozrzedza krystaliczny pył powietrza i nawilża świeże okruchy cząsteczek. Wydmuchując w stronę plaży minerały i mewy. Ogorzałe twarze dzieci migały między wodą a lądem. Biegaliśmy, krusząc z wapiennym chrzęstem białe muszle. W ruchomym punkcie umownej linii brzegu. Gdzie początek, rozdrabniając ziarnka piasku, wraca do początku form. A odruchowy wiatr nie czuje naszego oporu.

Idą za mną, depczą mi po piętach. Odparzoną mam pamięć, obrzmiałą myśl. Gdzie ziemia była, wylał się asfalt. Jego zapach, wyziewy po deszczu, rozpoznaję dobrze, od dziecka. Przechodziłem szaro-niebieskawą rzeką. Stężałą, przemienioną w szosę. Matową powierzchnią sunącą hen do morza. Przestańcie mnie śledzić. Oglądać się na miejsca, którym się przyglądałem. Tam, gdzie pojawiłem się, wyrosły wysokie osiedla, infrastruktury na pagórkach z karzkiem głogu i dzikiej róży, na polanach otoczonych igliwiem sosen, osnutych pajęczynami tygrzyków. Stawałem pod ścianą w miejscach znanych z nie moich wspomnień. W miejscach, których nie zastałem. Ślady odbite na skórze piasku stały się wyobrażeniem dotyku. Na łąkach z dalekimi łatami krów, z bliska przeżuwającymi i patrzącymi uważnie. Tam nic nie zależało ode mnie. Mokre opary, bulgoczące ropuchy. Podziwiałem tylko, jak dziecko. Byłem dzieckiem. I to, co moje, nie należało do mnie. Słońce na polu po żniwach, zapach mierzwy, orki. Więc byłem chyba niewinny. Czy to przeze mnie wydeptywanie ścieżki kończy się autostradą? Przechodzenie podmokłych traw osuszaniem terenu?

Omińcie chociaż starodrzew z dębami i świerkami. Wyrzucę je z pamięci, byleby rosły nadal, gdy ich nie będzie. Gdybym na nie nie popatrzył, przeszedł mimo, może by ocalały przed wycięciem? Brzozy, których nie posadziłem, a potem też ‒ gdzie indziej ‒ konwalie z krainy półcienia. W ubogim poszyciu. Okradziono mnie z tego ubóstwa. Z trawy, raz w roku żółtej od mleczy. Depczą mi po piętach, prześladują. Wchodzą w drogę, tę za plecami, tam, skąd przyszedłem. W miejscu podziwu budują piętra domów. Spostrzeżeniom stawiają betonowe pomniki, zaludniające przestrzeń po horyzont. Tworzą mapy miejsc, których nie opisałem z zachwytu, plany na ciągle niedoszłą przyszłość. Tak, by nie było do czego wracać.

Po zachodzie jak zwykle włączą się lampy. Elektryczne, mocne światła usuną zbędną ciemność, przeobrażą w mdławy cień. Taki jest algorytm doby, prawo rozwoju. Prosta ballada o człowieku. Płynie z niej cierpki morał. Sami sobie wchodzimy w drogę. Wypieramy się nawzajem. Wypieramy wszystko. Nie chciałem nikogo wyprzeć. Ale to niemożliwe. Jestem winny. Wiem to od dziecka, którym byłem, mieszkając obok placu przyszłej budowy, na ruinach dotychczasowego świata, gdzie nic nie zależało ode mnie. W dobie jednorazowej cywilizacji, w epoce przedmiotów różnorakich. W czasach zaawansowanych walk z dotkliwością świata.

Obym chociaż mógł zachować pamięć kształtów, funkcję wyobraźni. Z rozmysłem zamienię się w przesąd, zapadnę w zimowy sen, okryty wieczną zmarzliną. Albo ujdę z zamkniętymi oczami i z wykradzioną swoją własną godziną, odmierzoną zegarem słonecznym na piasku mojej skóry. 

Ledwie zaszło słońce i ocknąłem się. W dzień jestem głuchy i niemy, tylko spoglądam i nie słyszę, co mówię. Zbyt jasno jest. Suche światło pochłania mnie, oddycha mną i spożywa moją obecność. Wiem, że zależymy od siebie. Ale pod słońce wysycham i kruszę się, to odruch. A teraz zmierzcha się. O tej porze po trosze, po trosze ziarnka sylab zaczynam wyłuskiwać ze stwardniałych łupek dnia. I mogę dotknąć słów językiem. Wilgoć wilży gardło, budzi, kładąc chłodną rękę na czole, mnożąc się w mokradłach płynów ustrojowych. Zewsząd opływa moją postać. Moknę, to znaczy żyję. Zmysłami czerpię soki. Poruszenie rozchodzi się kręgami po zacieśniającym się widnokręgu zapachu. Kwiecie drzew. Jasne plamy rozpamiętują światło nagromadzone za dnia, parują bielą. Pasma bezdżdżystych pagórków leśnych wydychają resztki wody, a niewidome chmury unoszą je z wiatrem, zanim rozjaśni się ciemniejące niebo i gwiazdy na migi pokażą kierunki wszechświata. Na niewidocznym horyzoncie nie ma deszczu. Czuję jak schną strumyki żył i korzonki nerwów. Zapadają się coraz głębiej trzęsawiska skóry. Skąd w tej zastałej suszy, w tępym, chrzęszczącym szumie spraw wydobyć na jaw życiodajny płyn godzin? Może dałoby się wycisnąć ciemność, wytłoczyć z niej krople? Wysączyć głębinowe źródła i podskórne potoki? Ile wody jest w jednej ciemności nocy? W bezświetlnym skrawku powietrza, w iglastym zakątku mchu? Przecież ciemność to język wód. Pamiętających początek stworzenia, patrzących z oczu płazom. Zaglądałem w nie. Widzę nawet teraz. W płynnej postaci wyobraźni. Gdy widziadło dnia prysło i pozostało jeszcze dźwięczne echo ptasich godów. W topieli źrenic gęstnieje widok, kształty zachodzą rosą. Zawiesiste barwy wieczoru. Budzę się do snu. Cicho odzyskuję mowę i słuch. Wydycham słowa, mokre i ślepawe jak pisklaki. Pełne łaknienia, nastroszone. Dotykam ich wilgotnych, parujących główek. Zanim zaczną latać, mam już zamknięte oczy. Napęczniały wzrok wypuszcza z powiek zielone pędy i rozpływa się w płodnej miękkości ziemi. Śnią się twarze, widziane jak słoneczne światło spod powierzchni wody. Głosy jak ryby wyłowione z plusku myśli. Słyszę, jak odzyskują mowę. Zanim wyschną na piasku, w pokruszonych promieniach słońca, zlewają się z podmokłym powietrzem i w nadrannej mgle przeźroczyścieją radośnie.

Byłem leczony. Leczono mnie, a potem jeszcze się leczyłem. Zażywałem lekarstwa, poddawałem się kolejnym kuracjom i zabiegom. Trzeszczały tryby medycyny. Stawiano kolejne diagnozy, niezachwiane i logiczne jak wróżenie z kart.

Skąd w ogóle wzięła się ta śmieszna pewność, że wszystko ma swój powód? Że nie ma spraw − jak choćby choroby − bez ścisłego uzasadnienia?

Diagnozy bywały bardzo różne, a wszystkie razem słuszne w kręgu swoich wyobrażeń o człowieku i jego przypadłościach. Z resztą prawie każda wskazywała na inne rejony mojego człowieczeństwa. Jednak nie było rozpoznania, które brałoby pod uwagę mnie samego. Byłem w nich uparcie pomijany. Jakby nie chodziło o mnie, tylko jakiś z grubsza pojęty, seryjny organizm, wypreparowane z osoby zdrowie.

Z zakłopotaniem przyjmowałem kolejne próby przełożenia życia na język statycznych prawideł  i mechanizmów działania. Wątpliwe wyniki domniemań pomnożonych przez słuszność.

Oczywiście nigdy nie odmawiałem medykom pewnej racji. I okulista może niejedno powiedzieć o sposobie widzenia świata. No a gdyby zdołano mnie uleczyć, wyregulować do z góry założonej normy, może patrzyłbym inaczej? Pełniej? Jaśniej? Może bez żadnych przewlekłych schorzeń precyzyjniej byłbym sobą?

Dla mojej choroby zawsze stanowiłem oścień. Nękałem ją i napominałem. Uśmierzałem i uczyłem pokory. Biedna moja wada, przywara organizmu. Ten mały grzech pierworodny. Dziedziczny jak tchnienie w nozdrzach, jak samo bycie człowiekiem.

Leczę się jeszcze. Wciąż i nadal. Ale tak z rozpędu, z rutyny. Z bezradności wobec skutków chorobowych. Bo przecież nie wyleczę się z siebie. Gdyby zanikł mój uszczerbek na zdrowiu, mój pierwiastek entropii, mój wcielony bunt, i ja bym zanikł. Przeszedłbym razem z dolegliwościami.

Bądź więc błogosławiona moja siostro chorobo! Najbliższa krewniaczko, z którą smakuję upadłą moją kondycję!

Bądź pochwalony, Panie, przez moją siostrę myśl! Tę, która mówi, że innego siebie nie chcę!

Kwitną leszczyny. Słońce przeszywa sople. Zalążki wiosny. Słucham Sutartinės. Starych litewskich pieśni obrzędowych. Taka moja tradycja od lat. Tradycyjne śpiewy bałtyjskiego ludu. Pochodzę zewsząd, ale niekoniecznie stamtąd. Jednak Sutartinės przemawiają do mnie językiem jasnym. Jak głosy ptaków słyszane z wielu odległości na raz. Wchodzące sobie w słowo, poplątane. Takie jest Sutartinės. Splecione strumienie głosów, leśne harmonie dźwięków, czyste dysonanse, sekundowe przepływy powietrza. Pogańska tradycja. Dziewicza przedchrześcijańskość o wielu twarzach. Gdy ludzie nie patrzyli w oczy złu. I jeśli czynili zło, to zaocznie, po omacku. W jarzmie kapryśnej doli. Ten śpiew przychodzi do mnie zawsze teraz. Bez ciężaru setek lat historii. Między zimą a wiosną. Kiedy bezlistna cisza zlewa się z Wielkim Postem i myśl o pokucie jest jak zapach czerstwego chleba. Bruzdy ziemi pod nogami i kruszejące popielate łodygi bylin przywołują Popielec. Čiūtyta, rūtyta, Tūta, tūta. Szczebiot nieochrzczonych śpiewów. Gdy przyroda zlewała się z cywilizacją, a człowiek był wykonawcą dorocznych obrządków. Niesplamiony przelewaną krwią innych plemion, która płynęła jak źródlana woda. Okrucieństwo było ślepe jak szczenięta i proste jak podniesienie ręki. Dostałem stamtąd zaledwie Sutartinės. Śpiew pod późne płatki śniegu. Na wieczorny i poranny mróz. Głęboki, bezksiężycowy sen z chłodem na czole. Cierpliwie wywodzący swoje brzmienia. Podobnie jak chlupot strumyka, w którym rozmowy wiodą rozliczne głosy. Tnę przedwiosenne gałęzie, podrzynam we śnie drzewa, które według moich zamysłów mają się nie obudzić. Nie żal mi ich, chociaż wewnątrz czuję ukłucie. Nucę Sutartinės, melodie patrzące na świat wokół jak pisklęta. Kiedy się wykluwały, nie było nad nimi ukrzyżowanego Chrystusa. Przekazywane z ust do ust pokoleń, przyleciały i do mnie. Nie jestem ich spadkobiercą. A kształty moich chtonicznych wyobrażeń przeniknęło Boże Objawienie. I głęboko wgryzła się we mnie mieszanina cywilizacyjnych doświadczeń. Ale myślę na sposób Sutartinės. Słucham ich. Mam taką swoją tradycję. Chociaż nie ma jednoosobowych tradycji. To jedynie przedwiosenna wyobraźnia, której kształty układam w znaczenia. Snuję mity o niewielkim świecie, nieco bliższym początku i trochę dalszym końca, w którym przekuto miecze na lemiesze. Tworzę przesądy z zasianym ziarnem prawdy. I wchodzę w Wielki Post, który jest oczywisty jak przebiśnieg w zmieniającej się właśnie porze roku. Niech Bóg nas wybawi od okrucieństwa tego cudownego świata. Niech pozwoli nam wniknąć w jego pory, w jego nieustanne teraz. Przez swoją zbawczą śmierć niech zagoi historię. Ukaże swoje oblicze w krainie żyjących. Modlę się. Z całym Kościołem. Słysząc Sutartinės. Barwne wzory dźwięków, przejrzyste jak słońce w szronie, posoka z brzóz, która dziś rano zamarzłą strugą wlewała się do kubka.

Początek lutego: nad głową wiatr, pod stopami błoto. Odwilż – woda we wszystkich postaciach nasącza godziny. Wokół krążą mgliste łuny snów, w aurze dębowej kory i cierpkiej wierzby, pod obłokami o woskowej cerze. Czuć słodkawy zapach ziemi. Jej niedzisiejszą żyzność przypominają ptaki. Przeszła Agnieszka, wypuściła skowronka. Modraszki nakłuwają ćwierkiem powietrze. Dziobią surowe ziarno zimy. Ich furkot przechodzi dreszczem przez pobliski przestwór. Niebo grząskie jest, ciemne. Słońce pełga w chmurnych oparach. Na Matkę Bożą, która dziś jest gromniczną. W błotnisty dzień Ofiarowania Pańskiego. Gdyby nie przebijały przeze mnie obrazy pamięci, zieleń byłaby dla mnie jedynie blizną żywej barwy. Gałęzie drzew – ciemnymi pęknięciami przestrzeni. Zapach odtajałą plechą, rozrzedzoną formą darni. Czy to nie wystarczy? Być tylko dzisiaj? W roztopionym ruchu wody, kiedy zmrok jest mokry, a echo nie tak wyostrzone i pełne szmerów? Jestem zbyt pamiętliwy, zbyt zapamiętały. Kojarzę więcej niż wieczór, który właśnie nastaje i odbiera mi wzrok. Oto święty Błażej przychodzi i błogosławi świecami gardła. Święta Agata kłania się z pobliża Bożej Rodzicielce. Święci dni wychodzą naprzeciw. Rano karmią ptaki słonecznym chlebem. Poją dzienną wodą źródlanych sopli. Patronują zastygłej roślinności łąk. Widzę się na kształt roku. Rokrocznie wracam do tych samych sekwencji dni, miesiąc po miesiącu. A tu tylko ten wieczór po gromnicy, kiedy niewidoczny podmuch udaje zwierzę. Szeleści sucho albo pluszcze w paryi. Kiedy stawiam na oślep podmokłe kroki, łamiąc tłumy badyli i ocierając się o stwardniałe bruzdy ciemności. Szamocę się w krzewach bezksiężycowej nocy. Tej godziny, kiedy słyszę nastroszone na konarach dębów puszczyki. Ich głos płynący z otchłani gardeł. Z wnętrza zapadłego snu.

Skostniałe pędy róży. Owoce w ciemnej czerwieni, której nawet nie umiem nazwać. Mocno odcinają się na tle śniegu. Barwą i ruchem. Letnie owoce okoliła śnieżność. Nakładają się pory roku: przez zimę przebijają czerwce i lipce. Jesień w obrocie miesięcy. I na drugiej półkuli roku przedwiośnie, kiedy spod szklanego śniegu przebija wysycona wilgocią ziemia i zeszłoroczna zieleń poszycia. Bogactwo szarych i popielatych brązów i czerni. Nikłe kontrasty. Delikatne w gruboskórnych, ponurych barwach. W drobnej obecności młodego krzaku róży. W tej wyblakłej zieleni łodyg. Sczerniała czerwień owoców, namacalna, widzialna jak na dłoni, chociaż w tle ma śnieżną biel. Tak jest naprawdę. Byłem tam na śniegu, moje skostniałe palce już wróciły do siebie. Więc czujemy się bezpieczni, prawie przygotowani. Właśnie na tę chwilę. Nie wystawiamy się na mróz i zimowy sen, w którym stygną odruchy. Owoców róży nie zrywamy. Nie trzeba. Są dla ptaków, które zostawiły je na czarną godzinę. Dla śniegu w tle. Są, żeby się odcinać od materii gęstej mgły. Pnie drzew. Gdyby miały oczy, patrzyłyby w słup. Bez ruchu powiek, wielkimi źrenicami. Gałązki róży drgają na wietrze, w smugach poruszenia. My jego wiew przeżywamy zza szyby. Uszczknęliśmy z niego tyle, ile potrzeba. Wystarczy. Zatrzymaliśmy sobie fragment, zaczerpnęliśmy tyle co dla tchu. Zwilżyliśmy czoło ciepłem wydechu, od którego zaparował widok za oknem. Zeszła mgła tu, wewnątrz, ale nas nie ogranęła. Nie czujemy chłodu. Nie ma na co czekać, więc nie czekajmy. Popatrz jak jest. Zmrok niech przyjdzie swoją drogą. Pędy ze ściętą mrozem czerwienią owoców wystarczą. Na całe teraz. Są piękne. Nic im nie brak i o dziwo nam też. Naprawdę. Te rozczapierzone gałązki. Doskonałe są. Za nimi stoi stara grusza, a dalej, u stóp widnokręgu, wyrastają pagóry lasu. My też stoimy za nimi, na swoim horyzoncie, nieco ukryci, widząc, że znów sypie gęsto śnieg i zrobiło się cicho. Nawet jeśli wcale nie było głośno. Zielonkawe ptaki, które tu przylatują, to czyżyki chyba. Są i sikorki rozmaite. Z czarnymi łebkami. Z błękitem na głowie. Rudziki, dzięcioły. O, i kwiczoł jeszcze. Bogactwo szukające pożywienia. Wiesz, co to zmarzlina, gołoledź, szadź. Ale tego kontrastu, zetknięcia owoców róży z miękkim odcieniem bieli, nie umiem nazwać. Widzimy je. Z wnętrza naszego bezpieczeństwa. Naszego nim zaskoczenia. Daliśmy się zaskoczyć. Jestem pewien. W ręku czuję tę pewność. W uścisku. W przytulnych dłoniach naszej obecności.

Za szybą siedzę przy stole. Twarzą w twarz ze swoim odwróconym obrazem. W odbitym świetle lampy. W głębi jest wnętrze pokoju, ale pod jego widokiem ciemno i mróz. I drzewa, których nie widzę, ale to one są prawdziwe, a nie ja. Za szybą jest prawda. Styczeń zaszedł zmarzliną, śnieg przykrywa wczesnowiosenny pejzaż, grząski horyzont ziemi. Biały śnieg, którego nie widzę w ciemności pokoju. Życie wieczne jest tam, na zewnątrz. Bez cienia wątpliwości. Tutaj tylko doczesność, którą hoduję w cieple i karmię. Podtrzymuję jej ogień. Ale to wieczność jest wspaniała, godna i trafiona w samo sedno. Odkąd tu jestem, chybiam celu. Siedzę otoczony miejscem pobytu. Atrybutami bezpieczeństwa. Z samopoczuciem, dolą, niedolą. Żywy, ale nie zmartwychwstały. Igram z ogniem, zupełnie poważnie. Rozpalam jego ruch. Ogniskuję. Reguluję jego brzegi. Płomienie są nieobojętne, grożą bliskością. A bliskość przypomina śmierć. Ale spalają się. Trzeba je powtarzać. Taka jest doczesność. Wraca i wraca. Mija, ale się nie zmienia. Co innego wieczność. Wyczuwam ją w świetle odbitego w szybie światła. W zimnej twarzy okna, za którym jest mój cel. Bez cienia wątpliwości, który kładzie się na widoku gęstą, nieprzenikalną materią. Tak że nie widać iskrzącego się mrozu, śniegu ‒ leżącego wśród drzew i pozbawionego czasu. Jestem czarno-białą fotografią człowieka, który siedzi tam, za szybą, za swoimi plecami, pod nieskończonością starej jabłoni. Jakby nieruchomo. W ciemnym krajobrazie zimy, pod ziarnistym niebem gwiazd. To jest niebo. Tamto niebo. Ostateczne. Jeszcze niewywołane. Raj ogarnięty cudownym mrozem, zastygły, uchwycony, zapisany na negatywie pamięci.

Od wschodu do zachodu słońce. Świeci w skupieniu. Ani chwili rozproszenia, machinalnego jaśnienia. Pełne słońce, bez spiekoty, żaru. Październik. Upływa bez kalendarza. W październiku jestem innym człowiekiem.

W październiku. Na jesieni życia. Chociaż raczej nie mojego. Gdy pierwszy mróz zwarzył wiele ze znanych mi roślin, zieleń przekwita i mgła obsiada pajęczyny. Okoliczności się wyostrzają, dzień skraca. Zabieram się do czegokolwiek, nasycam życie czynnościami. Niby jak zazwyczaj, ale jeszcze zwyczajniej. Jakbym był dokładnie tu i teraz. Ale nie do końca jestem tutaj. Ani teraz. Wyglądam całkiem podobnie, ale jestem inny.

Cudowna pogoda, żółta na wskroś. Przepuszczona przez liście. Czereśni, klonów, buków. Jedną nogą jestem dalej. Tkwię już w listopadzie. Taki jest październik. Jestem w październiku, to znaczy nie całkiem tu i teraz.

Zachwycony i żałobny. Podniosły. Bohater preludiów Szopena, temat walców, mazurków, u źródeł motywów, w momencie powstania, w niezłomnym ich rytmie, to ja. Z zakurzonym imieniem. Jak kamień wyorany w polu, mogiła powstańców, którzy nie powstali. Nasza rdzenna śmierć, wspólne pory roku. Tyle że jestem inny. Żyję.

Jest październik. Na wiosnę za wcześnie, za późno. Jesień życia. Ale raczej nie mojego. Jestem młody. Choć jesień przychodzi czasem z nagła i niespodziewanie. Przedwcześnie. Jestem w październiku. Babie lato snuje się między palcami, lepkie i lekkie, nijakie. Zieleń − czerwień, zieleń przechodzi menopauzę.

Możliwości i nadzieje płyną przeze mnie jak fazy księżyca. Ile przedsięwzięć rzetelnie zostawiam, ile planów wcale nie snuję. Z rozmysłem nie wychodzi mi tak, jak chcę. Nie kończę nic z dokładnością co do dnia, co do godziny. Ani chwili rozproszenia. Rodzina, domostwo. Moje dzieci. Prócz dzieci − nie mam w świecie innego dorobku.

Prześwituje przeze mnie przednówek, suchotnicze płuca. To nie moje płuca. Ja żyję. Niby jak zawsze, ale jak nigdy. Wstaję, chwytam się wielu rzeczy, nasycam sobą czynności. Jestem bohaterem nie mojej muzyki, potomkiem. Synem, ojcem. Innym człowiekiem. Jestem nie na swój temat.

W październiku, w słońcu. W środku czasu, w końcu cyklu. Choć jednak już gdzie indziej, dalej, to jest − bliżej.


Co tydzień w niedzielę na mszę. Nawet jeśli częściej, to i tak wiara dzieli się na tygodnie. Do kościoła przychodzę z właściwym sobie przyzwyczajeniem. Z wprawą. Mam tam własne miejsce − ustaloną perspektywę na wnętrze, na ludzi i na sprawy wiary. Obrzędy przyjmuję obrzędowo, modlę się wedle modlitw i wierzę zgodnie ze swą wiarą. Nawet głęboki niepokój przyjmuję ze spokojem: i dla niego znajduję ciepłe legowisko pod namiotem mojego jestestwa.

Spraszam więc wszystkie myśli, stawiając je w świetle świadomości, że oto jestem na mszy. Że Jezus i Eucharystia, i że ja. Rozważania o obiedzie i dziesiątkach innych rzeczy pilnie przepajam duchem liturgii. Wszelkie przypomnienia wyganiam pod ołtarz jak przedszkolną dziatwę i przebiegle czynię z nich narzędzie modlitewnego skupienia. Albo też po kwadransie wydostaję się z gmatwaniny pospolitych dygresji, dziwiąc się, jakim sposobem zabrnąłem w takie maliny. Jednym słowem: oddaję się modlitwie.

