O, jaki to prezent móc budzić się z rana. A rano teraz jest wcześnie, wywodzi się wprost z nocy, w której więcej jest przyziemnego chłodu niż ciemności. Geografia słońca rządzi się swoimi prawami. Do tego za dnia nastaje skwar. Tak mocny, jakby stawał się osobną istotą i patrzał na ludzkie zmagania, gdy instynkt znaczy tyle co rozsądek. Piękny to dar, pozaurodzinowy albo właśnie rozlewający urodziny na rozliczne dni dwunastu miesięcy. Człowiek nagle przerywa sen w pół słowa i wstaje, i się trudzi. Wylewa siódme poty. Przy robocie, w polu czy gdzie tam. Wysuszone mięśnie nie dają za wygraną, są jak gruby rzemień albo łyko. Gną się i uginają, nie wytracając się w godzinach. Zmęczenie jest jak dobra zapłata, jak odznaczenie. Jaka to radość pracować na swoim, z przymusu wybranego i najdroższego. W którym pot przechodzi sam siebie i zaczyna być wonią rozgrzanej skóry, olejkiem eterycznym, organiczną esencją życia. Słodko-gorzką mieszaniną wysokiej lipiny z przyziemnym bodziszkiem. Tak właśnie, bodziszkiem, bo urósł kępą w kopce chrustu, tam za stodołą, i przechodzę koło niego od kwietnia czy maja na okrągło. To niezasłużone błogosławieństwo, rzeźbić w glinie godzin, w drewnie sezonu. Zobaczyć na własne oczy, ile zmienia jeden dzień i jak długo-krótka to miara! Na pracę, na robienie jest tylko teraz – dzień przyrostu i przekwitania traw, pylenia pyłu i dojrzewania zawiązanych owoców. Teraz, gdy lipy wabią na gody, buzują niezmordowanie podchmielone pszczoły, a święty Jan dopiero co ochrzcił wodę i możemy o niej myśleć bez obaw, mimo że zagraża nam jak żywioł i jak wszystko. Owadzi tumult przelewa się przez przyrodę w niebywałej obfitości i czas zrobić siano. Uczynić je, wytworzyć z bezszacunkowej liczby źdźbeł. Jakie to oczywiste i głupio prawdziwe. Banał znaczy tyle co geniusz. Ba! Nie trzeba dowodzenia, by stwierdzić tę prostą prawdę. To jak z ludźmi, o których cokolwiek mówić, co dzień są zajęci i zajmujący. Żyją, dopóki żyją. Dobrzy i źli wespół, tak że trudno ich przesiać, wydestylować. Ale z dzisiejszej perspektywy myślę, że są tylko ci, którzy nie znoszą zapachu bodziszka, ci, co przeciwnie – lubią jego dziką, ostrawą woń, i tacy, którzy o nim w ogóle nie słyszeli. Tylko te trzy grupy. Jakie to śmieszne i prawdziwe. Człowiek pod kątem byliny. Bo w sierpniu będzie wrotycz, ale to inny eon: radość owocu. A tu początek gwiezdnego lata. To jest dar i łaskawość niewyrachowana. To jest dziś. Czas, gdy wszystko idzie zgodnie z rytmem, a nie planem, o czym zaświadcza księżycowy uśmiech księżyca. A ty? Do której grupy należysz?
„Wrotycz i bodziszek, bodziszek i wrotycz,
obróć się dokoła, popatrz prawdzie w oczy!
Jednego jeszcze nie ma, a drugi już przyszedł,
żółty będzie wrotycz, różowy jest bodziszek”.