Przejściowo, na okoliczność dzieciństwa i wczesnej młodości, byłem kawalerem. I zgodnie ze swoim kawalerskim stanem mogłem tylko szukać wyjścia z tej niezręcznej sytuacji. Marzyć o żonie, rodzinie, to jest po kolei: dziewczynie – o płci przeciwnej. Ot, po prostu, bez przygotowania, a vista, poprzedzony latami i erami, kiedy nie było mnie jakby wcale. Z porywającym dziedzictwem rodziny, które warto przekazać dalej. Toteż z nagła pojawiony, gorliwie przyjąłem zasady gry przeciwieństw i koincydencji, jakbym sam był ich autorem, ale jednak zapalonym graczem przede wszystkim. Rozmyślając nad bezprecedensową oczywistością dwojakiej natury człowieka. Znajdującej tak doskonale wypełniony niepokojem wyraz w postaci dwojej płci. Dwoistości jedynej, dwojga analogicznych niepodobieństw. Przyzywających się nawzajem, odnoszących do siebie, dojrzewających względem siebie.
Płeć przeciwna. Powziąłem ją jak zamysł, wyciągnięty spod serca i z trzewi stworzenia. Podjąłem jak najszczęśliwszą służbę. Jej twarz, sylwetka, spotkanie w cztery oczy. Nie ma sprawy bardziej zajmującej na tym świecie, nie ma czasu na głupoty. Wszystko inne to słoma. Nieważne, że trzeba było się bawić, uczyć, bić z kolegami. Cała natura pulsowała odmienną postacią. Drzewa kwitły rodzajem żeńskim. Pachniała deszczowa ziemia. Codziennie powtarzane drogi prowadziły ku niej, która ogniskowała w sobie zachwyt. Wielorakie pory roku rozwijały swój motyw. Porywające wariacje na temat barwy głosu, oczu i włosów. Biodra i wyokrąglone coraz wyraźniej piersi. Zimy próbowały co roku wykrystalizować postać. Dni tygodnia snuły domysły. Imię. Na końcu języka miałem imię. Ostatni i pierwszy dzień tygodnia jednocześnie. Introibo ad altare Dei. Ale to dopiero za kilka lat, za dwa, za rok. Poranek ma swoją jutrzenkę. A wieczór wieczornicę.
Wśród licznych imion, które nabierały kształtu, wypełniały się osobą, między nieznajomymi, lecz uwewnętrznionymi twarzami, wypatrywanymi iks-iks razy, wszystkimi o cudownym wygłosie, z różanym -a na końcu, celowałem niechybnie, szedłem wprost na nieumówione spotkanie, wyznaczone, dobrze wiem, że zapisane w kalendarzu, który był jak szyba – wystarczyło uchylić okno, jak gdyby nigdy nic zapytać o cokolwiek. Snuć niezamierzone wielokropki i zagajać. Wyjść naprzeciw, stanąć. Rozpocząć świętą grę gestów. Nieznacznych, ale znaczących. Powtarzać intuicyjnie, z ruchu warg, całą zawiłą prostotę niećwiczonego ani razu „teraz”. Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam. Przeszło osiemnaście lat wyglądania. Od zalążka przeczuć. Świątek, piątek czy niedziela. Właśnie Niedziela. Dwoista postać człowieka. Kość z kości. Ciało z ciała.
W dwudziestą pierwszą rocznicę ślubu