Idę więc na niedzielną mszę. Wchodzę bocznym wejściem i w prostocie ducha staję. Pod bocznym ołtarzem. Zgodnie z tradycją moich własnych poczynań. Wszystko dzieje się w miarę tak jak zawsze. I nawet nie wiem, w którym momencie − patrzę na ten stojący obok mnie ołtarz i co widzę: liść akantu, a w nim nagle objawiający się − Bóg.

No nie. Odrywam wzrok. Co znowu za Bóg. Skąd Bóg. To tylko kościół. Więc mam urojenie, przywidzenie. No już, spokój.

Patrzę, niby nic. Świeżym okiem. Liść akantu i − o zgrozo − Bóg.

Nie daję wiary. Ale na co tu wiara, skoro widzę jasno. Wstyd mi. Nikt nie widzi, wokół niezmącona normalność, a ja co.

Nie chcę widzieć. Zaczynam racjonalizować: to przecież promienie słoneczne. Zwykłe światło. Efekt optyczny. Fizyka. Ale nic z tego. To Bóg. Ni mniej, ni więcej. W załamaniach złota, w tym drobnym, przyciemnionym baroku, we fragmencie świętego ołtarza.

Silę się na nieufność. Chmurnieję jak naburmuszone dziecko, przyglądam się spode łba. Bo niewygodnie mi z tym, że jestem wzięty ot tak, z zaskoczenia, by stać wprost przed Majestatem. Źle mi z tą naiwną uroczystością w sercu, z obudzoną znienacka skruchą.

Próbuję więc wrócić do rzeczy. Na czym to msza stanęła. A tu msza jawnie traci strukturę, a jej porządek i zwyczajowość przekształca się wobec mnie w jedno trwanie przed Bogiem w liściu akantu. Udaję jeszcze, że modlę się jak gdyby nigdy nic, ale już, już ogarnia mnie jego obecność. Mówię, słucham, klękam jak zawsze. Ale nie jak zawsze. Gorliwiej, pełniej, wszak przed Liściem.

Podnoszę głowę i zaraz spuszczam wzrok, zdjęty jego bliskością.

O, jak jest stały Pan w swym Liściu, a jak cierpliwy w tak prostolinijnym swym pojawieniu się przede mną − niegodnym!

Piękny i straszny jest Liść Akantu. Władczy, a tak pokornie mały w całym przepychu ołtarza!

Lecz oto Liść pustoszeje, a jego niezmierna sakralność na moich oczach unosi się w górę i w górę. Występuje rumieńcem na twarzach wyrzeźbionych świętych. Przemierza kolejne snycerskie detale ołtarza i znika w dziennym świetle okna. Spozieram za nim w przestrzeń. Stoję z uniesioną głową. Podchodzi kościelny. Co tak stoisz? Nie, nic. Tak tylko.

I już wychodzę. Ale zerkam jeszcze na okno i na ten Liść − ogarnięty dostojną obojętnością pustego kościoła. Niczym tron, na którym przed chwilą siedział król.

I już wracam, spieszę, biegnę, wiedziony myślą o Akancie, o złocie i bocznym ołtarzu.

I cóż z tego, że ten Liść mógł być herezją, fałszywym znakiem lub bałwanem, albo też symbolem zgubnych poruszeń ludzkiego serca?

Dany mi został Liść Akantu, bym w godzinach próby mógł przypomnieć sobie o nim i skryć się w jego cieniu. Bym miał go wówczas za tarczę, za arkę na czas potopu, wierząc wtedy, że ciągle jestem tym samym człowiekiem, który go kiedyś ujrzał. Tam, w starym kościele, przy tym bocznym ołtarzu.

Rozumiem, że siano to sprawa obojętna i banalna. Wiosenny odpowiednik zeszłorocznego śniegu, którego i tak w zeszłym roku nie było. A obecnie rzeczownik abstrakcyjny jak prawo natury, rodzaju coraz bardziej nijakiego.

Bo po co siano? Pusta jakość zieleni, służąca dziś ‒ ogólnie rzecz biorąc ‒ tylko do patrzenia na nią, na przykład w postaci wielkich bali na popegeerowskich areałach. Siano ‒ żółte wrażenie wzrokowe, sążnisty kształt koloryzowany na złoto na ślubnych fotografiach.

Albo wyściółka wspomnień z coraz bardziej odległego dzieciństwa tej szczęśliwej części populacji, która ma jeszcze przeszłość. Ten zapach! Soczysta woń suszu. W której ginie widmo zbliżającej się burzy i pracy, mechanicznej i ręcznej zarazem. Starodawnej pracy, która nie znała swojego ciężaru.

Bo właściwie kiedy zaczyna się „ciężka praca”? Praca to praca, na śmierć i życie. Nieprzerwana, nieodpracowana i nieskończona. Bezwarunkowa jak oddech. Wesoła i straszna jak sprawiedliwość Boska. Nie mamy w życiu nic poza pracą.

Więc może Marks i jego marksizm mieli rację. Ale chyba jej nie mieli. Nie wiem, nie czytałem ich dzieł. Jestem ignorantem. Ignorantem na swoim obejściu. Po co z pracy robić filozoficzny destylat? I wytwarzać pracę, przefermentowując wszelką aktywność ludzką, której niedogonem jest pańskie porubstwo i rozrywka? Jeśli wyciągniemy z człowieka pracę, dostrzeżemy jej ciężar. Przeklniemy lub uwznioślimy jej mozół. A spoczynek stanie się jedynie przerwą na rozpasane nieróbstwo, lenistwo, nudę żywota. Nie, praca jest niepodzielna. Wykrawanie jej z życia jest jej przekłamaniem.

Praca to tętno, bicie serca, funkcja życiowa na użytek życia, a nie harówka poprzetykana czasem wolnym. Wolny czas? To nowomowa. Wolne żarty.

Ale czym są wobec tego zajęcia potrzebne, a niekonieczne? Nieobiektywnie istotne jak na przykład sztuka? Albo i zbieranie siana?

Siana, które spina rok w jedną całość. Łączy lato z zimą, skwar z perspektywą mrozu, który trzeba przetrwać. Tak, to wonne, sielskie siano ‒ to nasze niegdysiejsze przetrwanie. Nasza przyczyna. Na jego falach pokolenia wyrzuciły nas na brzeg naszego wieku.

Być może tłumaczę się, czy też zasłaniam. Wyprowadzam wątek w pole. Bo sam zabrałem się do siana. Od kilku lat, miarowo, po trochu. Dla zwierząt, to zrozumiałe. Ale po co?

Słusznie mi mówili, bym nie tracił na to czasu, nie roztrwaniał się dla potrzeby, która ma w sobie więcej idei niż sensu. Bym dał sobie siana z tak bezcelową dziś robotą i absurdalnym zatroskaniem i nie uprawiał sztuki dla sztuki. Lepiej by mi było tylko kupić solidną porcję ekomasy. Powinienem dostrzec rozziew między czasem a pieniądzem, pojąć swoje nierentowne postępowanie w całej rozciągłości i nie pozwalać sobie na luksus tak oderwanej od realiów pracy. Czy to nie na granicy odpowiedzialności? Na miedzy zupełnej głupoty? Na wsi można chodzić boso i nie wdziewać nic pod spód, ale wiązać się sianem? Nadawać mu rangę sprawy i powagę uświęconą czynem?

Wiedząc o tym wszystkim, chwytam za grabie. Robię kopy, słuchając mimowolnie skowronków z ich wariacjami na temat śmiechu. Jakie świadectwo wystawiam pokoleniom, które tak wprawnie i w sposób uzasadniony kopiły siano? Właściwie mógłbym przeliczać ilość siana na liczbę nieprzeczytanych książek. Lub na sumę pieniędzy, na które nie zapracowałem, zajmując się tym, czym się nie zajmuję. Jako ziemianin bez właściwości. Rolnik bez żadnej roli. Chłopointeligent. Dekadent w gumiakach.

Czemu tak uparcie nie wyciągam z tego wniosków? I stoję jak ten kretyn pomiędzy drwiącym chichotem dziejów a kpiną cywilizacyjnych przemian? Niepotrzebnie zakurzony wysuszoną na słońcu trawą, do tego z poczuciem zadowolenia. Na swoim polu o kształcie rubryki tabeli, w którą wpisuję się jako marginalny element pokoleniowych statystyk, podnoszący odsetek nieszkodliwego dziwactwa.

I czemu pomimo to nadal biorę na widły ten zeszłoroczny śnieg, ten pospolity rzeczownik, z którym nie mam praktycznie nic wspólnego, może poza tym, że podobnie jak on nie posiadam liczby mnogiej?

Z dzieciństwa pamiętam telewizor, duży i czarno-biały. Pamiętam atmosferę i wypowiedzi, których słuchałem bez zrozumienia. Czarno-biała twarz mówiła sama za siebie. Sprzęt wojskowy też pamiętam, a najbardziej ślady dużych gąsienic na asfalcie. Ciągle miało się coś dziać. Byłem ciągle nieobecny w centrum wydarzeń. Zupełnie nie rozumiałem stanu wyższej konieczności ani w ogóle konieczności dziejów. Doskonale pamiętam, wyryłem sobie w sercu to niezrozumienie.

Pierwszy atlas geograficzny dostałem na komunię. Nie było tam nic o Jaruzelskim. Tylko mapy krajów. Był ZSRR. I kształt Polski ‒ jak początek „Dziennika telewizyjnego” z pełną fanfaronady muzyką. Jaruzelski był od początku świata. Na jego barkach spoczywał świat. Był Atlasem, częścią konstrukcji wszechświata, w którym miałem swoje podwórko i kolegów. Z kolegami biliśmy tylko Niemców. Salutowaliśmy sobie. „Wojciech Jaruzelski”, „Wojciech Jaruzelski” ‒ nic bardziej naturalnego niż te słowa.

Fryzura, okulary, sztywna postawa. Śmieszny Jaruzelski. Bohater kawalarskich scenek. Wesołek historii współczesnej. Powaga nie dźwigająca powagi. Balowy garnitur generalski, jaruzelski. Ha, ha. Na imię mu Generał, na drugie Wojciech. Zrób Jaruzelskiego. Powiedz jak Jaruzelski. Baczność, idzie władza. Jesteś Jaruzelski. To rozkaz!

A zdrajca! A kanalia! Mąż stanu! Nieprzyparty do muru. Niezmiennie pewny słuszności. Twarda osobowość. Nikt mu nie wparł, że jest kim innym niż jest. Od początku do końca generał Wojciech Jaruzelski. Konieczność. Rewolucja. Klasa. Lud. Bo decyzja może być tylko głupia albo konieczna. Bądź budowniczym ładu. Uściśnij dłoń konieczności. Za co mnie sądzicie? Jestem ojcem, jestem mężem stanu wojennego. Ani z miłości, ani z rozsądku. Zrozum konieczność.

W jednej z wsi kielecczyzny wchodzę do domu, który pełni też funkcję sklepu. Szósta niedziela wielkanocna, słoneczne popołudnie. Dwóch starszych panów je późny obiad. Na półkach pustawo. Same konieczne rzeczy. Po lewej stronie części jakichś sprzętów, stare żelazko, komis. W zamrażarce lody i rąbanka. Z podwieszonego telewizora słyszę: „Zmarł Wojciech Jaruzelski”.

Za mną zaraz wchodzi moja małżonka i dzieci. Mówię: „Popatrz, Jaruzelski zmarł” i zerkam na starszych panów. W telewizorze pokazują czarno-białego generała. Jeden z panów przechodzi przez sklep z pustym talerzem. „Powinni go pochować w Rosji” ‒ rzuca mimochodem.

Półuśmiechy. Przytaknąłem. Rozpytaliśmy się o drogę i o widziane na mapie okolice. Dzieci wyszły z lodami.

I tak się skończyło moje dzieciństwo.

Bernardyński jest najlepszy. Dobra tradycja. Nawet Kasztelański pije się bez przekonania. Wiadomo, bernardyn nie oszuka, nawet jeszcze zaopiekuje się jak dobry Samarytanin, a kasztelan − jak to kasztelan − albo by miód dziegciem zaprawił, albo i za mury wyrzucił.

Gdy w kieszeni się nie przelewa, dobrym wyjściem jest Dusza Monacha. Żadne tam Egri Bikaver − czerwona siarka mieszająca zmysły i paląca żołądek. W „Duszy” czuć słońce opromieniające stoki monasterów. Daleki oddech Góry Athos. Wino to może przeniknięte jest odrobinkę kwasem świeckości, ale cóż dzisiaj jest nieskażone. Duchowości w czystej postaci już nie uświadczysz. Prawdziwych mnichów dziś już nie ma. A półsłodka Dusza Monacha daje do myślenia: o Kościele sprzed Wielkiej schizmy, o starodawnej Ławrze Pieczerskiej… Wielka, wielka tradycja.

Kto nie próbował Franziskanera, nie będzie wiedział ani jaki smak miało życie franciszkańskie, ani czym jest prawdziwe piwo pszeniczne. Słodycz i gorycz. Jasna ciemność. Aromat łanów zboża − bogactwo i ubóstwo w jednym. Tylko Kapuziner lub La Trappe powabem piwowarskich tradycji, receptur omodlonych przez pokolenia mnichów, potrafi tak serdecznie wypełnić laickie trzewia człowieka dwudziestego pierwszego wieku.

Niestety pielgrzymka na świętą górę Andechs wciąż jeszcze nieodbyta. Ale i u tamtejszych benedyktynów, posiadających browar łaskami słynący, trzeba będzie odbyć rekolekcje i złożyć im solenną podziękę za warzone przez nich dary Boże − Benedicite, bracia, Benedicite!

Nazwy klasztornych nalewek jakoś zawsze umykają. Ale przecież nie same nazwy ich mamy. Aromat ziół i miodu, przeniknięty zapoznanymi dziś, tajemniczymi metodami kontemplacji, po otwarciu ciężkiego gliniaka unosi się jak dym, wypełniając myśli ciszą i łagodnością. Duch monastycyzmu przetrwał próbę czasu, przelany do dostojnych butli.

Jednak samo kosztowanie tych niepodlegających sekularyzacji likworów to nie wszystko. Nie można poprzestać na roli kipera-amatora, jedynie racząc się płynnymi świetnościami spod zakonnych szyldów. Nie można roli klasztorów sprowadzać do browarnej półki w hipermarkecie, a opactwa i eremy traktować jak skanseny modlitwy, gdzie pozostaje tylko zrobić zdawkową fotkę.

I bez względu na to, jaki produkt klasztorny trafi człowiekowi do rąk, trzeba o tym pamiętać. Otóż to, trzeba o tym zawsze pamiętać!

Dwa tysiące dziewiąty rok. Triduum Paschalne w parafialnym kościele. W zakrystii szykowanie się, zamęt, harmider. Wszystko, by liturgia Wielkiego Piątku zaczęła się na czas. By nie spóźnić się z Męką, z krzyżem. Ministranci przygotowują dawno nieużywany, świąteczny krucyfiks. Między ramionami a tabliczką z niewyraźnym napisem INRI rozpięte zakurzone pajęczyny. Jezus w kurzu.

Patrzą ministranci. Co tu począć? I do kościelnego. Kościelny daje im szmatkę. Zmiatają pajęczyny. Nieporadnie wycierają ciało i drzewo krzyża. Tymczasem chaos wokół się wzmaga. A oni stoją pośrodku i znów rozglądają się niepewnie. Bo głowa jest z cierniową koroną. Nie ma jak oczyścić. Czy w ogóle wolno czyścić?

Dmuchnięcie nic nie daje. Trzeba to palcem. Wytrzeć. Patrzą po sobie zaaferowani. Jak to − Jezusowi w koronie cierniowej głowę wycierać palcem. Co na to dorośli. Może powiedzą coś. Czy wyłają.

Ale krzyż zostawić zakurzony? Ten krzyż, do którego ludzie będą się przysuwać na klęczkach, żeby go ucałować? Jeśli jednak wytrą i przez dbałość o rzeźbę obrażą samego Boga?

Jeszcze raz od stóp do głów przyglądają się krzyżowi, rozważają, co będzie mniejszym złem, co większą niestosownością. Jezus wisi nieruchomo. Ksiądz jest zajęty. Odpowiedź nie przychodzi.

Jeden z nich sięga palcem między kolce − do skroni, do włosów. Speszeni podśmiechują się pokątnie, dla kurażu − bo wiadomo, czy nie łamią zakazów i nie zaciągają winy? Jakoś im dwuznacznie. Patrzą po zgromadzonych, kto by im jeszcze przyszedł na pomoc, to znowu wstydzą się i zasłaniają nieczystą robotę, zacieśniając krąg wokół ukrzyżowanego.

Ale już z zamieszania formuje się szyk do wyjścia. Tu świece, tam krzyż. Czerwony ornat księdza.

I wychodzą: do końca nie wiedząc, czy wykonali swój obowiązek czy niechcący popełnili świętokradztwo. Postąpili sprawiedliwie czy haniebnie.

Czy idą jako ci, którzy umyli twarz Jezusa, czy są tymi, co go wyszydzili.

Która godzina? Mam słabą pamięć, przykrótką. Nie pamiętam. Chyba wiele się zmieniło od ostatniego razu, wcześniej było inaczej. Inne słowa przychodziły do głowy. Inaczej rysował się wieczór. Niewiele z tego kojarzę.

Co dzień widuję swoje ślady na śniegu. Dosyć już zatarte, choć wyraźne. Stare muszą być. Dbam o nie, omijam łukiem. Na pamiątkę. Podtrzymuję tradycję ich wyciśnięcia.

Do niedawna chyba wydawało się mi, że cała ta biel − to śnieg. Ale to tutaj jest czymś bardziej oczywistym, elementarnym. Śnieg miał w sobie coś uroczystego. A ten sypki i mroźny grunt − jest i był zawsze. Odkąd pamiętam.

Dzieci wprawnie wydychają kłęby pary. Na przemian zziębnięte i zadowolone. Koniec zabawy. Dmucham na zimne. Tyle ciepła trwonimy, poruszając się wewnątrz zamarzniętego na kryształ powietrza. Dłonie, nosy nie pamiętają stanu sprzed zmarznięcia.

Może powinienem, ale nie przypominam sobie. Ani tego, ani tamtego. Tyle się działo. Chciałbym coś opowiedzieć. Dla mojej potomności. Historia aż trzeszczy. No nie wiem, choćby powstanie styczniowe. Styczniowe. Ale przecież jest już luty.

Słabą mam pamięć. Przykrótką. Od biedy. Cherlawa z niej kuternóżka. Dzień nakłada się na dzień. Powtarzam się. Jak w krzywym zwierciadle.

Może dawniej wiedziałem coś innego? Skąd znam tak dobrze gramatykę gestów, kolejność czynności od rana do wieczora? Skąd umiem rozmawiać nieprzytomnie i spać tak zapamiętale?

Jest jeszcze jasno. Oczy mam otwarte. Pilnuję się i czuwam. Wieczorem znów wzejdzie mróz na szybie. Na zegarku będzie dwanaście godzin.

Tutaj jestem, wyzieram z wyzierania, wyłaniam się ze słów słownikowych, ogólnopolskich, osobiście jestem, w nich samych, nawet bez barwy swojego głosu. Jestem tutaj, w trakcie tej lektury, w tej wypowiedzi, w której mowa o tej wypowiedzi, w nie swoich oczach, w niczyich, ale widnieję tu, zaocznie.

Dziękuję za uwagę, za poświęcenie bodaj kilku chwil na to, co jest napisane przeze mnie. Choć z mojej perspektywy wygląda to nieco inaczej niż z innej. Wyrażam to wyrazem twarzy, który widać w grymasie stylu. Świadomie staję publicznie przed widownią, która ma trzy sylaby i gromadzi się na samą myśl: widownia. Jakże to niebywałe i oczywiste, jestem tu pośród was i wy pośród mnie. Nawet jeśli nie ma nikogo.

Przepraszam za brak faktu, refleksji i wyrafinowania. Za bezcielesność, prawie abstrakcyjność. Nie da się mnie nawet przekartkować, nie mówiąc o dotknięciu. Ale niechybnie jestem. Czy to potwierdzę, czy nie. Powstaję z siłą trzeciego akapitu tekstu, w którym konwencjonalna sensowność nie zajmuje pierwszego miejsca.

Z tego miejsca chciałbym wyrazić swoją wdzięczność. Jej rękojmią jest to miejsce, z którego właśnie ją wyrażam. Tu siedzę, piszę, co piszę, jakże by inaczej.

Nie jako autor nawet. Jedynie – mówiący. W słowie niemym, pisanym. Jestem tylko w myśli.

Autor to autor. Instytucja od procedur opowieści, słowa. Nie moją rolą bycie autorem. Raczej komornikiem. W nieużywanym już znaczeniu. Pod dachem polszczyzny.

To wspaniałe pisać tak bezprzedmiotowo, niedorzecznie, ale międzyosobowo, dla samej wzajemności. Być może nie każdy odzwajemnia moje nastawienie, ale i tak tworzy się przestrzeń wspólna. Enklawa spotkania. Folklor sytuacyjny. Niby samoistnie, ale w istocie za sprawą nas samych.

Zanim przejdę do rdzenia sprawy, chciałbym zakończyć. To brzmi jak jakaś bzdurna zabawa, a może i w ogóle nie brzmi. A jednak to wszystko. Stało się. Rzekłem.

Już prawie wszystko gotowe. Nawet siano pod obrus. Jak nigdy. I Jezusek będzie figurował w zmyślnej szopce. Trzeba świadomie przeżyć święta, trzeba odświeżyć i nadać rangę symbolice pstrokatej choinki.

Pośród bakalii, mąk i suszonych grzybów pląta się myśl o Wcieleniu. Patronuje pieczeniu ciast, pasztetowi z rozmaitych zwierząt. Lecz najpierw bezmięsna Wigilia. Postne, tradycyjne potrawy, mimo dobrobytu do dwunastu trudno dobić. Może uda się zrobić osiem. Żeby zbliżyć się do źródeł świętowania. Żeby w miarę skutecznie przywitać Nowonarodzonego. Ucztując i śpiewając, bośmy wszyscy z Niego.

Jeszcze sprzątanie i przeobfite torby zakupów. Jeszcze ćwikła z chrzanem i suszone śliwki. No i szczypta pokuty, by nie stracić smaku, jak ta sól. Koniecznie też spowiedź, by ugruntować się w dobrym przygotowaniu.

A przy pustym talerzu wigilijnym cienie przodków, możliwość kogoś, kto przyjdzie. Miejsce dla tych nierozmownych jak zesłańcy Sybiru lub krzykliwych jak partyzanci przy kolędniczym bimbrze, gdy tysiąc bombowców leciało do Berlina. Wszyscy przy jednym talerzu. Taka tradycja.

Zwierzęta szczekają i miauczą ludzkim głosem, karp skwierczy, galareta się trzęsie. Cuda ogłaszają. Więc radujmy się i dużo jedzmy. Smakujmy tradycyjne modlitwy, które wypowiedzą za nas radość. Byśmy przez te święta tradycyjnie stali się lepszymi ludźmi.

A niech to, jeszcze opłatek. A więc życzę dużo Zbawienia. I pomyślności w tym naszym świeckim życiu. Niech nam karp ością w gardle nie staje. A jeśli karp przestanie być obyczajem świątecznym, to nic. My też staniemy się wkrótce starym obyczajem, sianem pod obrus − z naszymi opowieściami o ostrych zimach, z dziwacznymi kolędami i strzępkami zwyczajów po babci.

Ulepione także przeze mnie uszka na moich oczach czynią mnie świętującym. Czym ja bym był bez tych uszek! Bez rytuału tego ich kształtu i smaku, nieodłącznie sklejonego z myślą o Narodzeniu Pańskim. Gdybym włożył je między bajki, a gotowanie barszczu potraktował jak stary przesąd, nie umiałbym już świętować.

O grzybowa tajemnico obyczaju! Posiłku niezwyczajny! O uszka z grzybami! Farszem i ciastem wychwalajcie Pana!

Jednym z najbardziej osobliwych sprzętów liturgicznych, jaki poznałem, było − używane tylko od wielkiego dzwonu − tzw. dżelozo.

Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa. Przez niewłaściwe odczytanie nazwy firmy produkcyjnej? Niestety, posługujący się żargonem kościelnym ministranci raczej nie byli skłonni pytać o etymologię nowo zasłyszanych słówek, dlatego przeważnie bez żadnych skrupułów przełykali ich chybotliwe znaczenia.

Dżelozem określano więc stary, lecz niezastąpiony sprzęt nagłaśniający. Przy ustalaniu asysty na każde obchodzone procesyjnie święto, na hasło „dżelozo” chowały się roześmiane oblicza wielu, by uniknąć wątpliwej radości noszenia zacnego ustrojstwa. Ten zaś, kogo „do dżeloza” wyznaczono, uważany był za ofiarę: zarówno w znaczeniu człowieka skrzywdzonego, jak i − frajera.

Istniał tylko jeden sposób noszenia dżeloza: poprzez trzymanie go na rękach w pozycji pionowej. Jego waga przywodziła na myśl znane już tylko z opowieści praktyki pokutne. Wybraniec musiał też znosić męki w postaci nagłych zmian częstotliwości, potężnych grzmotów, trzasków i sprzężeń, których pisk rezonował w głowie jeszcze długo po uroczystościach.

Pomimo upokorzenia, jakie ściągało dżelozo na swoich tragarzy, mimo licznych a nagłych zerwań emisji głosu w najżarliwszych momentach modlitw, pomimo efektu zepsutego radia i dogorywających − w złośliwych głośnikach − proboszczowych pieśni, jedno było niepodważalne: bez dżeloza podniosłość świątecznej procesji spaliłaby na panewce.

*

W mojej pamięci, gdzie czasem kipi złoto i splendor tamtych rozlicznych uroczystości, mocno rozpanoszyło się owo dżelozo. Przyćmiło nawet niejedną postać, nie mówiąc o takich przyborach liturgicznych, jak monstrancja czy choćby trybularz, którym tylekroć okadzałem w modlitewnym zapamiętaniu całe Msze. Dlatego gdy w chwilach rozproszenia słyszę w duszy elektryzujący głos dżeloza, zastanawiam się − czy w życiu duchowym jest miejsce na to, co kuriozalne?

Zakład pogrzebowy. Zakład pogrzebowy? Nie, to pomyłka. Te pseudosecesyjne zawijasy na szyldach, fioletowa i czarna otoczka witryn nie może mieć nic wspólnego z pogrzebem. Głupie, niedojrzałe żarty. Zabawa w smutek.

Hades, Karawan, Chryzantema… To mitologia grecka, a to akcesoria pogrzebowe. Ale jaką nadać nazwę, by nie popaść w szkolny banał, w pogrzebową lichotę?

Nad nazwą myślę już od dłuższego czasu. Jednak żadne słowo nie chce zabrzmieć zwyczajnie i poważnie. Bo i jak nazwać godnie coś, co jest przedsiębiorstwem pogrzebowym? Jak w ogóle może stanąć na wysokości zadania − firma?

Pamiętam jeszcze „Spokojną wieczność” i zakład „Lizak”. Tak, „Lizak”. Pewnie od nazwiska. Z pochyłym krzyżem wpisanym w logo. Jak na klepsydrach, których coraz wymyślniejsza forma próbuje nadążyć za nowinkami przemysłu zniczowego. Gdzie ja żyję?

I co to za trumny? Szklące się szafy. Wyściełane niby-muślinem, bo przecież sprawa jest delikatna. Pewno atestowane. Gotowe, by stawić czoło falom Styksu. Karawele do życia wiecznego.

Do tego w ostatecznym garniturze. W grobowym stroju wyjściowym, urzędowym, cywilno-prawnym.

A potem histeria wiązanek. Niepodpalane stosy wieńców, w których tonie obrządek. Pokrywające szczelnie całą sytuację. A usypane z bezradnej życzliwości. Z miłości mówiącej w obcym języku niepotrzebnych przedmiotów.

Tak właśnie, w obcym języku. Żadne dzisiejsze standardy nie spełniają moich chrześcijańskich roszczeń do pochówku.

Dlatego chętnie wygłosiłbym mowę na pogrzebie pogrzebu. Bolałbym w niej nad tak dotkliwą stratą ostatniego pożegnania. Nad pochowaniem ciszy i zamilknięciem śpiewów. Żyjących oskarżałbym o święty spokój. O zrobienie z żałoby najwyższej formy duchowości. A z duchowości − lokalu na stypę. Wreszcie zatrzymałbym się na tym zniczu, wielkim jak bania i tandetnym jak zabawki z odpustu!

O, niepocieszenie! Jak doskonałym symbolem śmierci jest pęk sztucznych kwiatów! Jakim grobowcem jest cmentarny śmietnik!

Jeśli więc będą mieli mnie pochować, to, proszę, zawiniętego w płótno − w ten becik dla zmarłego. Skoro musi być, niech będzie i w trumnie − jednej z takich, jakich już nikt nie robi, ekstrawaganckiej: z nieheblowanych desek.

Módlcie się. Śpiewajcie, bo ja nie zaśpiewam. Chyba dopiero w dzień zmartwychwstania, po krzyżu, który ktoś poniesie dla mnie w procesji. Wieńce, znicze niech licho porwie.

A jeśli ktoś niosąc trumnę, zakłuje się drzazgą, niech wie, że to moja sprawka. Zza grobu. Przekorna bliskość, bezradna dziecinna zaczepka.

Znak, że wprawdzie umarłem, ale − jestem, choć znaczenie tego słowa już mi się rozprysło po wszechświecie.

Dziś moje tu wspomnienie Pameli Anderson. Chyba na wystawce gazet w sklepie widziałem niedawno jej zdjęcie. Właściwie nic o niej nie wiem. Ale to nieistotne. Pamela jest kimś, o kim nie mogę nie wspomnieć. Nie ma potrzeby mówić, kto to jest. Szczęśliwi, którzy o niej w ogóle nie słyszeli.

Skąd wiem o tej bladolicej istocie − nie pomnę. Jarmarcznej wiedzy nabywa się mimochodem i natychmiast staje się ona oczywista. Pewno wystarczyło zobaczyć miny szkolnych znajomków, którzy o niej napomykali, by domyślić się, czym to to pachnie. Krzyżyk, który na niej już wtedy postawiłem, miał wrócić do mnie bumerangiem. Także teraz, kiedy piszę te słowa.

Pamela pojawiła się więc w mojej jaźni jako kolejny fantom rzeczywistości pospolitej bujdy i przesytu. I czysto mechanicznie wsiąkła w moją pamięć medialną, gdzie trafia wszystko, czego nigdy nie chciałbym widzieć ni wiedzieć.

Trudno było ją traktować jako człowieka we właściwym sensie. To naturalne. Gdy ją pokazywano, to w tym pokazywaniu ona sama była elementem ubocznym. Ot, jedna z alegorii powierzchowności. Zresztą, nawet jeśli gdzieś-kiedyś zetknąłem się z jej własną wypowiedzią, nie ma wątpliwości, że była banalna jak nylonowy worek.

„Pamela Anderson” − te słowa oznaczały cały hałaśliwy orszak rozpasanych zachwytów wokół postaci o nieco przeinaczonej damskiej sylwetce. Wiązkę syntetycznych cech atrakcyjnych. Synonim taniego bogactwa i nudnego prestiżu.

Dosyć mi było, że w któreś wakacje spędzane w Krakowie każdy słup ogłoszeń zastałem ciasno oklejony plakatami zapowiadającymi film z jej udziałem. O matko! Krzykliwy makijaż, wyraz twarzy, jakby chciała kokietować wołu, i  pistolet w ręku, czy właściwie mówiąc − spluwa, czyhająca na mnie zaraz za rogiem, gdziekolwiek bym skręcał. Biedna moja pamięć.

Na tym wrzuconym do świadomości obrazku się nie skończyło. Ale rzecz zaskakująca: Pamela niespodziewanie wychynęła z mojego pamięciowego zsypu, a bezpośrednim powodem tego wydostania się był − noworodek.

Otóż krótko przed półmetkiem licealnych nauk moja koleżanka z klasy powiła córeczkę. Dosyć nieoczekiwane wówczas pojawienie się dzidziusia − tak dla znajomych, jak i, nieco wcześniej, dla nieznającej męża dziewczyny − na szczęście nie miało posmaku sensacji lub skandalu i szybko przestało budzić jakiekolwiek pytania. Zwłaszcza wobec nieodpartego faktu narodzin małej dziewczynki. Ale jej imię?

Nie, żaden z argumentów mamy nie był w stanie uzasadnić tego wyboru. Nikomu, rzecz jasna, nie przychodziło do głowy, by podważać matczyną decyzję. Niemniej kilka razy, gdy z zalęknieniem trzymałem to dzieciątko na rękach, jakoś głupio było mi zwracać się do niego: „Pamelko”.

W końcu przeszedłem nad tym, przełamałem się, przełknąłem. Imię to imię. A niech to wszyscy święci.

Ale, ale! Pamelę Anderson zapamiętałem też z rozmowy z tamtych lat. Między przyjaciółmi, w górach, przy posiłku. Pojawiła się w niej samorzutnie. Jako symbol sromotnej upadłości i żałosnego wszeteczeństwa. Kilkakrotnie przywoływana przez współbiesiadników, w końcu utkwiła mi w pamięci zdaniem jednego z nich: „Mimo wszystko gdybym zimą w górach znalazł wycieńczoną Pamelę Anderson, to oczywiste, że bym jej pomógł”.

I właśnie ostatnio zobaczyłem zdjęcie podpisane jej imieniem. Nie poznałbym: podobna do wszystkich naraz z kolorowej krainy gazet i programów, tylko − pewnie − nie do siebie. Błyszczące oblicze na kredowym papierze. Pamela Anderson.

A jednak mój apatyczny odbiór antenowo-kioskowego świata na chwilę został wytrącony ze zwykłej w takich sytuacjach bierności. Przecież to ona − patronka Pamelki! Tej, co dziś liczy sobie już − ho, ho − kilkanaście lat!

I która została bohaterką jednego dobrego zdania z dawnej rozmowy! Wtedy gdy niepostrzeżenie splotła się z myślą o miłosiernym Samarytaninie!

Z pewnością moja mimowolna życzliwość i krztyna bezinteresownej wdzięczności względem tej przesławnej modelki nie ma żadnego sensu. Ale to nieistotne, to nieistotne.

Szczęść wam Boże, pani Pamelo, szczęść wam Boże!

Pomiędzy jedną a drugą czynnością przy ołtarzu swoje miejsce miała także Ewangelia. Ponieważ nazwa ta dotyczyła zarówno części mszy, jak i fragmentów książki po odczytaniu chowanej za ucałowaniem pod pulpit ambonki oraz katechetycznego dzieła czterech ewangelistów, których dzieło kontynuował na kazaniach nasz ksiądz proboszcz, po prawdzie, nie wiem, czy ktoś z ministrantów umiałby powiedzieć, czym ona właściwie była. Jakkolwiek każdy odsłuchiwał kilka razy w tygodniu czytania mszalne i raczej wiedział, co znaczy komenda „wyjdziesz po ewangelii” (np. z kadzidłem), za znajomość Ewangelii wśród kolegów nie dałbym złamanej pateny. Trzeba jednak przyznać, że sytuacje ewangeliczne stanowiły część ministranckiego doświadczenia, znane były nie tylko ze słyszenia, ale i z autopsji.

*

Oto ministranci, będący ze świata, ale do niego nienależący, w kościele i około plebanii stanowili niewątpliwie osobny półświatek, tyleż odpychający, co i wciągający, o czym przekonywał się każdy kolejny kandydat na ministranta przy pierwszej zbiórce lub podczas przedmszalnego pobytu w zakrystii.

Jakim ratunkiem dla mnie była ta ministrantura! Zmiana, która pojawiła się na pierwszym rozdrożu, między kościołem a czymkolwiek innym. Kiedy każde wychodzenie z ławki do Komunii opłacone było licznymi uwagami starszych kobiet: „Wstyd! Tak się zachowuje, a do Komunii idzie!”

Już pierwsze zbiórki, gdy uczono mnie o patronach ministrantów, do których miałem zanosić westchnienia we własnej sprawie, a którzy zawsze już byli niewyraźnymi świętymi od teorii ministrantury; już pierwsze zbiórki przekonały mnie do uczestnictwa w tychże zbiórkach i we wszystkim, co ministranckie.

Pamiętam cwaniaczka, który kazał mi-kandydatowi po wejściu do zakrystii mówić „dzień dobry!”, a potem naigrawał się ze mnie przed innymi. O, nigdy już nie dałem się wystawić na próbę byle chojrakowi; a mój ministrancki żywot okazał się znacznie dłuższy niż jego.

A Daniel? Ten, na którego wpadłem ileś lat później, gdy z kolegami nudził się wyzywająco na rogu ulicy. Ubiegłem wtedy jego reakcję, ratując się przed niepotrzebnym dialogiem o pieniądzach. Entuzjastycznie zagaiłem: „Ty byłeś chyba kiedyś ministrantem!” Na co ten stropiony i nieco zafrasowany odpowiedział: „Niestety”. Moja uwaga okazała się właściwa, bowiem puszczono mi płazem to, że przechodziłem obok. A skoro zawiódł zbójca, zbędny był też miłosierny samarytanin.

A cóż powiedzieć o Szczepanie, który miał prawo nigdy nie spotkać się ze słowem „ministrant” i niedocieczonym pozostaje, jak też mógł się nim stać. Przez pewien czas wydawał się nawet całkiem rozsądny. Służył do mszy, przykładnie brał udział w ministranckich imprezach. Niedługo potem słyszałem, że do szkoły przyjechała po niego policja. Z niejakim Łazarzem włamał się do hurtowni papierosów.

Kiedyś narobił mi wstydu, bo zobaczył mnie z autobusu. Zza szyby widziałem tylko frenetyczny wybuch radości, a z ruchu warg wyczytałem słowa bardzo specyficznego powitania, po którym z okna autobusu zaczęli mi się przyglądać znudzeni pasażerowie.

Jakże nie przywołać Antona. Ten ci pojawiał się od święta, gdyż przyjeżdżał z jakiejś dalszej mieściny czy wsi. I natychmiast przejmował rolę „proboszcza”. Przez mikrofon musztrował i pouczał ludzi, oburzając się na przeciągane zbyt długo pieśni. Gospodarzył się pełną gębą, a w śpiewie wydawał głos, jakby połknął dżelozo − niczym dziarscy księża-rezydenci lub niezłomni, tędzy dziekani.

Później dał się poznać i od innej strony. Gdy w którąś Wielką Sobotę poszedłem − pełen ascetycznych ideałów − na czuwanie przy Grobie Pańskim, w zakrystii zebrało się wesołe grono gawędziarzy. W soczyście nieprzyzwoitych dowcipach Antonowi nie było równych. Z jaką pasją je opowiadał. Jak czerwienił się z zachwytu. Zza okularów dalekowidza łypał wielkimi oczyma, a ponieważ jego mimika sprowadzała się prawie wyłącznie do oczu, budził we mnie prawdziwe zgorszenie.

A gdzież podział się L.? Ech, ten ciepły sługus, który po wstąpieniu do seminarium zniewieściał do reszty i gdy któregoś razu w zakrystii stał pełen powagi i łagodności, w nienagannej czerni płaszcza i rękawiczek, zapytany, jak mu idzie, wspomniał cicho na liczne trudy, po czym westchnął w zamyśleniu, iż tak pewnie musi być, bacząc przy tym, by głosu swego nie urazić o powietrze.

Przypowieść o pewnym lektorze: chłopcem będąc, zachwycał wiernych słowiczym głosem. Duma parafii na chwałę Pana i ludzi. Później namaszczony przez księży na spadkobiercę ich funkcji i plebańskich włości, zaprzepaścił otwartą drogę do powołania, zaskakując wszystkich wieścią o swoim potomku. Proboszcz chory. Atmosfera żałoby. A tak wiele mu wcześniej darowano, bo i większe defraudacje litośnie okryto sutanną. Któregoś roku czytał w Niedzielę Palmową Mękę Pańską. Młody był, więc dano mu rolę faryzeuszy, Piłata i ludu. Kto wie, może się tym wtedy zasugerował. Rozeznasz wpływ i siłę słowa?

Dziś mogę rzec − nie sądź, byś nie był sądzony. A to sądzenie ma u mnie ładną tradycję, gdyż należałem do sądu koleżeńskiego ministrantów. Jako jego najmłodszy sędzia przyczyniłem się do zawieszenia w prawach ministranta, a potem wydalenia ze wspólnoty bodaj kilku zakapiorów. Nie zapomnę tego smaku: nie władzy, ale sprawiedliwości, która przeze mnie przemawiała; niepodważalnej nigdy gorliwości, która czyni świętym! Te debaty, kto najbardziej bezcześci nasze gniazdo; te głosowania za zamkniętymi drzwiami i oskarżony oczekujący na zewnątrz. I wyrok − czysty i niepodważalny. Dobrze było oglądać konsternację i bezsilność kogoś tak ugruntowanego w swojej nonszalancji, zarazem tak doskonale łączącego bycie ministrantem i obwiesiem. Ach, byłem nieprzejednany.

Byli i tacy, co zostawali ministrantami z powołania, zapisywali się czasem nawet wbrew woli rodziców, znajdując oparcie w Kościele. Proste i dobre to były chłopaki. Choć niewątpliwie część z nich wraz z mutacją głosu zmieniała swoje ideały. Ci jakiś czas jeszcze pobuczeli przez mikrofon, czytając chropowato fragmenty listów św. Pawła, i szli, każdy do swojego Damaszku.

Np. taki Kaczka. Ten, co kiedyś po żmudnej próbie asysty na Triduum Paschalne, na pytanie księdza, czy są jeszcze jakieś pytania, niczym panna nieroztropna rzucił, wskazując świece na ołtarzu: − A dlaczego te świece nigdy się nie wypalają? (A siostra zakrystianka, dla której czas liturgiczny płynął inaczej, tyle razy przecież wymieniała wkłady tych plastikowych wyrobów w połowie mszy!)

Albo taki Piotrek − sowizdrzał. Trudno było uchwycić zakres jego nieustannych wygłupów i niejeden ksiądz mógł zadawać sobie pytanie, czy ciągłe trwanie we wspólnocie nie jest kolejną jego hecą. Zanim zrezygnował na dobre, wiele mszy zabarwił swoją obecnością.

Inni z kolei doczekiwali dorosłości i w pokoju ducha przestawali chodzić z komżą. Bez żadnych już roszczeń ze strony co rusz to nowych wikarych. Może tylko proboszcz wzdychał wtedy z utęsknieniem, czekając ciągle na liczne powołania z parafii i podczas okolicznościowych kazań licząc, ile to już lat, odkąd do seminarium wstąpił nasz parafialny rodak…

*

Tak, mam przekonanie, że było to pierwsze poznane przeze mnie grono postaci z Ewangelii. Ewangelia okazała się opowieścią z kluczem, a zarazem sztuką, którą − chcąc nie chcąc − cały czas na różne sposoby odgrywaliśmy.

Każdy miał w niej swój epizod i własne odniesienie do jej głównego bohatera. I przez to, w perspektywie lat, każdy na swój dziwaczny sposób okazywał się niezastąpiony, przekonujący, a może nawet − ocalony.

Naklejka na samochód − prosty kształt ryby. Symbol. Chciałem go sobie sprawić. Tak z wewnętrznej potrzeby, w dobrej wierze. Przeniesienie wczesnochrześcijańskiego znaku w kategorie odległej od niego dzisiejszości. Nie żeby rybą ewangelizować, ani też by dawać rybą świadectwo. Rybą wszak świata nie nawrócisz. Ale zawsze to bliski sercu punkt odniesienia − tradycja chrześcijańskiej skromności; no bo gdzie rybie do splendoru i choćby najdonioślejszych słów.

Jednak zanim zasięgnąłem języka, czy powinienem udać się do sklepu motoryzacyjnego, czy raczej do sklepu z dewocjonaliami, w pobożną inicjatywę zacząłem powoli wątpić.

A jak ryba stanie komuś ością w gardle? Przyczyn wbrew pozorom znalazłoby się wiele, a to za sprawą − samochodu. Tak. Ja z rybą zapośredniczoną samochodem, tj. ryba poprzez auto odnosząca się do mnie: to niepokojące równanie. Zestaw ryzykowny.

Co innego krzyżyk na szyi. Gdybym go nosił, mógłbym pozwolić sobie na popełnienie faux pas, np. z pozycji siedzącego nie zauważyć starszej a stojącej w tramwaju pani, bowiem niezamierzoną niegrzeczność starałbym się natychmiast zadośćuczynić. Okazałbym nagle uprzedzającą szlachetność i z gruntu życzliwe usposobienie. „Najmocniej przepraszam, nie zauważyłem, co wypada uznać za niewybaczalne, mimo to mojego uchybienia w żadnym razie proszę nie kojarzyć z tym krzyżykiem, który noszę na szyi, lecz raczej łączyć z nim moją skromną próbę naprawy ujmy, którą mu przez zagapienie przyniosłem”. Itd. Słowem, krzyżyk − jeśli jest dla innych widoczny − da się, pomimo niedoskonałości osobistej, usprawiedliwić i wybronić.

Niestety, z rybą na samochodzie jest o wiele gorzej, bowiem wśród kierowców do rzadkości należy konfrontacja w pokojowym duchu. A niech bym wymusił przez przypadek pierwszeństwo lub nie przypuścił kogoś z prawej czy lewej do uczestnictwa w korku. Niech bym zajechał komuś nierozsądnie drogę lub niebacznie zapomniał o kierunkowskazie… „Patrzcie go! Partacz! Do tego z rybą!” „Wiara mu zaszkodziła!” A na domiar zgorszenia: „Jak ci chrześcijanie jeżdżą?!”, „A ja myślałem, że pójdę do spowiedzi!” Etc., etc. I bez możliwości ekspiacji, bo „przepraszam” brzmi wtedy jak ohydne wyzwisko, a przymilne mruganie światłami to rozjuszający eufemizm. Bez nadziei na zwyczajne, drogowe miłosierdzie. I już sytuacja zatracona, wiara poszkodowana, ryba skompromitowana.

Nie, nie. Stanowczo, nie przykleję ryby!

Całą rodziną do kościoła. Trochę nerwowo, bo późno. Msza tuż-tuż. I dzieci. Wózek, za rączkę, na barana. Z nadmiaru radości wzbiera zniecierpliwienie. I gdy tak spieszymy, kilkadziesiąt metrów przed nami obrywa się wielka gałąź. Leci z wysoka i ostentacyjnie roztrzaskuje się na chodniku i przydrożnym samochodzie. Przeklęte topole!

Przystajemy. Ani iść, ani nie iść. Okrążamy wreszcie potłuczone miejsce i zakres drzew − środkiem ulicy. No i już kościół. Msza zaczęta. Jeden ze stojących u wejścia do kościoła mężczyzn z nieznacznie złożonymi rękoma idzie sprawdzić, czy samochód cały. Wraca spokojny, znać, że pojazd bez większych urazów.

Tymczasem robi się coraz chłodniej. Wiatr zamierza się na zdrowie córek. Zwłaszcza najmłodszej, śpiącej w wózku, bo nie było już dla niego miejsca. W kruchcie ni w żadnej z naw bocznych.

Wracamy upchani z sąsiadami w jednym samochodzie. Niedziela w zenicie, choć pochmurno, deszczowo.

Ale zaraz. Jak to się stało, że spadła gałąź? Nie było jeszcze wtedy wiatru. Nic jej ku ziemi na siłę nie ciągnęło. Oberwała się i już. Bez naszej woli i starania. No i Opatrzność. Kilkadziesiąt metrów Opatrzności. Bo zabrakło jedynie minuty, żeby z Opatrznością się wyminąć. By Opatrzność zamieniła się w okrutny, ślepy los. Jeszcze parę chwil i wdzięczność ocalenia zamieniłaby się w nieszczęście. Oto jak w dziękczynieniu tkwi zalążek złorzeczenia.

I jeszcze ten facet, co poszedł w czasie Mszy na oględziny auta. Czy nie jest godzien pożałowania? Ja bym nie poszedł! Przemęczyłbym się z godnością do błogosławieństwa i dopiero pobiegł szacować straty. Ho, ho! Zdecydowanie więc, z nas dwóch to ja wychodzę obronną ręką, wykazując większą wspaniałomyślność. Ostatecznie dobrze się czuję z tym, że nie mój samochód to spotkało.

I jeszcze ten wiatr. Czy mógł zaszkodzić zdrowiu kogoś, kto pozostawał uczestnikiem Eucharystii? Też mi ludowa magia skojarzeń. Oczywiście, że tak. W końcu co ma Msza do brzydkiej pogody? Ich jednoczesność narzuciła się w rytm całego świata, co chwila na nowo wyrzucanego na nasz brzeg i układającego się w najdrobniejszych szczegółach bezwzględnie tak, a nie inaczej.

Czy mi się też wydawało, czy słyszałem z własnych ust „Dzięki Bogu”? Obłudniku! Myślisz, że dostał ci się łut boskiego szczęścia? Że masz prawo Jego działaniem i obecnością uzasadniać każdą tutejszą sytuację? Czy nie wiesz, że „Dzięki Bogu” ma swój rewers w postaci złych zdarzeń, których nie uniknięto?

A skoro Bóg nie jest jedynie bogiem wszelkiej pomyślności, skoro nie jest tylko rozdawcą i gwarantem szczęśliwych trafów i cudowności, wdzięczność to niemiłosierne wobec Niego zobowiązanie.

Tymczasem luksus pozostawania przy życiu, do tego ‒ tfu, tfu ‒ w dobrym zdrowiu, pozwala na rychłe zapomnienie o spadających gałęziach i innych niedogodnościach świata sprzed kilku godzin. Jesteśmy w domu. Popołudnie nieznacznie dobiega końca. A jutro już poniedziałek. Jak gdyby nigdy nic.

Nie zdążyłem przeżyć maja. I skończył się. Wpadł w czerwiec. Zabrakło mi bodaj kilku chwil. Żeby jakoś wejść w atmosferę ciepłego chłodu wieczoru, pędów sosny, lepkich i nienajeżonych późniejszymi igłami. Nie zdążyłem wstać bardzo wcześnie, wiedzieć, że jestem. Maj przepłynął, odleciał, zakwitły róże.

To zupełnie sprawiedliwe, ale i tak się nie zgadzam. Nie móc wrócić do maja: to tak, jakby wyprzeć się siebie.

Po latach innych lat. Po setkach zmian klimatu, po zlodowaceniu, powstaniu świata. Tylko jeden miesiąc. Nie ma miesiąca. Skończył się. To samo czyni czerwiec. Mam mnóstwo pracy i nie wiem, co robić.

Nie chciałem wyprzeć się siebie. Ale zostałem wyparty. Siłą faktu. Wyrzucony na skoszoną łąkę, pod kwitnący jaśmin. Boże, jakie to cudowne. I tak piękne, że aż niesprawiedliwe. Nie wyszedłem wciąż z maja, chociaż się skończył. Chcę go powtórzyć i nie mogę. Wracam w kółko do tego samego. Do nie tego samego. Do nowego miejsca na siebie. Bo przesilenie letnie już za pasem, już za mną. A ja jestem bezsilny.

Zostałem wyparty. Siłą kwitnącej róży. Skazany na długie dni i najkrótsze noce jeszcze w maju. To znaczy w czerwcu, ale ja jeszcze w tym maju. W zapachu bzu, który pamiętam jak przez nadranną mgłę, widzę w świetle poprzedniego księżyca.

Trzydzieści dni roztrwoniło się do cna. Kilka migawek zostało. Jako streszczenie całego miesiąca. Maj tego roku już był. Powtarzam się? Nie, to niemożliwe. Nic się nie powtarza. Nawet skała macierzysta. Miliony lat są inne niż miliony lat.

Już czerwiec na wykończeniu, noc świętojańska. Świetliki i ciągle jeszcze róże. Boże, jakie to zachwycające. Dopiero kwiaty. Nie znające własnych owoców. Kwiaty dla samego kwitnienia. A tu już lipiec. Przybladła zieleń. Kolej rzeczy.

Maj przyszedł po kwietniu. Z dnia na dzień. Nie zdążyłem go pochwycić. I zaraz najkrótsza noc w roku. Krótka jak sen. Jak Sylur i Dewon. Miliony lat trwały jeszcze krócej. Skamieniały kwiat paproci kruszeje w ręku. Kruszą się skały. Karbon i Prekambr są jak dzień przedwczorajszy. A ja myślę o miesiącu sprzed miesiąca. O młodości trawy. Skoszonym już maju.

Zaczął się przecież w trakcie wiosny. Po krótkiej zimie. Uszedł mi. A tu pierwsze dni lata, czyli jesieni. Jesieni, to jest ‒ zimy. Zlodowacenie znowu. Nie znowu. Miliony lat nie wracają. Ani początek.

Zeszłoroczny śnieg obchodzi mnie tyle co warstwy ziemi, na wierzchu których dopełnił się właśnie czerwiec. Wypatruję zeszłego maja. To jest bieżącego. W tegorocznym roku.

Wdycham bezboleśnie gęstwiny zarośli. Zapach jednorocznych bylin. Płyn powietrza zalewa twarz. Boże, jak doskonały wyrok. Jak czysta niesprawiedliwość.

Zaczął się maj, skończył. Nie zdążyłem ani na chwilę. Nie przeżyłem.

Słuchałem muzyki Nicka Cave’a. Kolejnej płyty, choć nie z płyty słuchałem, tylko z komputera. Ale muzyka jest raczej ta sama i tu, i tu. Już się nieraz przekonałem. Można wracać do niej do woli, przerywać ją i powtarzać w nieskończoność.

Słuchałem wnikliwie, niejednokrotnie. Co do dźwięku. „Push the sky away” brzmi tytuł płyty. Nie znam angielskiego. Więc nieznany jest mi jeden z równoległych światów.

Nicka Cave’a nie muszę przedstawiać. Przecież dla niektórych jest dobrze znany, a dla pozostałych nie istnieje wcale. Taka jest teraźniejszość. Nick Cave jest ciekawy lub nieciekawy. Należy do wysokiej popkultury. Salonowego rokendrola. Ma coś do powiedzenia, ale nie dla każdego. Nick Cave ‒ bard, poeta, pisarz. Od ponad dwudziestu tysięcy dni zamieszkuje ziemię. Pojawił się w mojej młodości jako zbieg okoliczności. Tyle wspomnień.

Na okładce płyty umieszczono zdjęcie: autor i jego żona. Dobre zdjęcie. Artystycznie udane. Naga kobieta przechodzi przez świetliste pomieszczenie. Patrzy na nią muzyk, zastygły w geście otwierania jednego z ogromnych okien. Jego posągowa poza. Mógłby może być renesansowym Dawidem, gdyby nie charakterystyczny czarny garnitur i biała koszula z wielkim kołnierzem. A jego żona? Nie wiem, czy to jego żona, bowiem miał już przed nią wiele kobiet. Ta jest modelką. Formalnie może żona. Na czas późnego wieku średniego. Przypominająca tu Ewę z obrazów wygnania. Uchwycona jakby w momencie opuszczania raju. Pełna powabu, delikatna i znająca już swoją nagość, niosąca ją świadomie przez pokój ze zdjęcia. Tylko twarz ukryła we włosach, łokciami zasłoniła biust. Stąpa na palcach, dyskretnie, subtelnie, by nie urazić stopy o kurz podłogi. Choć podłoga wygląda na sterylnie czystą.

Podoba mi się ta muzyka. Może prócz jednego utworu. Jest bardzo nastrojowa. Nastrój to pozostałość po kulturze Zachodu. To romantyczne ruiny kościoła. Świątynia dumania. Serce sztuki i pożywka dla kiczu. Z młodości wywiodłem słabość do nastroju. Może dlatego lubię muzykę Nicka Cave’a.

Wystarczy posłuchać. „We real cool”. Jeden z kawałków. Rozkojarzona melorecytacja, powłóczyste dźwięki nanizane na nieustępliwy, hardy rytm. Do kogo on tam mówi? I o kim? To najlepszy utwór. Wystarczy posłuchać. Nieustanny cykl buntu. Śmiech i żal. I te przewrotne motywy religijne. Nieustanna obecność Boga, w którego nie da się wierzyć.

Lubię tę muzykę i jest mi wstyd. Za tę powabną i niczyją nagość jego kobiety na okładce. Piękną nagość. I płonną. Tak jak tylko potrafią być piękne i płonne ideały. Bo nagość może być też odstręczająca i gruboskórna. Ale czy to istotne rozróżnienie?

Wstyd mi za kulturę obnażania i ogołacania z obyczajów. Za tę wypreparowaną erotykę i próżny estetyzm, który oblepił płeć i całe ciało człowieka. Ile w moich źrenicach jest widma nagości. Wystudiowanej i wyświechtanej. Ulicznej intymności. Witryn i plakatów, reklam i filmów zaklejających wzrok. Wstydzę się swojego wzroku i powszechnego braku wstydu. Wstydzę za życie, w którym jakby nie zaistniał grzech i jakby ciało samo było zdolne do braku wstydu. Do bezwstydu, który udało się podkraść sztuce. Bo sztuka jest próbą możliwości sprzed upadku. Tworzyć to ‒ przekraczać stan grzechu pierworodnego.

Słucham: „Push the sky away”. Tekstów o słyszalnych, lecz nieznanych mi znaczeniach. Nie umiem angielskiego. Wstyd mi trochę. To język Zachodu. Jeden z alternatywnych światów jest moim światem i mimo to pozostaje poza moim zasięgiem. Niby znam rozmaite tłumaczenia. A przekładu osobowości dokonuję sam. Nic nie zastąpi oryginału. Więc niemo słucham Nicka Cave’a. Jego muzyki brzmiącej jak nadejście poranka po nieprzespanej nocy. W szaro-granatowej mgle, czarno-białym widmie przedmiotów, a potem wobec rażących promieni w przekrwionych oczach. Z piaskiem pod powiekami na spóźniony całą noc sen.

To zmęczenie. W końcu jestem posklejany z różnych kawałków świata. Każdy z nich domaga się swego. Rwie się ku własnym źródłom. Nie tworzę mozaiki, ale jestem jak kolaż. Noszę w sobie kategorie z nieprzystających do siebie przestrzeni. Scalam je na okrągło. Do upadłego.

Co ma ciało do wstydu i człowiek do modelu? Ciało powinno być pierwowzorem wstydu, tak jak człowiek jest miarą modelu, ale nie nim samym. Wstyd powstaje na kształt ciała.

Ewa opuszcza raj, chowając twarz w dłonie. Nie ze wstydu. Jest zbyt piękna na wstyd. Wie o tym. Jest ‒ naga. Kokietuje brakiem wstydu, który stał się niewidoczny jak oddech, ukryty jak wnętrze. Skryty pod nagością. Nie lamentuje, bo i po czym. Przecież nie upadła, nie idzie z raju do kraju wygnania. Przechodzi tylko z pokoju do pokoju. Nie ogląda się za siebie i nie żal jej tego, czego oko nie widziało. Zresztą, przecież nie ma nic za plecami. Raj nie został utracony. Nie trzeba go było. Raju nie ma za żadnym horyzontem. Jest wyłącznie siła, z jaką narzuca się życie naszemu ciału i ciało życiu. Jest ciężka praca, po której zaciera się ślady jakiegokolwiek znoju. I nagość rzucona jak płaszcz na to, co obnażone. I ból z twarzą zasłoniętą ciałem.

Ciałem ‒ dlaczego muzyk traktuje je instrumentalnie i gra na strunach, na których grać nie powinien? Właściwie to nie pytanie do Nicka Cave’a. To do wszystkich. Dlaczego upadliśmy tak bardzo, iż nie pamiętamy już naszego upadku? Czemu nie widzimy go i nie chcemy rozpoznać? Potrafimy za to go ukryć, wzmagać upadek. Przenicowywać i wydobywać na wierzch.

Uczyńmy sobie ciało na nasze podobieństwo. Aby było czymś do wykreowania. Materiałem. Tworzywem w naszych rękach. Jakby człowiek nie był już stworzony.

Skoro nagie ciało będzie zewnętrzne wobec intymności, oderwie się od osoby. Czy modelki, tak jak i pokupni artyści, nie powstają z jej niedostatku? Bo to, kim są, okazuje się niewystarczające. Trzeba ich stworzyć na ich własne podobieństwo. Muszą zaistnieć, aby stać się kimś. Kimś więcej. Przerabiani na modłę lepszej lub gorszej mody, zamieniają się w przedmiot własnej lub cudzej ekspresji. Surogat osobowości.

Dlaczego Nick Cave jest niepodrabialny? Czy jest sobą? Może to artystyczny everyman, twórcza wersja kogokolwiek. Kolejny wykwit artystycznego zadęcia, projekcja marzeń człowieka o sobie samym. Oryginalny Nick Cave jako nick dla każdego w wirtualnych rozmowach o byciu artystą.

Jemu to nie grozi. Jest zbyt indywidualny. Jest twórcą. Wie, że kreacja przewyższa rzeczywistość. A nawet ją stwarza. Ale czy wie, na ile steruje, a na ile jest sterowany? Czy przezwyciężył tandetę? Przechytrzył rynek artystycznych zapotrzebowań i świat żądny miałkiej wybitności?

Jestem mu wdzięczny. Za swój brak dystansu do części tworów jego talentu. Za to, że w swoim subkulturowym buncie jest swoiście dojrzały i konsekwentny, że pomimo popkulturowego życia dąży do tego, by stawić opór. Jego ufryzowany niepokój, ocierający się czasem o kicz, jego dandyzm być może nie są ostatnią rzeczą, którą bym o nim powiedział.

Mam jeszcze przed sobą film. Tegoroczny, nie widziałem go. „20000 dni na Ziemi”. Nick Cave gra tam samego siebie. Po dwudziestu tysiącach dni życia. Jego zespół wciela się w siebie. Postaci grają postaci, Ziemia ‒ Ziemię. Rzeczywistość rzeczywistość.  Wszyscy są rzekomo dokumentalni. Jedynie dwadzieścia tysięcy dni pozostaje faktem spoza sfery aktorstwa. „Miarą naszego życia jest lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, gdy jesteśmy mocni”. „Jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień”. Dwadzieścia tysięcy dni. Na dziewięćdziesiąt siedem minut zostanę widzem i zobaczę tę grę.

Wiem, wiem. Nawet lubość, z jaką przyjmuje się jakąkolwiek sztukę, chciałaby czasem zamienić się w ołtarzyk budowany własnym upodobaniom i gustom. Drobne bałwochwalstwo. A sztuka wprawdzie ratuje nas, ale nas nie ocali.

Mimo to kupię płytę. Oddam artyście, co mu się należy i wezmę, co chciałem. Jej dwuznaczne piękno jest wieloznaczne. I w gruncie rzeczy bliskie, nawet jeśli obce. 

Nick Cave to także moje alter ego: możliwość, którą miałem, ale z której nie skorzystałem ‒ możliwość, której nie miałem, ale z którą mogłem się utożsamić.

W końcu jestem poskładany z różnych kawałków. Z niedokładnych, zachodzących na siebie i niestykających się części.

Z trudem i z radością przyjdzie mi porzucić tę muzykę, wyzbyć się nawleczonych na nią swoich myśli. Tak jak też i wielu innych rzeczy i pamiątek po sobie samym. I wszystkiego, co jest częściowe.

Sięgnąłem do poezji, pierwszego tomu Tadeusza Różewicza. „Poezje zebrane”, choć kończące się dawno temu, na latach sześćdziesiątych. Może to nie aż tak dawno?

Wydanie z 1971 roku, Ossolineum. Czytałem, przeglądałem i co znajduję? Kartkę pocztową. Nie wysłana przez nikogo, znalazła się w książce kartka pocztowa. Wyjątkowa: z mozaiką z Rawenny. Wnętrze absydy. Cristo tra due angeli e i SS. Vitale ed Eclesio. Chrystus podaje świętemu Witalisowi wieniec męczeństwa. Wyraziste twarze, kolory. Ani śladu czerwieni. Scena wyjęta z wieczności.

Nie wiem, skąd się tu wzięła ta Rawenna. Ktoś ją dał, ofiarował, zostawił? W sumie bez znaczenia. Mało to kartek rozsianych po książkach? Ale Rawenna u Różewicza. Jak wpisany w przypadek zamysł. Co ma jedno do drugiego, książka do tej kartki? Święty Witalis do Różewicza? Poezja gorzkiego upadku cywilizacji do tego snu o niebie, który utrwalono w kolistości absydy?

Rawennę dziś widziałem     
we śnie
w okrągłym niebie
białe baranki
na zielonej łące

Jacy to grzesznicy tworzyli tak rozmodlone postaci, tak pnącą się ku Bogu formę. Twórcy bazyliki. Bliscy. I oni, i my żyjący tuż przed końcem czasów, wobec majestatu Boga. Wobec Chrystusa przybywającego powtórnie, by sądzić żywych i umarłych. Na zgliszczach dotychczasowego świata, w srogim boju i w tak drogo okupionej ciszy. Jaki nieszczęsny los zagnał nas w tę dolinę łez, gdzie nieustannie mamy wielbić Wszechmocnego?

Wierzmy nadal! Wierzmy w imię tego, czego jesteśmy dziedzicami. Bo Europa nigdy nie była chrześcijańska. Nie wyrzekła się barbarzyństwa. Europa jeszcze nigdy nie była chrześcijańska, ale byli w niej chrześcijanie. Wierzmy choćby w ich imię. Choćby nawet wielu z nich nie wierzyło, my wierzmy. Z Rawenną, z utraconą w młodości wiarą Różewicza − wierzmy. Pomimo oświeconego rozsądku, pomimo małej i zabobonnej wiary. Wierzmy.

Rawenna jest nam wspólna. Łączy nas Rawenna. Nigdy tam nie byłem, ale na wszystkich niebach ziemi jest jedno słońce. Jest jedna Rawenna. Jedna Rawenna odbita w tym samym słońcu.

Światło płynęło
przeze mnie
złociste
lacrima Christi

To nasze miejsce spotkania, nasze niebo i ziemia. Oczekiwanie na niebieską Jerozolimę. Bo Europa od początku była chrześcijańska. Wyniesiona nad ludy chrztem i pokutą. Europa zawsze była chrześcijańska, ale brakowało w niej chrześcijan. Narody się buntowały, zamyślały próżne rzeczy. „Ich bożki to srebro i złoto, robota rąk ludzkich”. Chrześcijańskie korzenie! O, roślino, na której zaszczepiono płonne latorośle. Zdziczałe pnącza, których Bóg nie ściął do samej starożytności.

Gdzie nasza nowożytność i współżytność? Co nam po wszelkich żytnościach zamieniających naszą krainę w mumię? Gdzie kultura, w której Bóg przejrzał się przed wiekami?

Ta kartka z Rawenny. Jak dzieje Europy. Opatrzność ją nadała. Jaki to cud, że w tym rozpadającym się, rosnącym bez przerwy wszechświecie mogłem ją znaleźć w tomie poezji Różewicza.

I nawet jeśli jej mesjanizm, śmieszna hermeneutyka znalezienia pocztówki wśród wierszy, jest tylko mitem wyciągniętym z wyobraźni − to i tak mówię prawdę. Św. Witalis i Chrystus. Aniołowie. Czas jest bliski. To objawienie, orędzie, „Nawracajmy się!” wypowiedziane w języku trzeciorzędnych sytuacji. Jak grom z nieba, świętopawłowy, płomienny ton. Tadeusz Różewicz, „Dzieła zebrane”. Ossolineum. Os justi meditabitur sapientiam. Nawracajmy się! Znalezienie kartki z mozaiką z Rawenny w tomie poezji Różewicza! Nawracajmy się!

Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy

[…]

człowiek mówił do wody
mówił do księżyca
do kwiatów deszczu
mówił do ziemi
do ptaków
do nieba
milczało niebo
milczała ziemia
Błogosławieni jesteście przez Pana,
co stworzył niebo i ziemię.
Niebo jest niebem Pana,
synom zaś ludzkim dał ziemię.
To nie umarli chwalą Pana,
nikt z tych, którzy zstępują do Szeolu,
lecz my błogosławimy Pana
odtąd i aż na wieki.

Dobrym, serdecznym zwyczajem było składanie sobie życzeń po porannej rezurekcji. Zakrystię licznie nawiedzali wówczas rozpromienieni parafianie, zwłaszcza kobiety − znane z codziennych mszy, najmocniejsze głosy kościoła; te, które mogły konkurować i z organistą, za nic mając siłę mikrofonów.

Wchodziły w momencie, w którym zakrystię ogarniał politurgiczny chaos. Pośród wyplątujących się z komży ministrantów, księży rozdartych między humerałem, napierającym tłumem a drzwiami wyjściowymi, zaczynała panować iście zmartwychwstańcza atmosfera. A wyciszenie, należne miejscu, zachowywała jedynie przeciskająca się z nerwowym uśmiechem i kolejnymi albami siostra zakrystianka.

By nabrać wprawy w szybkim usuwaniu się z oblężonej zakrystii, potrzeba było ładnych kilku lat praktyki. Bowiem już sami entuzjaści Wielkanocy pytaniem: „gdzie jest ksiądz”, potrafili zająć nawet kwadrans. Zanim nabyłem tej umiejętności, nieraz brano mnie za gońca lub proszono o drobną przysługę utorowania drogi w głąb pomieszczenia.

I nie wiem, jak to się stało, że mimo całego mojego świątecznego doświadczenia tak długo nie znałem najbardziej podstawowego, tradycyjnego wielkanocnego pozdrowienia. Tylu życzeń się nasłuchałem, podobnych kupowanym w kioskach kartkom z pisklakami lub ze sceną zmartwychwstania, a te jedne, najwłaściwsze, jakby mnie omijały.

Poznałem je w końcu. Pamiętam. W późnej podstawówce. Stałem wtedy w zakrystii, nieopodal wejścia i miałem już kilkanaście lat.

Otóż, jak co roku po gremialnej modlitwie ministrantów, kończącej wszelkie święte obrzędy, natychmiast w drzwiach zaczęła się pojawiać grupka zainteresowanych. Weszli więc pierwsi z nich, a na czele − drżyjcie filary − pani K.! Dziarska i nigdy niczym niezrażona (z wyjątkiem księżowskich przygan). Wkroczyła i trafiając wprost na mnie, triumfalnie, ochoczo zawołała: „Chrystus zmartwychwstał!”

W fakt ten nie wątpiłem ani przez chwilę, lecz co z tego, skoro − jak widziałem − oczekiwana była ode mnie odpowiedź. Nie mając zaś na podorędziu żadnego zwrotu, odrzekłem: „Nawzajem!”

Zanim obopólna konsternacja zginęła w tłoku, zdążyłem jeszcze zawstydzić się, a pomieszanie ukryłem szybko w zdejmowanej właśnie komży.

Owszem, wielokrotnie okazywało się, że umykały mi sprawy rudymentarne i oczywiste jak sama wiara katolicka. Odkrywałem na przykład swoją nieznajomość pieśni Gorzkich żalów − nabożeństwa, którego dla płaczliwej wymowy i kazań pasyjnych unikałem jak ognia; albo przekorę swojej pamięci przy powtarzaniu pięciu przykazań kościelnych; czy choćby długotrwałą niewiedzę o tym, co znaczy „zmówić koronkę”. I tak dalej, i tak dalej. Ale ta moja luka i to wielkanocne faux pas potraktowałem wyjątkowo.

Często wracałem do niego, powtarzając sobie i odtwarzając ten prosty dialog niby rytuał. I jakbym się przygotowywał na sąd szczegółowy, po dziś dzień w duchu pouczam siebie z tamtego czasu: „Gamoniu, odpowiada się: ‘Prawdziwie zmartwychwstał’!” Ale na nic. Nadal słyszę tylko: „Nawzajem!”, „Nawzajem!”

Słuchanie Stabat Mater. Muzyki do średniowiecznej pieśni. Autorstwa Palestriny. Czysta łagodność, świeży powiew smutku, udrapowany niczym fałdy szaty Marii, niby jej smukła postać spod dłuta Michała Anioła. Czara cierpienia w postaci cudownej wazy z epoki renesansu.

A Pergolesi? Dźwiękowe muzeum, w którym zaklęta jest doskonałość sztuki chrześcijańskiej. Jak kościół Cappella Sansevero w Neapolu − kto ma uszy, niechaj słucha Stabat Mater Pergolesiego. Powabna materia z lekkością okrywająca tajemnice Wcielenia.

Vivaldi targa emocje wersami sekwencji. Jego barokowe rozmodlenie jest w stanie chwycić za serce − i religijne, i niereligijne, on to bowiem czyni Kościół powszechniejszym. Jego muzyka jest jałmużną dla każdego Europejczyka, wdowim groszem jednego grzesznika dawnej epoki dla wszystkich steranych dusz Starego Kontynentu. Ale jakim groszem! Boska mennica, dwudziestoczterokaratowe złoto!

Haydn − nieznośny, jakby nie zrozumiał, co komponuje. Rozgadany. Zupełnie minął się z pieśnią. Mógłby komponować nudne kolędy, ale Stabat Mater? Niedoczekanie. Biedni klasycyści, nic nie pojęli z Ewangelii.

Co innego Schubert. Jego kompozycja koncentruje uwagę na wydźwięku słów. Schubert słyszy Stabat Mater. I tworzy, jakby pisał pieśń pogrzebową. Głos mu drży, ale płacz pozostawia innym. Nie przybiera ponurego wyglądu ani też nie lamentuje. Nie ulega minorowemu nastrojowi, lecz prawdziwie współodczuwa, wplatając w utwór także nutę konsolacji − nieodłącznego elementu wszelkich dzieł sztuki.

Rossini operuje nieco tromtadrackim patosem. Jego emocjonalna barwność popada w pstrokaciznę, a ostatecznie stwarza ciepły, operowy nastrój. Muzycznemu temperamentowi tego twórcy nie do twarzy jest z goryczą cierpienia. Dlatego pieśnią Stabat Mater Rossini opowiada najrozmaitsze historie. Popada w ton heroiczny lub też mimowiednie brnie w dygresje o ludycznym charakterze. Bezsilny wobec formy, którą przyszło mu władać, nawet ból miesza z błogim uśmiechem.

Natomiast Verdi rozdziera szaty, rozpacza, jakby chciał wedrzeć się na obraz ukrzyżowania wprost na pierwszy plan. Rozognić pietę Buguereau kreską Boldiniego. Ale jest tylko kolejnym w korowodzie kompozytorów, dla których tło pasyjnych wydarzeń stanowi sala koncertowa.

I jeszcze Dvořák. I Szymanowski. Ich dzieła są dobitne, wstrząsające. Dzieła o bólu Matki. Dvořák rozbuchany, monumentalny, gra na wielkie larum. Rośnie w emocje, to znowu cichnie znacząco, oddając po kolei wszystkie odcienie cierpiącej duszy. Dźwiękiem fletów i klarnetów przenika wielkopiątkową scenę, smyczkami łowi jej najdrobniejszy moment. Szymanowski stonowany, precyzyjny − tak dobiera środki wyrazu, by muzyka nie dała po sobie znać, że boli. By jej ból był odczuwany podskórnie. Przeszywał. Opanowany Szymanowski doskonale wzmaga jego siłę.

Zaś Penderecki to retor. Jakże kunsztownie wygłasza swoje kazanie pasyjne! Każe zanosić się płaczem, urywa nagle rozdzierające akordy, doprowadza muzykę do łkania. W swojej grze aptekarsko dozuje dźwięki, wiedząc doskonale, co chce osiągnąć. Jest oryginalny i wie o tym. Swoją oryginalnością ogrywa Stabat Mater, jakby jej sedno tkwiło w tradycji, z którą artysta rozmawia słowami pieśni.

Ale to nic. Po nim jest jeszcze Arvo Pärt. On sięga najgłębiej, gra na najczulszych strunach. Wielka tradycja mówienia o cierpieniu uzyskała najszlachetniejszą formę w jego muzyce. Rozrzedzona melodia, esencjonalna instrumentacja, prostota, z jaką sopranem dotyka kolejnych strof pieśni, stanowi kwintesencję doloris. Wzruszenie? Zachwyt? Cóż to jest wobec Stabat Mater Arvo Pärta. Pertransivit gladius! To hymn wrażliwości. Arcydzieło. Czysty szmer źródeł chrześcijaństwa.   

Muszę jednak wyznać, że mam niekiedy momenty zwątpienia. Stabat Mater jawi się mi wówczas jako na poły religijny temat do obróbki. Europejski motyw, poprzez który kompozytor demonstruje swoją siłę wyrazu. Indywidualność tonu. Głębię odczuwania. I tę mistrzowską swobodę w opowiadaniu o smutku i tragizmie.

Przychodzi mi wtedy na myśl, że cierpienie jest bezdźwięczne. A dzieła muzyczne, jeśli do niego się odnoszą, potrafią tylko mówić głosami przyjaciół Hioba. I nawet na swojego biednego twórcę patrzą wyniośle, z lotu ptaka. Wielkie twory z krainy poruszeń i smaków.

Ale to tylko chwile pokusy. Zmęczenia. Tak, tak. Któż by takie myśli brał sobie do serca. 

Chodził z marsem na czole. Tam i sam, dlatego spotykało się go często, wręcz codziennie. Facet z torbą przewieszoną przez ramię. Torba prawie u kolan, więc on lekko przechylony na bok. Czarne, długawe włosy, łysiejący od czubka głowy, długa broda − filozoficzny typ. Zawsze w jasnoniebieskich dżinsach i katanie, które z czasem traciły wyjściowy kolor.

Często stał pod jadłodajnią, prosząc o złotówkę na obiad. Z niewiadomych przyczyn nigdy nie pijany. Wiedział, gdzie stać, bo nie był to obskurny bar mleczny.

Mówił jasno. Nie żebrał, tylko zwracał się z prośbą. Bez narzucania, choć konsekwentnie. Głupio było ciągle mu odmawiać. Poza tym należał do ludzi niezobowiązujących.

Gdy uzbierał kilka złotych, kupował zupę, pierogi. Wedle zasad płacił przy wyjściu.

Wiódł dialogi z samym sobą − w tonie polemicznym. Roztrząsał jakieś sytuacje, więc nikt mu nie przerywał.

Chudł też, bladł i marniał. Przez jakiś czas z rozbitą głową. Potem mniej mówił, a więcej mamrotał, ale nadal trzeźwo, jakby rzeczowo. A potem to już go chyba nie było. 

Nic już nie będzie tak jak dawniej. Wtedy, tylko wtedy było naprawdę wtedy. Dawniej ‒ w pełnym wymiarze. W całej rozciągłości czasu przeszłego, kiedy działa się przeszłość na wyciągnięcie ręki. Rękopisy, niepiśmienne obrazy polowań nie potrzebowały swojego odkrycia ani recepty na długowieczność. Cywilizacja nie znaczyła cywilizacji. Jak pamięcią sięgnąć, nie było nigdzie widać nas ani naszych chorób. Natura zanurzała się w naturze. Prawdziwy luksus.

Chcemy, tak, koniecznie chcemy nagiąć tę cudowną odległość rzeczy pierwszych, obfitą gałąź, której owocami wykarmił się dotychczasowy świat. Zanim wszystko zostanie zużyte przez następne pokolenia, po których pojawiliśmy się my. Łasi na tradycje i wyczerpani. Wobec wspaniałych możliwości ‒ wielowymiarowej perspektywy z widokiem na wszystko. Na siebie.

Przeszłość jest tutaj. Rozwarta przed nami. Zamknięta. Spaliliśmy za sobą mosty. Przeszłość spłonęła. Ale nadal mamy ogień.

Wróćmy do źródeł. Wzniećmy pożar. Ugaśmy. Jest nadzieja, że zaczerpniemy jeszcze czystego czasu. Gdy ludzie umierali tak jasno, bez naszego udziału. Z pieczołowitym pochówkiem. Albo mijali jak eony, stwory kopalne. Jak kamienie.

Kropla wydrążyła skały. W prześwicie widać: stoimy wobec życia, toniemy w rozgwieżdżonym kosmosie. Musi być jakieś wyjście z tego środka, w którym utkwiliśmy. Jako ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego, pożarci przez ludzkość. Czy jest tu jeszcze coś, czego nie stworzył nikt z nas?

Sięgnijmy do źródeł, z wnętrza siebie, z wrzaskiem. Kikutem ciała sięgnijmy na oślep, nadaremnie.

Bo to puenta losu, ostateczna autoironia żywota ‒ że nie ma powrotu.

Ten sen nawet nam się nie przyśnił. To tylko cud rzemiosła, inżynierii. Zbudowaliśmy dzisiejszą kulturę od podstaw. Wymyśliliśmy co do joty. I uwierzyliśmy bez wiary. Nasze korzenie nie mają korzeni.

Powtórzmy więc to, co nie zostało powiedziane: zdrowie nie oznacza zdrowia i śmierć nie znaczy śmierci. Jesteśmy kimś innym, niż się spodziewamy. Źródła chlustają zewsząd, chłodząc naszą przeźroczystą wyobraźnię.

Od początku bezbożnie się dusimy. Do końca, bez wytchnienia wdychamy kurz i pył.

Ale nadal mamy płuca.

Cyrylu i Metody! Święci moi serdeczni!

Ślę wam pozdrowienie w imię tegoż Jedynego Pana Jezu Chrysta, który był, jest i będzie. Amen!

Czy słyszycie? „Który był, jest i będzie”. Bo czy zmienne brzmienie słowa nie przeobraża w nas jego rozumienia? A imię Boga, czy inaczej wypowiadane, nie przekształca wiary w Tego, który je nosi?

Od dawna już krzepicie moje myśli: dwaj starcy z dzieciństwa epok, sumienie misjonarstwa, z mocą słowa, słyszanego w wielu językach. Jakbyście wyszli wprost z Wieczernika. I chociaż prawie nic o was nie wiem, Kościół podsyca moją pamięć. O tych apostołach, którzy w ewangelicznym zapamiętaniu mieli dojść aż w niedalekie mi strony. Historia otrzepała was z błędów, z grzechów powszednich. Pełne słuszności, czyste są wasze czyny.

Takimi was znam, drodzy mieszkańcy mojej wyobraźni. Dobrze i swojsko jest żyć w waszym towarzystwie. Wasze zamierzchłe losy przemawiają do mnie w zrozumiałym języku prostych obrazów. Może więc nie tak obco będzie też umierać, z wami pospołu.

Widok kaptura, szat, atrybutów, które włożyła wam w ręce tradycja, chlubnie zastępuje nam osoby. Wypełnia waszą żywą nieobecność. Widzę was, spoglądających dziesiątkami twarzy, z rzeźb i malowideł. Sążniste, spokojne postacie, rekluzi nie opuszczający ołtarza, cisi mieszkańcy wieczności.

Bracia z legend, z mitów o niezłomnych głosicielach Ewangelii. Kto jak wy potrafi tak długo pozostawać w nadziei zmartwychwstania? Tak wielowiekowo nie żyć z jasnym przekonaniem o Prawdzie? I tyle czasu bez słowa głosić tę samą wiarę? Moi patroni cierpliwości!

Zapewniam was o wspólnej z wami modlitwie. Tymczasem dobrze, że was tu nie ma. Dużo się zmieniło. Te tysiąc lat z okładem, które nas dzieli. Cały świat nie pomieściłby ksiąg. Nie pomieściłby. Ale nie ma obawy. Doczesność stoi w ogniu. W pożodze.

Widzę was jak poprzez dym. Mrużę zaprószone popiołem oczy. „Nie są to słowa ani nie jest to mowa, których by dźwięku nie usłyszano: Ich głos się rozchodzi po całej ziemi”. Cyryl i Metody. Patriarchowie. Z krwi i kości. Cieleśni i bezcieleśni.

Niech dobra nowina niesie się dalej. Z siłą psalmów złorzeczących. I w lekkim powiewie, o którym mówi Pismo.

Nie byłem szwajcarskim bankierem ani chłopem polskim w czasach wojennych. Nie podjąłem tajnej współpracy ani nie obsługiwałem angielskiego króla.

Znam smak kiełbasy nazywanej wiejską, nie znam się na polityce. Nie myślę o braku domu, bo dom jakoś stoi. I używam prądu, który dawno stracił blask luksusu.

Czasem jakiś urząd potraktuje mnie bezdusznie, ale to nijak się ma do mojego sumienia. Nie z mojej winy nie jestem prześladowany. I chodzę do kościoła, w którym bezkarnie wisi krzyż.

W moich czasach w miarę jest bezpiecznie. Zakłady pogrzebowe robią za wielu, ludzie z kolejek do specjalistów mają rację, że nie powinno być kolejek, i stoją zaniedbani, wiedząc, że są zaniedbani.

I co z tego, że woda, którą leję z kranu, z czajnika, to właśnie ta woda, której brakuje w innym miejscu? Na rubieżach nie mojego świata, w krajach pokolonialnych Afryki? Że mój spokój jest za cenę reżimów i gdzie indziej człowiek umiera zamiast mnie?

Gdyby tu przyszedł, prosząc o wodę, odmówiłbym mu? Głodnemu, ukrywającemu się nie dałbym chleba?

Jak kłopotliwa jest moja niewinność. Niczemu nie służy. Wszystko usprawiedliwia. We wszystkim widzi swój powód.

Więc z czego będą mnie sądzić potomni? Że trafiłem w szeregi tego pokolenia i zażywałem pokoju, którego nie starczyło dla nich?

Jestem dzieckiem wszechświata i mam prawo być tutaj. Mam dobrą wolę, kuchnię, stół i ochotę na ser pleśniowy. Dobrze też śpię i nie waham się zasypiać.

Świeże pieczywo traktuję jak chleb powszedni. A spleśniałe kromki wyrzucam do śmieci.

Stojąc, czekając na żonę, chwilowo nie wiedziałem, jaką winę zaciągam. Zwyczajnie przyszedłem z zamysłem przyjścia i z nieposzlakowaną obojętnością czynu ustawiłem się w miejscu, w którym nie będę nikomu wadził. Co mógłbym sobie zarzucać? Że czekam? I to na swoją małżonkę?

Pełen cierpliwości i wiary w jej nadejście, oddany skromnej a szlachetnej czynności, rozglądałem się, to znów pogrążałem w zagapieniu. Nieustanna gadanina bodźców. Tu krawężnik, tam przechodzień. Minuty przepływają bezpamiętnie − bo i o czym tu pamiętać.

I nie zauważyłem, o, nie zauważyłem, ile uwagi poświęciłem wszystkiemu! Ale nie. Nie o przedmiot tu chodziło, lecz o samą uważność. Z takim tupetem moją, iż zupełnie uszła mojej uwadze.

Ile egoizmu zaległo w tym moim − trwającym nie dłużej niż kwadrans − czekaniu. Jak mogłem, jak mogłem tak zaprzepaścić się w luźnym toku asocjacji, by najzwyczajniej w świecie wspominać samego siebie i myśleć, i myśleć tak zapamiętale tylko z własnej perspektywy, nie wyglądając na krok poza swoją objętość. O ciasnoto mnie samego!

Wzdrygnąłem się na myśl tej myśli. Jak mogę, jak mogę? Wracam do pionu. Tu krawężnik, tam przechodzień. Mówię: „Czekam na żonę”. Powtarzam. Ale wciąż w tym zdaniu za mało żony. Panoszy się tylko ten tu czekający, ten ja. Stoję usilnie, chwytam się za siebie. Ale skoro stoję, już wiem, że upadłem.

Przepraszam. Wybacz. Tfu! Ile w tym „przepraszam” własnego siebie. Jak śmiem mówić w tym swoim imieniu, w tej pierwszej osobie liczby pojedynczej. Cóż za megalomania. Pycha żywota. Nie zasługuję, nie zasługuję na pierwszą osobę, na liczbę pojedynczą!

Prawdę mówiąc, zajmowałem się studnią. Już od jakiegoś czasu jej woda zaczęła wypełniać moje myśli. Aż w końcu zabrała mi też cały dzień.

Wszystko przez to, że polecono ją zdezynfekować. A ponieważ jedynym świadectwem jej podejrzanego składu był wydruk z nazwami bakterii i wskaźnikami, musiałem rzecz przyjąć na wiarę.

Po szczerze niechcianym procederze odkażania należało wydobyć całą zawartość studni, wylać gdziekolwiek i czekać, aż napłynie nowa, niezauważalnie czystsza woda.

Studnia, nie powiem, głęboka. Mam wiadro, kołowrót. Czego dawniej nie zlikwidowałem, to dziś obejmuję w panowanie. Ja − bożek studzienny. Poruszyciel starego mechanizmu.

I opróżniałem ją. Do cna. Chociaż nie do cna, bowiem cel mojej roboty w miarę wydobywania wody zapodział się, zawilgnął i zupełnie zmienił rzeczywisty sens. A gdy łańcuch zerwał się i pierwsze wiadro runęło w czeluść, straciłem zaufanie do mojej drobnej wszechmocy przy kręceniu korbą. Lecz wtedy w sukurs przyszedł mi brat.

Nowy łańcuch i wiaderko. Kręcę i kręcę, tam i z powrotem, słuchając modlitw wałka mówiącego w chrzęszczącym języku łańcucha. Woda chlusta obficie z wiadra do wiadra. I już brat odnosi i zamaszyście wylewa wodę do rowu.

I tak, wrażając w gardziel ziemi wiadro, z pluskiem i skrzypem wydobywając płyn konsystencji płynu, samą wodnistość, na naszych oczach obfitość świata wzięła początek od dwóch braci przy studni.

Ile tam jeszcze tej wody? Damy radę? Które to wiadro?

Jakże to, że woda? Cóż to za moja ręka? Skądże mi to wiadro?

I dalej − chlust, mantra dźwięków. Rozmawiamy, podśpiewujemy. Tu nawijam, tam coś rozważam. Gdzie to dno? A co na dnie? Wiadro dwoi się i troi, nie wiadomo już, ile tych wiader. Sprawdzamy: woda pachnie jakby siarką. Pospolitym piekłem. Na domiar pada deszcz i wieczór już. Wylewamy, zmoknięci, tę ognistą wodę. Na zatracenie. Ale piekła nie ma i nie ma. Pusto. Tylko woda. Tyle wody. Zamulonej i bezdennej. Pełnej naszych wyobrażeń i wprost niedocieczonej. Co za woda! Bracie! Raz, dwa − woda! Ile jeszcze, ile jeszcze?

Świecę lampką. Spuszczam ją na dół. „Hej! Jest tam kto?”

Niby jest. Widać. Lampka huśta się w głębi. Wyraźny zarys czyjejś ręki. Ale w kształcie wiadra. Może to diabeł, może wiadro. Jedno udaje drugie. Łudzi jak Skarbnik w zwężonym szybie naszej opuszczonej kopalni.

Jak tu zaryć w dnie i dna się dochrapać? Jak dokonać czegokolwiek, tkwiąc w samym środku mitu o obfitości, którą wylewamy nieustannie z nieprzebranych zasobów studni?

Czas stanął. Wody przestało ubywać. Zmęczenie i niecierpliwość wyczerpały się. I oto jesteśmy elementem kołowrotu, częścią natury, siłą żywiołu, który w obrocie wszechrzeczy przynosi światu wodę.

Ale nie, mokrzy i odurzeni wilgocią dyszymy nad zamglonym otworem studziennym. Ni to zadowoleni, ni zrezygnowani. Bo właściwie cóż po naszej pracy. Została nieskończona i jakby już nienależąca do nas, lecz do tych dwóch braci, którzy od początku nam towarzyszą. Których chcąc nie chcąc naśladujemy. Gest po geście. Kubek w kubek podobni do nich.

I tak się stało, że bracia przed nocą przerwali swoje syzyfowe zajęcie. A odkąd przestali czerpać wodę, na świecie pojawiły się susze. Lata nieurodzajne zaczęły nawiedzać ziemie, a wiele z nich wyjałowiało zupełnie i wyschły, i powstały pustynie.

Później jeszcze bracia zaglądnęli do studni, gdy falujące lustro cienistej wody stało się nieporuszone. Wiadro wisiało nad głębią świata, skąd biło ich źródło. Przyglądali mu się długo, jednak do swojej pracy więcej już nie wrócili.

Kupiłem lampę naftową, na targu staroci. Akurat na Adwent. Wcześniejsza rozbiła się. Sprzedający był osobą niepozorną. Tak iż pamiętam go tylko ze względu na tę lampę. No i na targ.

A targ to nie byle co. Trzymam się targu jak ostatniego przyczółka człowieka. Tam, gdzie niby nic nas nie łączy, lecz jesteśmy razem. Gdzie miejsca mało, ale nie zabraknie dla nikogo. I zostaje jeszcze potem wiele koszy ułomków. Targ jest nie dla towarów. Targ jest wspólnotą.

Niosę lampę. Pomyślałby kto, że lampa w stylu retro, ale jej szklisty kształt i jej przeznaczenie jak ulał pasują do chwiejnej teraźniejszości. Jeszcze brak tylko nafty i knota. I ognia. Wszystko rodem z czasu przeszłego, którego wprawdzie nie widziałem, ale wierzę w jego istnienie.

Tak, wierzę w czas przeszły. Choć może za słabo. Z zawiniętą w folie lampą naftową opuszczam targ, myśląc, co mogły znaczyć fragmenty zasłyszanych tam rozmów.

Jak wysłużona wiara mojego dzieciństwa przychodzi do mnie ten stary przedmiot. Jeśli na nowo będzie potrzebny, okaże się niezbitym świadectwem skończonych lata temu rorat, jedyną pozostałością po definitywnie rozebranych z ozdób świętach.

Zapalę tę lampę w któryś pozbawiony prądu wieczór. Jutro czy za miesiąc. Nigdy nie wiadomo. Zawsze przychodzi na człowieka znienacka. Jak ten złodziej. Więc przeszywa mnie dreszcz zadowolenia. Nie mogę się doczekać: złapię go na gorącym uczynku.

Idę z moim lampionem przez miasto, przez centrum handlowe, przez galerie. Rozjaśniając sobie drogę myślą o nim. W huku włączonych radiostacji, między witrynami wyszykowanych twarzy. Poprzez kurz i suszę późnojesiennych klimatyzacji.

Na targu to co innego. Targ to wspólnota. Jak Kościół. To dzięki niej mam lampę naftową. Akurat na Adwent. Będzie mi narzędziem oczekiwania.

Ostrożnie podnoszę ją, zaglądając w oblicza przechodniów. Pocieram, jakbym chciał wywołać z niej Boga. Bo wierzę w Boga mocno. Choć może za słabo.

Nigdy Go nie widziałem. Dlatego modlę się, żebym Go rozpoznał, kiedy znów się pojawi. Gdy wreszcie przyjdzie. Uroczyście i niepostrzeżenie. Choć spóźniony już mocno. W świetle wszystkich lamp wypalonych doszczętnie na Jego cześć.

Rzadko byłem muzykiem. Czasami tylko, w pewnych momentach. A właściwie to nigdy nie byłem. Żadnym spośród żyjących ani dawnych. Ani na chwilę.

Muzyka prowadziła mnie niechybnie do słów i ani razu nie znalazłem drogi powrotnej. Gubiłem się zawsze wpół drogi między abstraktem a konkretem, bez sedna sprawy, jasnych granic ani nieograniczoności. Kształt stawał się nie do opisania, a mowa bezcelowa. Muzyka pozostawała muzyką.

Nic z tego nie wynika. A chodzi mi o to, że chciałem zostać autorem, twórcą muzyki. Nie szukając daleko: mogłem przecież napisać Canto Ostinato Simeona Ten Holta. Tak, mógłbym stworzyć ten utwór. Byłby mój i nie mój. Tak jak jest i nie jest Simeona Ten Holta. Miałem go na końcu języka. Holt wyjął mi go z ust.

Ale z ust mógł mi wyjąć tylko słowa, a nie muzykę. Zawsze kończyłem na słowach, a nie na dźwięku. Holt miał rację. Kończył na dźwięku. Właściwie chciałbym napisać jego Canto Ostinato. Mógłbym, gdybym mógł. Trafił nim w sedno, w sam środek sam nie wiem czego. Wyraził mnie zawczasu, zanim się urodziłem. To mój utwór. I nie mój. A mogłem go napisać. Prawie to zrobiłem i zupełnie było to niemożliwe.

Jestem nim oczarowany i zachwycony. Jak rzadko kiedy warto być zachwyconym. O, ludzie. Dla kogo on to napisał? Tak po prostu? Dla muzyki samej? Dla ukochanej? Ale po co pisać dla człowieka? Pisze się to, co usłyszane i jeszcze nieusłyszane. Chciałbym napisać Canto Ostinato. Jego uporczywą melodię nieskończoną. Usłyszałem je. Ale już poza sobą. Nie mój to utwór. Poza tym pisałbym słowa, a nie muzykę. Szkoda. Nie jestem muzykiem.

Simeon Ten Holt napisał go za mnie. Poświęcił się. Dziękuję mu za to. Nie muszę już nie wiedzieć, że Canto Ostinato jest nienapisane. Że ta żywa kombinacja dźwięków utknęła w bezdźwięku, w czystym absurdzie. Że kompozycja uniknęła bytu i nie została zagrana. Słyszę ją, jak ciągle się nie skończyła. Wyrosła poza życie Holta. Poza koncert i nagrania. Kontynuuje się, płynie. Niezagrana do ostatka.

Piękny utwór. Jednostajnie niejednostajny. Wibrujący i buzujący. Prosty nie do podrobienia. Niebywały. Byłbym jedynym, który go skomponował, ale zrobił to Simeon Ten Holt. W swoim własnym, minimalistycznym stylu. Kilkadziesiąt lat przed tym, zanim go usłyszałem. Oddał coś, czego ja nie potrafiłem oddać. Mogę uczestniczyć w Canto Ostinato. Stworzył je za mnie. Dla człowieka. Poświęcił się. I to zupełnie dobrowolnie.

http://www.youtube.com/watch?v=VKS5KG6mX7U

Dziwne były msze poza obrębem kościoła. Tam, w środku, strzeliste gotyckie okna i grube filary podtrzymujące sklepienia naw mieliśmy tak oswojone, że zdawały się naszą izdebką. Raz pełną ludzi, innym razem echa, które wywoływał byle szmer, ale nieodmiennie małą i bliską. Cała uwaga podczas mszy, nawet jeśli rozproszona omyłką czy cichym wygłupem, zawsze miała przed sobą ołtarz. Dzięki temu nikt nie był zagubiony. Ani asysta z pierwszych szeregów liturgicznej służby, ani ci niewyspani czy rozmarzeni. A na wolnym powietrzu? Wiatr wiał, kędy chciał, i tak też było ze skupieniem. Niby odprawiała się normalna msza, ale jakby trochę inna. Rzecz właściwie oczywista, gołym okiem da się zobaczyć: przecież nie ma kościoła poza kościołem. Ale nikt wokół zdawał się tego nie dostrzegać.

Szczęśliwie wśród tego typu inicjatyw do stałych należała jedynie msza w uroczystość Wszystkich Świętych. Tak, nasza cmentarna msza pierwszolistopadowa, z widokiem na płomyki zniczy, potężne drzewa i liście w alejkach. Księża ubrani byli w ornaty, składali ręce, lecz świątyni tam nie widzieliśmy.

Mszę odprawiano pod gołym niebem. Kaplicy nawet nie brano pod uwagę, gdyż w żaden sposób nie pomieściłaby się w niej taka rzesza żyjących. Dlatego prowizoryczny ołtarz ustawiano nieopodal niej, na wzniesieniu. Z perspektywy wiernych widać było chyba tylko obrus, może jeszcze obecnych na mszy księży, siedzących z boku w dwu rzędach ławek. A pod ołtarzem, na kolejnych stopniach schodów, stała liturgiczna służba ołtarza.

Marna była ta nasza służba. Właściwie nikt nic od nas nie chciał, gdyż wszelkie funkcje sprawowało kilku postawionych wyżej wybrańców. Rekrutujących się nawet nie wiadomo z jakiej śmietanki. My zaś mieliśmy stać i mieć złożone ręce. Od początku do końca. Prosto i godnie.

Owszem, bycie żywą rzeźbą na potrzeby mszy, surogatem aniołów otaczających w kościele ołtarz, do pewnego momentu przynosiło satysfakcję, ale z biegiem minut stawało się trudne do wytrzymania.

Już wcześniej sama procesja przysparzała dosyć trudu. Wielka i powolna. Około dwóch kilometrów nabożnych pieśni, śpiewanych przez setki osób, od kościoła po cmentarz, gdzie zaczynał panować tłok i zgiełk. Po drodze niejednokrotnie schodziła się z nami procesja z sąsiedniej parafii. Mieszały się nagle głosy, zmagały dwie kontrpieśni, by zaraz w sposób nadprzyrodzony zlać w jednym wspólnym śpiewie. Rywalizacja ginęła w tłumie. Zdążaliśmy w jednym kierunku.

Niejedna dusza ministrancka pragnąca nade wszystko liturgicznej prostoty mocno stroniła od uczestnictwa w tym świętowaniu. Niezawodną obecność zapewniał więc administracyjnie opiekun asysty. Kilka krótkich komend i już młodzi rycerze maszerowali gęsiego, po zwycięskiej walce z ociężałością i zniechęceniem. Oglądając to radiowozy asystujące procesji, to znowu ruch swoich obutych stóp.

Pobożność pobożnością, ale nawet gdy jesienna pogoda okazała się łaskawa, po długiej wędrówce, a potem po godzinie stania na cmentarzu, kiedy słońce już bliskie było zachodu, chłód zaczynał przenikać każde ubranie. Na nic zdawało się zimowe obuwie, rękawiczki i kurtki, przez które wyglądaliśmy w komżach dosyć balonowato. Ani dyskretne przytupywanie, ani modlitewny żar nie mogły nic wskórać. Zimno zawsze nas pokonało.

Pewnie dlatego wspomnienia tych kilku procesji dla uczczenia Wszystkich Świętych pozostały dla mnie blade i jakby funeralne.

Z jednym wyjątkiem! Dosyć niespodziewanym, ponieważ jest nim fragment kazania.

Kto by słuchał kazań? A potem umiał powtórzyć ich treść? Ot, antrakt w działaniu liturgicznym. Kazanie, choćby nie wiem jak ciekawe, było tylko kazaniem. Sferą większej lub mniejszej nudy, którą należało jakoś zagospodarować. Przeczekać w głębokim rozkojarzeniu lub przy gadce półgębkiem z kolegą.

Na mszy wśród cmentarza było jednak inaczej. Rozproszona przestrzeń, pozostające w ciągłym ruchu tłumy i melancholijna bezczynność własna. Czasem tylko wynagradzana po mszy pochwałą nieznajomego księdza-staruszka, iż tak dzielnie i cierpliwie staliśmy… Nie pozostawało nic innego, tylko słuchać. By zapomnieć o bólu nóg i skostniałych dłoniach. I żeby doczekać jakoś końcowej pieśni, śpiewanej ze szczękiem zębów.

Kazanie, które pamiętam, głosiło dwóch proboszczów. Niezgorsi to byli retorzy, potrafiący chwycić za serce, pokrzepić słowami pełnymi goryczy i trwogi. Po ich przychodzących znienacka wykrzyknieniach dudniła tylko cisza.

Właściwie nie sposób byłoby odtworzyć toku tej dygresyjnej homilii na dwa głosy. Pamiętam, że pierwszy ksiądz mówił pewnie z kwadrans, drugi zaś, stając za mikrofonem, na wstępie podkreślił, iż trzy czwarte kazania już za nami i on tylko trochę doda jeszcze od siebie. I prawił ze dwa razy dłużej. Nie o rozliczanie jednak idzie.

Tematem, inspiracją do dalszych refleksji i bezpośrednim oparciem narracji był dla drugiego mówcy sam cmentarz. A akurat tak się składało, że naprzeciw stołu ołtarzowego, na początku centralnej alei cmentarza, znajdowały się powojenne groby lokalnych osobistości. Pierwszy z brzegu pomnik postawiony został żołnierzowi-lotnikowi, co dało się poznać po umocowanej na nagrobku symbolicznej części maszyny, którą latał.

I tu słowa proboszcza:

‒ Spójrzcie na te groby!… Są bez krzyża!

Pewnie! ‒ ciągnął, grzmiąc z głośników po całym cmentarzu. ‒ Przecież im niepotrzebny krzyż! Na co im wiara w Jezusa?! W zmartwychwstanie?! To co oni myślą?! Że zbawi ich… ŚMIGŁO?!

Po efektownej pauzie, gdy echo ostatniego krzyku ucichło już między marmurami grobów, raptownie zatryumfował przenikliwy półszept:

‒ Ale spójrzcie ‒ moi drodzy ‒ jak tych grobów jest mało…

Nie jestem w stanie powiedzieć, na czym to kazanie się skończyło. Nieważne, gdyż na puentę czas przyszedł pod koniec mszy. Jakoś po „Baranku Boży” głośniki, przedrzeźniając głos księdza, odezwały się już w spokojnym, a nawet konfidecjonalnym tonie:

‒ Niestety, moi drodzy, dziś Komunia nie będzie rozdawana. Warunki są wyjątkowo trudne, robi się już późno, na pewno też wszyscy jesteśmy zmęczeni, tyle czasu musieliśmy przecież stać. Poza tym sami widzicie, ile nas tutaj jest. My tu z księżmi nie dalibyśmy rady, dlatego przyjmijcie to ze zrozumieniem…

I Komunii nie było.

Młodym byłem ministrantem, więc nie zgorszyłem się, a jedynie zdziwiłem. Nie zbuntowałem też, tylko okropnie zmarzłem. A ponieważ nigdy więcej podobna sytuacja się nie powtórzyła, w głębi duszy uznałem ją za przebrzmiałą pieśń doczesności i dlatego płynie z niej dla mnie swoiste pocieszenie: nawet tam, w epicentrum obecności Boga na świecie, w liturgii, mogło zabraknąć Boga i pomimo to Bóg był w niej nadal.

W wyobraźni przesiąkniętej retoryką kazaniową znajduję i taką myśl: miarą tego, jak nędznie wyglądają sprawy liturgii tutaj, na ziemi, jest jej doskonałość w Niebieskim Jeruzalem.

Wprawdzie tam być może nie będzie już chodzenia do ampułek, procesji ani nawet tego kościoła parafialnego, do którego tyle razy trzeba było spieszyć na służenie, ale dzięki temu nie będzie też mszy odprawianych poza nim. Na przykład na cmentarzu.

Liście pokrzywy są zdrowe, jadalne. W różnych postaciach. Bo przemija postać tego świata. Pokrzywy są dobre. W usta raczej nie kłują, oparzą tylko rękę, ale ból jest zdrowy i przemija.

Zaczyna się wiosna. Kwitną przebiśniegi. Na przekór wielkim mocarstwom są piękne, choć niejadalne. Rosną wbrew zbrojnym wydarzeniom i dyktatorom przekwitają w twarz.

Trudno uwierzyć, że nawet za granicami krajów słońce wytycza dzień, rosną tam nasze brzozy, kaliny. Deszcz zrasza konflikty i walki, a wieczór nastaje bez cienia współczucia dla kogokolwiek.

Trzeba się uzbroić w życie, szykować się do wojny. Wojna wie swoje, nie da się przegadać. Przywitamy ją ostatnim chlebem i szczyptą soli, ugościmy. Ani to moja wojna, ani twoja. Nie nasza. Przyjdzie tu niczyja wojna, taka wielkomocarstwowa, niemądra i opryskliwa. Ugościmy ją i pożegnamy. To nie nasza, to obca wojna. Odprowadzimy ją do drzwi, do drogi, do najbliższych drzew.

Szczaw jest dobry i zdrowy. Rośnie wiosną. Nawet w czasach pokoju. Szkodzi tylko niezdrowym nerkom. A wojna szkodzi wszystkim. Chociaż zło dla złych jest lekko strawne. Szczaw jest zdrowy dla zdrowych. Można go jeść, ale nie zrobisz zapasów. Trzeba tylko zachować w pamięci: w tym miejscu rośnie dużo szczawiu. Prędzej czy później się przypomni.

Kiedy to się skończy? No, to, co może nadejść. Przemija przecież każda postać świata, przemija. Przyjdą tu czy nie przyjdą? No, ci, co wierzą w podania o nas. W to, że istniejemy i że jesteśmy coś winni tym, co tu mogą przyjść.

Co jeszcze zostało? Mleka nie ma, jajek nie ma. Można będzie oddać życie. Zanim ziemia spod nóg pójdzie na wygnanie. Owocami nie wykarmisz rodziny. Trzeba coś wymyślić. Ukryć i rozdzielać po trochu, racjami. Starczy czy nie starczy do któregoś dnia? Bo któregoś dnia będzie po wszystkim.

Nie martwmy się na zapas. Po zeszłym lecie, po jesieni nie zostało nic przecież. Zeschłe trawy, zgniłe liście. Teraz trzeba się przywitać z wiosną, ugościć ją nasionami i pierwszą sadzonką. W ogródku będą rosnąć kwiaty i warzywa, według swoich rodzajów, a naokoło niezmordowana trawa, gorzkie mlecze. Wszędzie będzie się plenić perz i podagrycznik ‒ uparte zielsko. Do tej pory tylko go zwalczałem. Ale niech rośnie znowu. I liście, i korzenie ma ponoć jadalne. 

Wielki Post. Pora się rozliczyć. Wyrównać rachunki, zdać sprawę, co i komu jestem winien, ja, niesumienny dłużnik.

Zaczynając od rzeczy najbardziej palących: wypełnienie PIT-u. Urząd Skarbowy troszczy się o mnie jak dobry ojciec − za dobre wynagradza, a za złe karze. Następnie faktura z elektryki − przyszło odpokutować zimowy sezon. Poza tym tradycyjny podatek za − grząską o tej porze − ziemię i eteryczny internet (to pół biedy).

Zawsze staram się oddawać cesarzowi co cesarskie, jednak czasem cesarz wyraża swoje niezadowolenie w postaci listu-upomnienia.

Ubezpieczenie − zdrowotne (profilaktyka żywota) i emerytalne (dalekosiężna naiwność). Od nieszczęśliwych wypadków nie płacę. I jak na razie nie narzekam.

Muszę jeszcze wysłać podanie w pewnej niecierpiącej zwłoki sprawie i podpisać Bogu ducha winną umowę.

No i do banku − żądają własnoręcznego podpisu.

Jako zagubiony uczestnik tych wszystkich rytuałów, staram się wszelkie kryzysy i frustracje przeżywać z wiarą. Tłumaczę sobie, że rynek to wykwit upadłej natury ludzkiej, żałosna realizacja powołania, by czynić sobie ziemię poddaną.

W głębi serca nie bez ulgi (choć obecnie pociecha to niewielka) myślę, że Pan Zastępów okaże się Wielkim Komornikiem Dziejów, który za niespłacony dług miłości odbierze człowiekowi jego rzeczywistość.

Konsumpcja i Wszelki Podatek zrównają się w jednym tańcu. A po nim nieodwołalnie umilknie wyczerpany do cna karnawał i pęknie zamknięty obieg systemów.

I wtedy wreszcie nastanie bezprogramowa, niezawisła i niepotwierdzona na piśmie − wieczność.

Dziękuję, nie narzekam. Do lekarza idę, bo idę. Wobec mnie to sprawa zewnętrzna. Zostawiam tam część swoich dolegliwości i tyle. Żeby nie czekać w kolejce, biorę książkę. Zawsze gdy nastawiam się, że wreszcie w poczekalni sobie poczytam, niezawodnie nie ma kolejki.

Nie, nie. Nie jestem przesądny. To może taki przesąd na własny użytek, ale przez małe pe, nic wiążącego. Kiedyś byłem przesądny. Teraz − absolutnie. Przez próg się nie przywitam, jednak to kwestia obyczaju. Zrobiło się zimno. Zła pogoda. No nieważne. Już nic nie mówię.

Kiedyś byłem przesądny. Podejrzewałem rzeczywistość o różne rzeczy. Myślałem, że może mieć w sobie coś nieokreślonego i sprawić sam nie wiem co. I nie wypowiadałem na głos wielu rzeczy, wiedząc, że ogołocone z tajemnicy, obrócą się przeciw mnie. Byłem przesądny. Na pewno. Tak jak i tamte czasy.

Mieszkałem w domu, w którym był telewizor. Niby nic, a jednak − zabobon. Całkiem materialny, choć niecałkiem. Przychodziłem do domu i oglądałem, przekonany, że nie musi mnie to dotyczyć. Że wszystko da się puścić mimo uszu. Ale nie da się. Za żadne skarby nie wziąłbym dziś telewizora pod swój dach.

Chociaż pewnie bym wziął. Wszystko jest dla ludzi. Nawet telewizor. Widziałem kiedyś taki program, w którym gotowano. I to jak! Do dziś chodzą za mną te żeberka. Piekli je z miodem.

Bo lubię mięso. Zwłaszcza ekologiczne. Zdrowsze jest i jakby radośniejsze. Ma smak. Smak − też zabobon. Co za aura. Brak słów. Jak to się skończy.

Nowy rok. Nasłuchałem się w autobusie. Grało radio. O lekarstwach i receptach. Co mają podwyżki cen do tego, że ciągle o nich tam gadają? Nie, nie. Nie powinno się wiązać byle faktów, wyciągać wniosków, tworzyć prognoz. To istne gusła.

Pani w sklepie zaklinała się, że mięso jest świeże. Nie wziąłem. Nie wierzę ludziom, tak samo jak nie wierzę zaklęciom. Kupiłem co innego. Królowie z banknotów patrzyli na mnie z ukosa. Złe mają oczy.

Dziś nie jestem już przesądny. Czuwam nad tym. Oddycham metodycznie, nawet przez sen. Poruszam się w myśl Boskiego tchnienia. I wreszcie nie umiem też nic wytłumaczyć. Tłumaczy się samo. Wszystko bez względu na czynniki i przyczyny. Zgodnie z łamanym rytmem okoliczności.

A jeśli się mylę, rozkosz pomyśleć, że może być inaczej. Wieje mocno. Co to będzie. Nie chcę nic mówić.

Mam poglądy polityczne. Nie kryję się. Nie chowam ani się nie wstydzę. Może trochę, ale to dlatego, że wiem, skąd się wzięły. Z jakiej ciasnoty życia, peryferii. Z jakiego ubogiego przypadku. Mam wyrobione zdanie. Na niektóre tematy. Nie wszystko jest tematem. Są rzeczy nietematyczne, bez głównego motywu. Słabo uchwytne. Sam jestem nietematyczny. Ale mam poglądy.

Tak po prawdzie to niewiele mam tych poglądów. Jakbym je zebrał wszystkie razem, sam nie wiem. Niedużo tego. Wokół mnożą się przenikliwe analizy. Każdy wie, co to słuszność. Wszyscy patrzą sobie nawzajem na ręce. Zaglądają w dłonie, wyrywają. Są uważni i znani. Władza jest straszna i potrzebna. Jak gospodarka kraju. Dobry jest tylko Bóg. Co ma ekonomia do Boga?

To nie moje pytanie. Nie jestem kryształowym demokratą ani liberałem. Bo liberałowie nie znają wolności poza liberalizmem.

Zaszły spore zmiany. Sytuacja się zmieniła. Ja aż tak się nie zmieniłem. Ze zdjęć i głosu znam wiele osób publicznych. Rządy rządzą się swoimi prawami. Nie czytałem ustaw, konstytucji nie studiowałem. Nazwiska migoczą mi przed oczami, twarze. Wiem, że są naprawdę, chociaż nie mam z nimi do czynienia.

Przyznaję, dosyć się wyłączyłem. Nie nadrobiłem braków. Nie zdałem sobie sprawy ze wszystkiego. Właściwie życie mnie wygryzło. Nie przyglądałem się temu, co jakby się dzieje. W stolicy i okolicach. W gminie też. Tylko we mnie się to nie dzieje. Jestem za ciasny, więc nie mieszczę zbyt dużo spraw. Nie rezonuję dobrze.

Jutro rano muszę chleb kupić. Dziś jest dużo sklepów. Piecze się za dużo pieczywa. Może w nadziei, że w końcu sprzeda się wszystko. Może z bezmyślnego nawyku do dobrobytu. Czemu nie umiem się do tego przyzwyczaić? Zawsze może być naprawdę biednie. To jeden z moich poglądów: może być biednie. Niepopularny pogląd. Ktoś powie: niepolityczny. A jeśli polityczny? No, to czysta recesja, inercja, stupor, bierność. Co to za bodziec gospodarczy, że może być biednie? Nic z tego. Bieda to grunt pod nogami. Dobrze udeptany. Wyrobione zdanie.

Trochę jednak mi wstyd. Nie za swoje opinie ani ich ubóstwo. Za fragmentaryczność i niezborność też nie. Za siebie. Nie znoszę tego posiadania własnych poglądów. Właścicielstwa. Takie to dumne i pyszałkowate. Mam więc poglądy, ale trochę nie w swoim imieniu. Nie jestem ich autorem. Ja tylko chcę wziąć za nie odpowiedzialność, a one mówią same za siebie.

Nie uchylam się. Stanowisko mam klarowne, chociaż ciągle niedopowiedziane. Niedokończone. Przecież jeszcze ciągle nie unikam zdań, na które mnie nie stać, i żyję ponad stan.

Mój ostatni garnitur to był strój maturalny. Sytuację mam więc nieopiniotwórczą. To wszystko, jeśli idzie o konkrety. Poza tym w myśleniu poszedłem na lewo. Potem trzy razy w prawo i prosto. Tutaj jest moje miejsce. Na mapie politycznej.

Naprawdę nie chcę lać wody. Mało jej u mnie, a miejskiego wodociągu mi jeszcze nie podłączono. Jestem zdany na łaskę pogody. Prawa naturalnego, które jest wzorem sprawiedliwości. I chociaż trudno je przewidzieć, nie wie, co to niekonsekwencja.

Zaraz, gdzieś zapodziałem swój bieżący komentarz do faktów na gorąco. Błyskotliwą ripostę na rzeczywistość. Nie wiem, co powiedzieć. Generalnie zgadzam się z tym, co powiedziałem, ale nie wiem, czy mogę się ze sobą zgodzić. To nie moje poglądy. Nie reprezentuję ich. To one mnie reprezentują. Z dobrej woli, bo uwłaszczyłem je. Taki ze mnie ekonom i dziedzic. Bez znajomości ekonomii ani żadnego dziedzictwa. Zgromadziłem niewielką ilość poglądów politycznych i dałem im wolną rękę.

Nic nie powiedziałem? Powiedziałem aż nadto. Wprost i do rzeczy. Jestem kompetentnym mieszkańcem kraju. Nieco strutym poczuciem winy dziejowej. Nie posiadam tylko pełni władz słuszności, ale i tak często się upieram. Mogę się konfrontować, spierać. Ale brak mi zmysłu do interesów. No, zejdźmy z tego. Na rynku idei jest dziś duży ruch, zostanę w domu. Potem muszę kupić chleb. W nieodległym sklepie. Krojony na moją miarę.

To nie na temat. Cały czas zmierzam do tego, że chciałem się wytłumaczyć, iż nie zabieram nikomu głosu w debatach i się nie wychylam. Że śledzę fakty i bez przerwy gubię ich trop. Ale nie jest mi wszystko jedno. Przeciwnie, wszystko mi wiele. Mimo że brzmi to głupawo i niedorzecznie.

Staram się być nieobiektywny i ciągle robię postępy. Patrzę z perspektywy przedmiotu. Przedmiotem dyskusji są poglądy polityczne. Swój wybór, argumenty, stanowisko czuję na własnej skórze. Leży mi na wątrobie rozwój sytuacji, zalega w gardle, na końcu języka mam zdanie na różne tematy.

To nic, że nie przyswoiłem jeszcze świata z najnowszych wiadomości. Że przedawniłem się wobec kolejnych doniesień i faktów. Cały drżę na myśl o czasie z ostatniej chwili. 

Zmarła pani Maria. Zaraz na początku stycznia. Domyślałem się jej śmierci. Wtedy gdy jeszcze żyła. A teraz umarła. Trzymała się niby ledwo, ledwo, ale mocniej niż czasy, których doczekała, jestem pewien, że mocniej.

Maria jej było. Nawet nie pamiętałem. Przez nazwisko, które przylgnęło do niej bez reszty. Wiele lat je nosiła po mężu. Midzina. Stareńka wdowa. Innej jej nie znałem. To chyba niesprawiedliwe. Chociaż może i lepiej. Różnie gadają. Nie mnie sądzić.

Brzmieniem nazwiska rysuję twarz. Tak, to Midzina. „Dzień dobry! Pochwalony!…” Nie widziałem jej klepsydry. Słyszałem tylko. Że umarła. Prawdziwy cud.

Chociaż głupio, nago, jakoś tak duszno wobec śmierci. Okno. Głęboki oddech. Oknem walczę ze śmiercią. Czym popadnie walczę. Odruchowo. To cudowne, pani Mario. Śmierć jest cudem cudów.

Kiedy z nią rozmawiałem ostatnio? Minęło trochę. Mijałem jej dom wielokroć. Pamiętam, śmieszny byłem we własnych oczach, w pogoni za wiatrem. Jej drobna postać pokazywała się raz po raz przy domu. Znikała w drzwiach, na dowód, że jest. Wieczorem widywałem z drogi światło w pustej izbie.

Mówiła mi różne ostatnie rzeczy, chociaż zawsze mimochodem, bo inaczej nie umiałem jej spotkać. W tej chwili nie żyje. Namacalnie. Pełnokrwiście. Słyszałem tylko, ale wiem. Zabrali ją do szpitala i umarła. Prawdziwa śmierć. Cuda ciągle się zdarzają.

Drewniany dom, kruszejąca z wolna zielona farba, drobne podwórko. Szopa pełna potrzebnych rzeczy, buda po psie, studnia. Widzę to jak dziś. Pójdę jutro zobaczyć. Potem wszystko się zmieni nie do poznania. I trafię tam już tylko przez sen.

Będzie jeszcze pogrzeb. Pomodlę się za Midzinę. Garść ludzi, msza i Pan Bóg. Nie umiem mieć czystego sumienia. Przyjdę, wrócę. Dziękuję pani. Pogrzeb to jak uśmiech losu. Astma przeszła i serce. Chociaż wstyd za te bezradne rozmowy, za ich z gruntu nieuczciwą przygodność. I za mimowolną zgodę na pani czarujące niedołęstwo.

„Gdybym miała opisać całe to moje zycie, to by wysła jako strasno ksiązka” − dodała raz pogodnie. Staliśmy zaraz koło drogi. W marcu, kilka lat temu. Powtarza mi to od tamtej pory. Opowiada coraz krótsze historie, coraz krótsze. Sporo zgubiłem, ale je słyszę. Powtarza mi się pani Maria. W kilku zdaniach noszę całą jej osobę. W kilku obrazkach z pamięci. We fragmentach. Przygarbiona postawa, głos. A tu mieszka Midzina. Staruszka, taka jedna. Także tak, idę już. Dzieci. Robota czeka. Żona. Do widzenia, do widzenia pani.

Długie życie to nie wiem, łaska, nie łaska. Życie przylgnęło mocno do miejsca. Ponad dziewięćdziesiąt lat. Jak nie przyzwyczaić do siebie wszystkiego.

Przepraszam za śmierć. Nie mam wpływu. Zostaje tylko pamięć do twarzy. Podtrzymuję ją. Choćby przez sen. Cuda się zdarzają. Na własne oczy widziałem. Bezradni jesteśmy wobec cudów. Tak jak wobec śmierci. Śmierć jest cudem cudów.

Mięso to pożywienie. W miarę codzienne. Często gości na naszych stołach. Ba, rozgościło się na nich i ma się z pańska. Kijem nie odgonisz. Bo przecież to tylko mięso. Nieruchome jedzenie.

Co to jest mięso? Trudno powiedzieć. Coraz trudniej. Jego pochodzenie sięga daleko w przeszłość, jak się zdaje. Mięso wynaleziono już bardzo dawno. Wychowała się na nim ludzkość. Nawet jeśli go nie jadła.

Wiemy, dobrze wiemy, jak przyrządzić mięso. Po chińsku i staropolsku. Żeby było wonne i smakowite. Podane. Rumiane mięso, które zstąpiło pod strzechy. Na gorącym półmisku. Tanie jak barszcz. Staropolskie mięso. Tyle że bez podagry. Nasza kuchnia, ubrania pachną mięsem. Sami też nim pachniemy.

To nieapetyczne. „Pachniemy mięsem”. Całkowicie niekuchenne. Wręcz odrażające i karygodne. To zupełnie tak, jakby zapytać: „Skąd wzięło się mięso?” Co za ordynarne i niehigieniczne pytanie. Do tego brak taktu. „Unde carnum?” A fu!

Przecież pożywienie to energia zapakowana w smak, czysta pozytywna siła. Więc skąd ta natrętna cielesność w mięsie? I konieczność śmierci przy jego produkcji? Czemu nie da się jej zmyć, odkroić raz na zawsze?

Wątróbka to taka drobna wątroba. Organ. Można się domyślić. W sklepie miska z podrobami. Na przykład serca drobiowe. Obok schab z kością lub bez. Różnica leży w cenie. Schab z kością to drugie danie plus zupa. Dawno nie widziałem ozorków. Może już nie sprzedają. To dziwne mięso. Co to są ozorki? No, to takie małe ozory.

Czemu się tak przyczepiłem tego mięsa? Przecież idę, kupuję i jest. Nie muszę go oskubać ani oskórować. Wypatroszyć, wymyć i poporcjować, dokładnie obrzynając zbędne resztki. Mięso rośnie na półkach, w hurtowniach i chłodziarkach.

O, w tamtym sklepie na przykład, co ma nazwę od pewnego chrząszcza (chodzi oczywiście o bożą krówkę.) Można tam kupić nie tylko pieczywo. „Biedroneczko, biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”. Chleba, to jest mięsa. Bo mięso to nasz chleb powszedni.

W tym sklepie można je ciągle kupować. „Kraina mięsa” ‒ napisano tam na lodówkach i zamrażarkach. Czytałem to wiele razy: „Kraina mięsa”. Raj odzyskany, gdzie gołąbki same wpadają do ust, a kurczaki do koszyka. Błyszczące steki rosną na drzewach. Tutaj wprawdzie nie ma drzew, ale za to są dobrze zapakowane udka i filety. Kraina, w której rośnie mięso. Schludne i pożywne. I zaprasza do wzięcia. Pcha się do ust, nasyca, zapycha żołądek. Aż po brzegi, po przełyk.

Kraina mięsa jest jak oaza, nadzieja na lepsze dzisiaj. To arka, w której ukryjemy się przed potopem, unosząc ze sobą mięso, by zaszczepić je na świeżo odkażonej ziemi. To doskonale zaopatrzony schron, gdzie w ciszy będzie można spożywać wyborne konserwy!

Kraina mięsa. Jak refleksy południowego słońca wpadające do jadalni, w której akurat podaje się do stołu. Orzeźwiający wiatr od wschodu, wiejący tylko po to, by podsycić apetyt. I wreszcie mięso, otaczające nas zewsząd pośród tej krainy.

Drogi kliencie. Człowieku. Entuzjasto białka zwierzęcego. Mięso to nasza wolność. Produkt naszej dobrej woli. Mamy prawo jeść mięso. Dużo mięsa.

Bo gdybyśmy go nie jedli, stalibyśmy się okrutni i drapieżni. I zdziczelibyśmy znowu jak ludzie. Jak zwierzęta.

Czy już rozumiesz? Mięso jest tylko jedzeniem. To cała jego tajemnica.

Na mszę wpadam podczas pieśni wejścia, na styk, i ledwie przepycham się przez kruchtę na tyły kościoła. Ścisk panuje okrutny. Do tego zaraz po rozpoczęciu mszy okazuje się, że stoję obok czynnego konfesjonału. Wprawdzie nic stamtąd nie słychać (choć ściszone pomruki księdza często zbyt natarczywie przybierają postać słów), jednak gdy kolejne osoby odchodzą od kratek, muszę każdorazowo rozstrzygać problem, jak utorować czystym sumieniom drogę powrotną i nie stać się zawadą następnym penitentom. Problem ma podwójne dno, no bo jak przepuścić kogoś w tłumie, by z jednej strony nie być wziętym przez innych stojących za obcesowego przepychacza, z drugiej zaś nie urazić przechodzących lekceważeniem, i zrobić to w dyskretny, taktowny sposób, wedle powagi chwili.

Po którejś z kolei wędrówce ludów szeregi wiernych się zwierają i oto stoję tuż za młodą dziewczyną (czyż trzeba dodawać, że o wdzięcznej powierzchowności?). Nie tylko że nie mogę założyć ręki na rękę lub uczynić jakiegokolwiek gestu dystansującego mnie od nieznajomej. Po prostu nosem tkwię w jej − pozornie niedbale upiętych − włosach.

Jeżeli za skupienie uznać stan bezwzględnego rozmodlenia − pozwalającego na uzmysłowienie sobie zaszczytu uczestniczenia w Ofierze oraz na wejście w przestrzeń żywej symboliki świątyni jako przedmurza niebios; jeżeli za skupienie uznać intensyfikację swojej obecności, przepojenie duchem liturgii i otwarcie na doniosłość Eucharystii oraz uważne słuchanie kolejnych sekwencji mszy i odpowiadanie celebransowi z wiarą poszukującą zrozumienia przy jednoczesnym zanoszeniu przed Boży majestat wszystkich spraw i osób, które chce się powierzyć Jego łasce; jeżeli wreszcie skupieniem nazwać akt woli, który wobec wszechogarniającej pokusy zwrócenia się ku rzeczom gruntownie zeświecczonym pozwala na ciągłe zatykanie ust swoim skołatanym troskami myślom i chwytanie się − z godnością bądź co bądź − ołtarza jako ostatniej deski ratunku; jeśli więc w ten sposób rozumieć skupienie, muszę przyznać, że podczas tej mszy ulegam rozproszeniu. Moja modlitwa wznosi się (i opada) jak woń perfum, dezodorantów i pianek do włosów, niby zapach płaszczów i kurtek przywodzących na myśl wnętrza starych szaf.

Spozierając na złoto głównego ołtarza przez pryzmat panieńskiej fryzury, cokolwiek skrępowany sytuacją, kręcę głową to w prawo, to w lewo, pośpiewując skromnie, poniżej średniej parafialnej (czyli wg norm wypracowanych przez niezmienną grupę wiernych-tylnokościelnych), bo jak tu krzyczeć komuś do ucha. Zaś przewidziane w Mszale gesty wykonuję ostrożnie, połowicznie, zachowawczo.

Kazanie przemija bez echa, zaś po przegryzieniu słów Credo, które mój aparat mowy artykułuje z mechanicznym zrozumieniem tematu, mając opanowaną do perfekcji kolejność ruchów układających się w głoski i sylaby, mimowolnie moje uczestnictwo w liturgii zamienia się w czyste trwanie − bez zatrzymywania uwagi na czymś, co utkwiłoby mi choć na parę chwil w pamięci. I potem komunia − rytmiczny ruch kolejki, po drodze kilka ukłonów, nieznaczne „dzień dobry”, kilka życzliwych, niewylewnych uśmiechów. Obrzędy końcowe pozwalające odczuć jedność z braćmi i siostrami w wierze, oddech wielką tradycją wychodzenia z kościoła.

Gdy dochodzę do siebie, uroczystość świąt wisi już w powietrzu. Wtedy zauważam, że w mojej lampie od dawna brak oliwy.

Zdumiewa mnie, jak wielka potrafi być radość z rzeczy drobnych. Ot, właśnie mam świeżo zrobione regały na książki („Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną”). I wprost nie posiadam się z radości („A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem”). Stojąc przed nimi i podziwiając je („Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł”), aż trudno mi uwierzyć, że któregoś dnia moje poczucie niezwykłości pokryje patyna przyzwyczajenia („W ów dzień, mówi Pan Zastępów, kołek wbity na miejscu pewnym nie wytrzyma, lecz złamie się i spadnie, a cały ciężar, który na nim wisiał, roztrzaska się”). Tak czy owak, książki − potrzebne, upragnione, wyczekane − półtora roku spędziły w pudłach („Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem?”), dlatego ich widok, gdy poukładane spoczną na półkach, długo będzie sycił moje oko („Nie chwal się dniem jutrzejszym, bo nie wiesz, co dzień ci przyniesie”).

Sobota wieczór: córka dostaje wysokiej gorączki, kaszle ciężko, z głębokości. Mój głos zaprzepaszcza się w chrypie, aż w końcu zanika.

Niedziela upływa bezmszowo, w zawiesistej atmosferze, w zapachu leczniczych maści i kropel. Córka kaszle niemiłosiernie, bez opamiętania, więc morale rodziny podupada. Po południu pełni obaw jedziemy do lekarza. No i zapalenie oskrzeli przyłapane na gorącym uczynku zstępowania do płuc. Potem wieczór kuracjuszy i noc, którą odkaszleć.

To jedna z tych sytuacji, które określa się mianem „samo życie”.

Samo życie − bez retuszy, bez środków spulchniających, polepszaczy smaku. Bez ekstrawagancji ani deklaracji światopoglądowych.

Samo życie − płynące bez względu na słuszność decyzji; słabnące lub wzbierające. Krzątanina wokół podstawowych potrzeb: zdrowie, pożywienie, sen…

Samo życie − niemieszczące się w kategoriach wyższego rzędu, będące poza wymiarem estetycznym, poza wyborami etycznymi.

Samo życie.

Sola vita.

Sąsiad obchodzi czterdzieste urodziny. Świętujemy. Gdy oficjalna „nasiadówka” się kończy, zaczynają się pieśni przygodne. A to weselne, a to ogniskowe, to znowuż adwentowe z wychyleniem ku kolędom.

Ktoś bez przekonania podnosi kwestię, że tu Adwent, a my tacy huczni. Wtedy głos zabiera Pan Teść (jego charakter najlepiej oddają słowa „dusza-człowiek”. Były strażak, aktywista, skory do wzruszenia i detonacji. Wrażliwiec). Powiada, że to nie Wielki Post, że czekamy na narodzenie dziecka, więc jak tu się nie cieszyć.

Wszyscy − oprócz pogrążonej w sytym śnie kilkumiesięcznej wnuczki − przytakują z namaszczeniem.

Tknięty trafnością i prostotą myśli Pana Teścia, co rusz przyłapuję się na adwentowych roztrząsaniach:

− czuwanie to jest zaprawianie się w niegotowości wobec każdego dnia, który przychodzi jak złodziej;

− to bycie tu i teraz po raz pierwszy, dzień w dzień;

− czuwanie to język naszej obecności…

Niestety, im bardziej moje próby definicji czuwania są zastanawiające, tym szybciej o nich zapominam.

Z solenizantem i jego teściem ściskamy się na odchodnym serdecznie.

Na drugi dzień tylko złe samopoczucie. Dużo obowiązków. Brak serca do rozważań.

Lata ministranckie pozwoliły mi na sferę kapłańską patrzeć z bliska, bez ciśnienia zbędnych roszczeń i projekcji. Oswojony z koturnem, jaki właściwy jest stanowi kapłańskiemu, nie oceniałem kolejnych księży wedle wyssanych z palca sióstr-katechetek ideałów, by potem wyciągać z tego konsekwencje natury metafizycznej, porzucając wiarę, jak czyniło wielu moich rówieśników. Chyba na swój sposób wiedziałem, że o ile ja pozostaję światłem łacno mieszczącym się pod korcem, o tyle księża musieli stać się miastami, które nie ukryją się na górze. Wiedziałem też, że szacunek wobec nich jest pełen napięcia, ambiwalencji i w jego imię oni pierwsi zostaliby rzuceni lwu na pożarcie, gdyby w naszej gminno-parafialnej wspólnocie zaszła taka potrzeba.

Nikogo innego tak nie weryfikowano pod kątem dokonanego wyboru życiowego oraz posiadanych cech jak księdza. Może dlatego do nielicznych należeli ci, którzy nie mieli na ten temat nic do dorzucenia od siebie. Główny problem tkwił jednak w kryteriach oceny, te bowiem były dosyć histerycznie rozchwiane i generalnie znosiły same siebie. Jeżeli więc ksiądz okazywał się być „ludzki”, właściwość ta uznawana była powszechnie za rzecz wręcz nadnaturalną, natomiast żadnego chłopaka, który poszedł do seminarium, nie traktowano już „tak po ludzku”, tj. zwyczajnie. I na tym też polegał fenomen księżej odmienności. Ksiądz był po prostu kimś innym. Ksiądz − to był ksiądz.

Wiele postaci księży, których znałem, budziło rozmaite świeckie wątpliwości. Jednak dla grona tych, dla których zakrystia i plebania nie stanowiły miejsc onieśmielających, było jasne, że każdy ksiądz nosi w sobie zarówno swoją osobowość, jak i kapłaństwo. Zaś te, można rzec, mają się do siebie tak jak nabożeństwo do mszy. Ani się nie wykluczają, ani nie są ze sobą tożsame. W naszych oczach prezbiterium nie czyniło księdza wiarygodnym, ale też uszanowania czcigodnej funkcji nie podważała własna jego osoba.

Gdy przychodzili do parafii kolejni wikarzy, najpierw przyglądaliśmy się, jaka relacja zachodzi pomiędzy kapłaństwem a tym, który kapłanem został. I przykładowo, jeżeli ksiądz chciał w miejsce osobowości wstawić kapłaństwo, zaczynał obdarzać swoich laickich rozmówców protekcjonalnym miłosierdziem i niby patrząc na wszystkich sub specie aeternitatis, zamieniał się w przybytek kancelarii parafialnej. A skoro tylko kapłaństwo wpisywał do inwentarza osobowości, wiadomo było, że będzie mistrzem tyranizującym swoją mądrością, prorokiem jednej ambony, niespełnionym apostołem. Przez niektórych z kolei te sfery były traktowane wymiennie albo też na siłę od siebie izolowane. U innych obydwie żyły własnym życiem. Etc., etc.

*

Ale otóż i ksiądz Jacek. Młody wikary. Świeżo po święceniach. Od początku wiedział, że do przydzielonego mu zadania sprawowania opieki nad ministrantami zupełnie się nie nadaje. I dzięki tej wiedzy opiekunem był pierwszorzędnym. Nie przekładało się to na statystyki, bowiem za jego kilkuletniej obecności przyjętych zostało trzech, może czterech ministrantów, niemniej rzadko z kim można było porozumieć się w sposób tak jasny i pozbawiony celebry. Różnił się zupełnie na przykład od takiego księdza Krzysztofa, który ‒ gdy pięcioletnia dziewczynka przywitała go w zakrystii, mówiąc „Dzień dobry!” − zaczerwienił się i stłumiwszy okrzyk zgorszenia zaczął wyjaśniać jak na dziecięcym kazaniu, że on przecież nie jest żaden „pan”, tylko „ksiądz”. A jak się do księdza mówi? Pochwalooooo…

Ksiądz Jacek stanowił też przeciwieństwo swojego następcy. Sam będąc chętnym kompanem w wędrówkach, pielgrzymem i pielgrzymkowiczem, został wysłany w inne parafie, a na jego miejsce przyszedł opiekun, który ciągle zdawał się być bliski płaczu. Co gorsza − płaczu nad sobą. Ksiądz Grzesiu. To śmieszne, ale najlepiej pamiętam jego frotową, granatową skarpetkę. W jeden z sobotnich poranków umówieni hurmem przyjechaliśmy rowerami pod dom wikarych. Jeździmy, kręcimy się, dzwonimy i nic. Czekanie. Na opóźniającego się naszego księdza. W końcu wydelegowany najstarszy kolega poszedł na poszukiwania zapodzianego przewodnika wycieczki. I wrócił, wieszcząc trudności. Jakoż ksiądz Grzesiu, wywołany ponownie ze swego mieszkania, ściszonym głosem zaanonsował, iż wszystko wskazuje na to, że nie pojedzie. Nie pojedzie − bo go boli stopa. Tak jakoś mocniej niż zwykle. Płaskostopie. Na dowód zaś delikatnie uniósł ozutą w klapki, winną słabości stopę, odzianą w wiekopomną skarpetkę, która stała się dla mnie symbolem generalnej niedyspozycji.

Ksiądz Jacek miał ten dar, że chyba wiedział, dlaczego został księdzem. Nigdy go o to nie pytałem. Ale nie dało się ukryć. Bez żadnej dziwnej maniery, ogrywania siebie biretem, bez katolickiego bicia piany ani zbędnego entuzjazmu. A kto inny jak nie on podczas zbiórek robił szerokie i rzeczowe wprowadzenia na temat bliskich świąt czy świętych? Prócz niego tylko ksiądz Andrzej, zwany − dla swojej postury i wzrostu − Bocianem. Tak, poczciwy ksiądz Bocian. Starający się nadać życiu ministranckiemu utraconą rangę w dobie jego największej degrengolady. Mający dobre intuicje i szczere chęci, ale też nieznający konsekwencji w działaniu. Jego paliatywna opieka nad wspólnotą nie miała przyszłości, tak jak prowadzona przezeń grupa młodzieży katolickiej, która kończąc liceum, zostawiła za sobą pustą salkę i pieśni organisty w miejsce domorosłej gry na gitarze.

Liturgistą był ksiądz Grzegorz. Msza była jego dewizą. „Baranku Boży” wbrew zwyczajom i na przekór zdezorientowanym ludziom śpiewał nie trzy, ale siedem czy osiem razy, wedle swej gotowości do dalszych obrządków. Przemagał śpiew Kościoła i z zimną pasją ciągnął dalej „Zmiłuj się nad nami”. Poza tym modlitwę eucharystyczną czytał po łacinie. Nikt nie wiedział czemu, ale kto by księdzu nie puścił płazem takiej nieszkodliwej fanaberii? Raz tylko słyszałem, jak małe dziecko zdziwione zawołało spod ołtarza do mamy: „On nie umie po polsku?” Ksiądz Grzegorz był uparty i skory do obrażania się. Z ludźmi rozmawiał albo przesadnie rozpromieniony, albo naburmuszony. Jako jedyny wszedł w otwarty konflikt z parafialnymi babciami, bezpardonowo urywając im w połowie zwrotki śpiewane pieśni lub czyniąc wyjątkowo krótkie komentarze liturgiczne od ołtarza, wzywające do zamilknięcia i docelowo − nieprzeszkadzania w świętych obrzędach śpiewaczym zawodzeniem.

Wspomnieć też muszę na księdza Dzięcioła, jak go nazywano ze względu na szczególne walory fizjonomii i charakteru. Gdy chodziłem z pateną, wiele razy przerywał rozdawanie Komunii, by zrobić mi awanturę, iż źle ją trzymam. „Czego uczyli cię na kursie?!”, „Nie wiesz, jak to się trzyma?!”, „I to ministrant w nadziei na lektora!” − słyszałem w takich wypadkach. Ksiądz Dzięcioł miał też to do siebie, że msze zaczynał przed czasem. To był jego konik. „Wychodzimy!” − wołał. „Ale proszę księdza, jest za pięć”. „Kto miał przyjść, ten już przyszedł” − odpowiadał już spod drzwi zakrystii, sadząc do wyjścia nieprzystawalnie wielkimi do jego postury krokami. Potem, po powrocie, zadowolony zacierał ręce, mówiąc: „Ale nam się udało. Która to? Dwanaście po. I już msza odprawiona. Świetnie!”

Ale ksiądz Jan! Ten, który przygotowywał mnie do ministrantury! Z piękną, pełną prostoty powagą traktujący naszą przyszłą posługę ministranta. Wlewający w aspirantów nie ideały, a naturalne poszanowanie liturgicznej służby, wobec której każdy potem już czuł respekt, bez względu na to, co z tym poczuciem później zrobił. Jego osobowość odpowiadała twarzy i postawie, te zaś z czasem stały się dla mnie wyobraźniowym modelem angielskiego dżentelmena. Swoją stateczność przekuwał ksiądz Jan na nabożność. Gdybym nadal dążenie do świętości uznawał za szlachetną rzemieślniczą pracę, którą trzeba solidnie wykonać, mógłbym z dumą powiedzieć, że u księdza Jana byłem terminatorem.

Ksiądz Krzysztof − groźny tak z wyglądu, jak i z kazań. Jedyny krzyczący i rozliczający z ambony, ale bez zacięcia retorów, którymi byli już tylko starsi księża. Raczej uderzający w tony wędrownych kaznodziejów-moralizatorów, ostry, cierpki, bezkompromisowy. Choć jeśli księdza Krzysztofa znało się nie tylko z kazań, w końcu stawało się jasne, że pod jego stałym poirytowaniem kryje się usposobienie znacznie łagodniejsze, niemające przesadnych wymagań wobec ludzi i świata. Jego wybuchowe kazania okazały się właściwie parabolicznym językiem, w którym przytłoczony, zmęczony człowiek opowiadał o swoim samopoczuciu, z mocą choleryka wyłuskując swój prawdziwy stan duszy i − jak się później okazało − zdrowia.

Przypomnę i księdza Zbigniewa. Ten ci był bowiem od mszy dziecięcych. Miał do nich smykałkę. Za to wprost nie trawił młodzieży. Zdaje się, że w ogóle młodość traktował jako nonszalancką prowokację względem religii. Dlatego zżymał się na kandydatów do bierzmowania, na licealistów, nie dbając o powody. Raz w czasie kolędy zdarzyło się, że z moim bratem i z księdzem Zbigniewem weszliśmy do mieszkania, w którym młodzi lokatorzy urządzili sobie uroczystszą kolację. W przeddzień, przy zapowiedzi kolędy, nikogo tam nie zastaliśmy, więc jakież było ich zdziwienie… Zastawiony stół, włączony telewizor. Aż trudno uwierzyć, ale wyglądało bezalkoholowo. Zaraz zaczęli uprzątać, wyjaśniać, zapraszać. Spolegliwi jak niemłodzież. Ksiądz Zbigniew jednak okazał się nieprzejednany. Chwilę zbierał się w sobie, po czym jawnie wpadł we wściekłość. Łajał zawstydzonych mieszkańców, a prośby o wybaczenie przyjmował niby bezczelne propozycje zgniłego kompromisu. „To co ja mam… do keczupu się modlić, do szynki?!” − wykrzykiwał z furią. Po czym zawracając, rzucił definitywne i miażdżące „Szczęść Boże!” I w ten sposób opuścił mieszkanie. A niepotrzebnie.

Charyzmatyczną postacią był ksiądz Krzysztof (już trzeci Krzysztof, ale to najczęstsze imię przysyłanych do naszej parafii prezbiterów). Zaskarbiał sobie zarówno staruszków, jak i najmłodszych. Tylko on umiał przekonać księdza proboszcza, by ministrantami zostawały pięciolatki. I tylko on potrafił rozpalić entuzjazm w ich rodzicach i w samych dzieciach. Ba, nawet miejscowa policja puszczała mu płazem częste przekroczenia prędkości w jeździe samochodem. Wspominam o tym, bowiem był miłośnikiem motoryzacji. Co rusz przyjeżdżał pod plebanię innym srebrnym wehikułem, obwieszczając swoje przybycie piskiem opon. A o tym, skąd te samochody brał, jak je załatwiał, krążyły rozmaite historie. Po prostu był nimi zafascynowany i już.

Osobne słowo należy się tzw. księżom-rodakom − wywodzącym się z naszej parafii. Kojarzę ich czterech. Jeden − po studiach w Rzymie, tyleż pobożny, co grzeczny. Drugi − krasomówca zasłuchany w dźwięk swojego głosu. Trzeci − stylista: od dobrych perfum, płaszczy i butów w połyskliwy szpic, zaskakująco długo modlący się na osobności przed mszą, niezależny, nieskory do rozmowy i dlatego dający się lubić. Pamiętam tylko, że raz się ożywił, wtrącając w jakąś rozmowę o albach uwagę, iż − jak to się mówi − prawdziwy mężczyzna zaczyna się od metra osiemdziesięciu (sam się więc kwalifikował). I czwarty − zakonnik, pracujący na Wschodzie. Jak rzadko który ksiądz, wchodząc do zakrystii, nie dawał do zrozumienia, że oto teraz chodzi o niego; z zakłopotaniem przyjmujący wszelkie względy i publiczne laudacje księdza proboszcza, sprawiający wrażenie śniącego na jawie sen o absurdalnym powrocie dzieciństwa.

Wiele by mówić o księdzu proboszczu. Jego stałym repertuarze kazań okolicznościowych, o opowieściach, którymi nas raczył podczas długich przedmszalnych pobytów w zakrystii, jego plebańskiej wyrozumiałości i famie „jedynego proboszcza w mieście, z którym można się dogadać”.

Przy ołtarzu stawał się nieosiągalny i jakby zagubiony. Zaprzepaszczał się w cicho wypowiadanych modlitwach, niecierpliwił ogromnie, gdy ministranci opóźniali się choćby chwilę z jakąkolwiek czynnością. Ale w zakrystii, po zdjęciu szat, te same osoby witał z zawadiackim błyskiem w oku. A rozsiadłszy się na dużym krześle tworzył jednoosobową lożę szyderców, wprowadzając poganianych przez siostrę zakrystiankę chłopaków w konfuzję.

Był inny od pozostałych księży. Należał do starszego pokolenia. Prowadził na tyle ascetyczny tryb życia, że nikt by go o to nie podejrzewał. Do utartych obserwacji należało to, że płaszcz i kraciasty ciemny szalik są u niego na służbie od lat i że na kolędę jedzie się z nim taksówką lub idzie pieszo. Plebania za jego epoki chyba nie przechodziła poważnych przeobrażeń ani modernizacji. Lekki kurz pożółkłych łacińskich formularzy, ksiąg chrzcielnych unosił się w kancelarii i w całym, źle zelektryfikowanym budynku pachniało przedsoborowo. Ta swoista prostota, czy też surowość, z pewnością była zasługą charakteru księdza proboszcza oraz wieloletnich przyzwyczajeń, ale jakże nie uznać ich za cnoty właściwe świętym!

*

W parafialnym obejściu ministrantom przypadała rola szczególna: pośredników między księżmi a ludem Bożym. Wyjątkowość tej funkcji polegała na tym, że w istocie żadnego pośrednictwa nie trzeba było, jednak mało kto z wiernych i niewiernych przyjmował to do wiadomości. Dlatego w cieniu ornatów wszyscy chyba musieliśmy choć na chwilę poczuć się Boskimi wybrańcami, a potem z ust postronnych nasłuchać rozmaitych kpin i ordynarnych żali na Kościół powszechny. Ale co z tego, że ci lub owi mówili o Kościele jak o przybytku kleru − tych wydrwigroszy, przebierańców czy wszeteczników. Co z tego, że utożsamiano go z ciemnogrodem, pałacem-plebanią czy władzą satrapy. O, zazdrośni i powierzchowni! Plebańskie obejście było stolicą naszej młodości, poematem Kościoła katolickiego, którego uczyliśmy się na pamięć, w sposób niewymuszony, wiedząc, że mamy w nim swoją strofę i swój udział.

Specyficzna obyczajowość, każąca traktować księży iście po kapłańsku, honorowo i ekscentrycznie, sprawiała, że także ci nieżyczliwi wymagali od nich baśniowej nieskazitelności lub przeciwnie − wzorowej pychy, potwierdzającej najgłupsze z obiegowych mniemań. Szanowano ich czołobitnie, nie szanowano − za plecami, a obśmiewano i złorzeczono im raczej anonimowo.

Ministrant miał szansę zobaczyć rzecz inaczej, bez niepotrzebnych rzutów reflektorem w mrok i podejrzeń. W świetle dziennym. Kapłaństwo okazywało się wtedy zamieszane w losy ludzi nie mniej niż inne dziedziny życia. A powszednie obcowanie z nim przekonywało, iż kapłański blask świętości to nic innego jak rytm wyznaczany przez poranne i wieczorne msze.

Czemu właściwie wyszliśmy z zaborów? Mieliśmy naszą ziemię obiecaną. Polszczyznę na najwyższym poziomie rozwoju. Niezłomną tożsamość narodową. Duszę polską w najczystszej postaci tęsknoty, nie wiadomo za czem. Nie, nie, wiadomo ‒ za Ojczyzną. Tą niepodległą. Ale naszą niepodległą Ojczyzną jest ta tęsknota w sercu, z którą podejmowaliśmy walkę.

Zaborca tak doskonale potrafił nas zorganizować. Dzieci uczyć przewrotnie miłości do polszczyzny swoją germanizacją czy rusyfikacją. Nasza tęsknota nie była romantyczna, platoniczna, sentymentalna. Miała swoje katorżnicze konsekwencje, swój mogilny żywot.

Zaborca tak znakomicie sobie z nami nie poradził. Ani rabacją, ani swojskimi ułanami, oddanymi sercem cesarzowi. Ani okupacją, ani Katyniem. Nawet Stalin nas nie wyplenił, a potem komunizm. Byliśmy jeszcze bardziej tymi, którymi byliśmy. Silni wobec silnego wroga. A wcześniej ‒ co nas zabiło, to nas umocniło. Naród z rodu Jafeta. Z hardych, szlachetnych plemion. Powstaliśmy dzięki powstaniu.

Chciano nas wybić, lecz wybiliśmy się na niepodległość. Nie wolność‒równość‒braterstwo. Na zasłużoną, sprawiedliwą niepodległość.

Ale dlaczego najwybitniejsi zdrajcy wychodzili z nas samych? Kłamali w rodzimym języku i sprzeniewierzali się krajowi w ojczystej mowie.

Trzeba nam było zostać pod zaborami. W widmowej Polsce. Realniejszej niż mapy polityczne. Nie doszłoby do tylu hańb domowych. Nie byłoby granatowej policji, TW rodaków ani ZOMO. Magdalenka pozostałaby dziewiczo nieznana historii. Nie konstruowano by okrągłego stołu, który wcale nie był okrągły, tylko eliptyczny. I krążyło wokół niego wiele interesów.

Może w końcu dojrzałby nasz bratni naród, nasz wielki brat ze Wschodu. I zaopiekował się nami zamiast nas wykorzystywać. Jak to w rodzeństwie. Ale nie skończyliśmy naszego dzieciństwa. Czy któreś z naszych pokoleń je skończyło?

Zatem śpiewajmy patriotyczne pieśni sprzed wyzwolenia i ośmieszajmy władzę, którą nam narzucono. Wskrzeszajmy dawne nadzieje. Nadal możemy być sobą. Nie dla nas jarzmo, którego już nie mamy. Prowadźmy tajne nauczanie i uczmy o królach i o Bogu. Po polsku, czystą polszczyzną, której dziś tak bardzo brakuje.

Nie ma już Napoleona ani cesarza, nie ma tamtego caratu cara. Ale jesteśmy my. Już inni, bogatsi o wiele cmentarzy. Lecz ciągle młodzi jak rekruci.

Znów Polska nie rządem stać może, ale swobodami wroga. Stańmy się silni tak jak dawniej. I zwyciężmy silniejszych od nas. Kordialni do ostatniej kropli krwi. Wylewni w boju. Zaszarzeje nam znowu prawdziwe przedwiośnie. Po śnieżnej zimie, która zasypie nas po komin. Przyciśnie nas przednówek, ale w końcu nadejdzie wiosna. Lada miesiąc, lada dzień, jak co roku. Wolność będzie zdobyta już prawie, już prawie. Bracia, będziem Polakami! Ojczyznę wolną wyzwól w nas, Panie!

Byłem ministrantem. Szereg lat. Toteż zdążyłem zasnąć na niejednej Pasterce. Rozpalać z kumplami niejedno wesołe ognisko wielkosobotnie i niejeden raz opuścić procesję na Wszystkich Świętych.

A do iluż grobów wielkanocnych przyłożyłem rękę, ileż krzyży się nastawiałem, bacząc, by prosto i stabilnie stały (najbardziej żal zawsze było barokowych ołtarzy, do których każdy w takich wypadkach bezpardonowo wbijał gwoździe).

Po dziś dzień wracam w duchu do zbożnych wieczorów wiosennych, kiedy pomagałem wznosić ołtarz na Boże Ciało. W zapachu brzozowych gałęzi, których nikt nie obarczał żadnym znaczeniem.

Mimo iż w procesjach nie uczestniczyłem już od dwunastego roku życia, przykamieniczne ołtarze były filarami ładu roku liturgicznego, wiarą wcielaną w czyn.

Dziedzictwo tych posiadających wieczysty odpowiednik rytuałów okazało się nieocenione. Zamykanie balasek przed komunią, przechodzenie za głównym ołtarzem z jednego skrzydła prezbiterium na drugie, należące do ministranckiego obrządku chowanie się tam przed siostrą zakrystianką, wzywającą tuż po komunii „do gazet”…

Niezwykle istotną rolę grali ministranccy wykolejeńcy i gorszyciele. Byli niezastąpieni. Ich budząca szlachetny gniew liturgiczna nonszalancja, wychodzenie po czytaniu na papierosa (wracali po kazaniu), cyniczne zaliczanie służeń przed zbliżającą się kolędą…

Niektórych wyrzucano poza nawias wspólnoty. Inni sami przestawali w niej uczestniczyć, a gdy listy obecności upominały się o nich po roku lub dwóch latach, pamiętani byli tylko przez ministrancką starszyznę. Mimo to zdemobilizowani ministranci mieli zawsze w sercu nieokrzesanego bractwa swoje własne, niezastąpione miejsce. Gdyby społeczność ministrantów pozbawiono tego pierwiastka entropii, straciłaby swoją dynamikę, pełne twórczego napięcia kontrasty.

Wiele namodliłem się dzięki służeniom. Np. w soboty o szóstej trzydzieści (wyraz gorliwości) i idąc za ciosem − o siódmej, gdy nikogo nie było i litość człowieka zdejmowała dla takiej mszy, co to nawet pateny przy komunii nie miał kto ludziom do podbródków przystawiać. Potem zawsze powrót do domu: barwny, dziecięcy. Wiosną i zimą w słońcu świeżo po wschodzie. Często dłuższy niż dwie msze razem wzięte. Z poczuciem lekkości jarzma, z zadowoleniem z ukończenia biegu, z ustrzeżenia wiary. Wobec niezbitego faktu wypełnienia obowiązku, który tyle razy rozmywał się w porannym śnie.

Tak. Śmiało mogę to wszystko nazwać moją formacją. Formacją przez duże „F”, bo dotyczącą zbawienia i spraw ostatecznych. Dotyczącą doświadczenia − już tu, na ziemi − czegoś „z wyżej”. Wiecznego hymnu chwały, przelanego w „Deo gratias” księdza proboszcza, w jego gest wyciągania chusteczki z rękawa, w ministranckie kuśtykające przyklęknienia, namolne dygnięcia i zapobiegawcze ukłony. Bez tych biednych komeżek, ich udrapowanego niedoprasowania, bez wszechobecnych chryzantem, bez „Króluj nam Chryste” i „Bogu niech będą dzięki”, wreszcie bez zbiórek ministranckich, złorzeczeń księży i chodzenia po kolędzie − nie byłoby, nie byłoby liturgii. Wszystko to stanowiło koherentną całość, wielką pieśń pochwalną. Wyrzucenie jednego elementu, jednego dźwięku oznaczałoby zaburzenie harmonii.

Formacja ta rzadko zostawiała po sobie trwałe piętno. Nie była kuźnią charakterów ani sumień. Na tym jednak polegała jej siła − kształtowała coś, co pozostawało ukryte za rutynowym służeniem do mszy, za spotkaniami z kolegami po fachu. Rzucała wyzwania, które nie dotyczyły obrony „krzyża na szyi”, płomienia i sztafety wiary. Szło bowiem o sprawy dużo prostsze, wybory bardziej podstawowe.

Na przykład niektórzy stawali się pupilami księży (tacy byli najgorsi − pseudoseminarzyści w przyciemnianych okularach). I po latach ich postawa naznaczona grą pozorów nieodmiennie już kazała im przyjmować wiarę jako maskę zblazowanej powagi, pokrywającej czyny wątpliwej prawości.

Inni z kolei nie docierali na mszę. Ale bez względu na to, czy szli na bilard, czy na godzinną włóczęgę po mieście, zawsze już pozostawali w drodze do kościoła.

Jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałem, że było komu umrzeć. Siedem lat temu. Kiedy byłem zaprzątnięty nieco młodszym swoim życiem. Perspektywą podwórza za otwartymi drzwiami, rzutem na trawę i w tle miasto, z którego wybyłem. Nie wiem, jak to wytłumaczyć.

Tu i ówdzie otarłem się o żałobę, ale właśnie nie tą. I teraz człowieka poznaję pośmiertnie. Ze zdjęć i zmiennych kształtów muzyki. Powtarzającej się nieskończenie jak fraktale czy liście. Ale fraktale są tylko najprostszą formą, przeczuciem nieregularnych melodii Esbjörna Svenssona. Liście jeszcze nie spadają tego roku, ale spadną. Będzie ich tyle co zeszłoroczny śnieg. Tyle pamiętam sprzed każdego roku. Na przykład sprzed siedmiu lat.

Esbjörn Svensson nie utonął. Nie zginął w wodzie, w okolicach Ingarö. Jeszcze wynurzył się. Jeszcze zdążył umrzeć później. Wskutek obrażeń, jakich doznał podczas nurkowania, jak piszą. Nad nową płytą przerwał pracę śmiercią. Jeśli czegoś nie mylę. Mam nieco ograniczoną perspektywę. Wąską czy skrzywioną.

Gagarin widział więcej. Ze swojego ruchomego punktu widzenia zobaczył świat bez śladu Boga. Nie trwało to długo. Godzinę i czterdzieści osiem minut. Wystarczająco długo, by wpaść w bezdech. Gagarin przeżył. Jeszcze wtedy. Zobaczył z góry siebie w kosmosie. Swoje przejście do historii i ojczysty kraj, który też przeszedł do historii. I lecącą u stóp Ziemię.

Ironia losu. Rzut na oceaniczne kształty stał się zrozumiały dopiero z perspektywy fortepianu. Nie doczekałem się Esbjörna Svenssona. Grającego „From Gagarin’s point of view”. Tu i teraz perspektywa się poszerzyła. Umiemy już się powtarzać. I znamy ciąg dalszy. Trio E.S.T. nie zdążyło skończyć grać. Księżycowy pejzaż stał się fototapetą. Więc kratery widać nawet zza chmur fraktali.

Tylko muzyka nie jest na wyciągnięcie ręki.

Chropowate powietrze nabiera miękkości wody. Przez zamknięte oczy słychać muzykę. Grającą się w zmiennym powietrzu. Strunami palców Esbjörna Svenssona. 

pamięci Stefana Figla

To było w maju, w tym roku. Wcześniej działo się tylko lepiej, a później to jeszcze nie wiadomo. Teraz wiem tylko, że już kończy się wrzesień. Taki jest przebieg miesięcy. Miarowy, spokojny, ale spokoju brak. Między majem a wrześniem jesteśmy już nieuchwytni.

Trwa rok dwa tysiące piętnasty. Zanurzyłem się w nim i póki co nie wypłynąłem na wierzch. A tu koniec września, stało się. Wczoraj byłem na pogrzebie.

Zobaczyłem napis na trumnie. Imię i nazwisko. Wszystko się zgadzało, ale i tak musiałem rzecz przyjąć na wiarę. Trudno uwierzyć. Od jakiegoś czasu śmierć się zapowiadała nasilaniem kolejnych chorób. Mimo to pozostałem niedowiarkiem.

Ze zmarłym znałem się od iluś lat, rozmawialiśmy w sumie wiele godzin, kilka dni rozmawialiśmy i było o czym. Tylko głos stawał się coraz słabszy, ciało odmawiało posłuszeństwa.

Ugory ponadgryzały brzegi pól, miedze zaczęły się poszerzać. Wiedział gospodarz nieboszczyk, że nie zbierze już wszystkiego siana. Ale jak tu chociaż nie zesiec łąki. Za oknem od dawna cichła gospodarka. W domu krzątała się opiekuńcza żona. Bezsenność mieszała pory doby.

Nie było cierpliwości do tego podupadania, do braku sił. „Ja się już nie nadaję do roboty, ale chociaż bym pochodził po polu”. Taka starość: ani pogodna, ani sędziwa. Za to krewka i mimo to pokorna.

Od kilku tygodni to już tylko szpital, ból, w końcu morfina. Choroby rosły w oczach. Nie dotarłem tam. Przyszedłem wprost na drogę z cmentarza do kościoła. Zbliżała się msza pogrzebowa. Ostatnie dni września. Raptem kilka dni temu. Widziałem tabliczkę na trumnie.

Od poprzedniego dnia padał deszcz. Mówiliśmy o nim sporo, tylko że wcześniej, za życia, gdy go jeszcze brakowało. Całe miesiące nie chciał spaść, a tu pogoda spłatała figla. Po wszystkim.

W maju tego roku przyszedłem jak co tydzień. Rano spadł obfity deszcz. W trakcie rozmowy odeszły chmury, zabłysło słońce i zrobiło się niezwykle rześko. Pachniało. Miałem wychodzić. Pan Stefan dźwignął się ciężko z krzesła. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Ubrał kapelusz i wyszedł za mną. „No, to do widzenia!” Śpieszyłem zaraz pod wysokim gankiem. Stanął na nim i obu rękami oparł się o barierkę.

Wydawało się, że może być lepiej. Ale naprawdę nic nie było wiadomo. Kwitły trawy, nastała wiosna dopiero. Do letniej suszy zdawało się ciągle bardzo daleko, tak że nikt nie słyszał o dusznościach, które później przyszły, i stwardniałej jak skała ziemi. O spiekocie i o wyczerpaniu.

Szedłem już pod gankiem. Zerknąłem do góry. Pan Stefan patrzył przed siebie bystro. Miał przymrużone oczy i był zadowolony. Potem zobaczyłem, jak obrócił się i znikł za drzwiami. Ale to dopiero zaraz, jeszcze za chwilę.

Stał na ganku, dziarsko spoglądał spod zsuniętego na czoło kapelusika i powiedział, nie ‒ huknął w głos: „Jaki piękny jest ten świat!”.