W zasadzie można by uznać rzecz za niebyłą. Ale czy nie warto wydobyć z cienia to, co przedmiotowo skromne i w swej prostocie tak zasłużone? Otóż wśród sprzętów okołoliturgicznych dziadek był narzędziem mającym specyficzny status. Rzekłbym, niepoślednio pośledni. Niby w samym centrum, nigdy jednak bezpośrednio nie brał udziału w nabożeństwach. Stał z boku ołtarza głównego, nieruchomy i zwykły, tak że nawet nie każdy go zauważał, wtopionego w nieruchomość barokowych zdobień wokół. Ot, kij jak od miotły zakończony esowatym prętem, na którego końcu znajdował się jakby dzwonek bez serca. Z haczykiem poniżej, na który nawinięty był knot. Dziadek służył do zapalania i gaszenia świec. Czy nazywał się tak tylko u nas, czy było to obiegowe określenie, tego nie umiem powiedzieć. Ale wewnętrzna zgodność funkcji i nadanego miana nie mogła być tu przypadkowa. Sędziwy sprzęt darzący prostą mądrością techniki i wypracowanym sprytem wprowadzający poczucie ładu i harmonii.
Za dni naszej służby dziadek znał bodaj tylko dwóch użytkowników, z których jedynie niezłomna siostra Kazimiera doprowadziła swoje rutynowe działania przy ołtarzu do prawdziwej wirtuozerii. Na starym, kamiennym ołtarzu stały jeszcze smukłe świeczniki z długimi pseudoświecami wypełnianymi przez naszą zakrystiankę niczym pannę roztropną oliwą. Siostra mogła się pojawić właściwie w każdej chwili. Jej dziadkowa posługa światła miała swój nieznany układ odniesienia, toteż nawet gdy w dowolnym momencie mszy nagle zaczynało się ciche krzątanie przy świecach, nikomu nie postało w głowie, by uznawać to za niestosowne lub poczuć się rozproszonym. Przeciwnie, pojawienie się siostry Kazimiery chwytającej za dziadka nasycało myśli nabożnym wyciszeniem i – nie wiedzieć czemu – pozwalało jakby głębiej wniknąć w sprawowane obrzędy. Z dreszczem swojskości i poczuciem znalezienia się we właściwym czasie i miejscu.
Kto z chłopaków, pilnie przyglądających się wprawnemu działaniu dziadka, nie chciał sam chwycić go w ręce, stać się choć na chwilę Bożym latarnikiem? Nakładać i gasić płomień? Jednak może przez strach o wywołanie pożaru przez byle gałgana pilnowano, by nikt z nieupoważnionych nie próbował dziadka użyć. Tylko pokątnie, choćby przed zbiórkami ministranckimi w kościele, udawało się pochwycić z przejęciem niezwykły drążek, przymierzyć go w dłoniach, popatrzeć w górę, dotknąć mosiężnego kształtu. Tylko i aż tyle. Bo czy znalazłby się równie zacny artefakt łączący dawne z nowym? Będący namacalnym symbolem tego, co niepozorne i nieodzowne zarazem? Dziadek – narzędzie gospodarskie i patriarszy kostur. Wierny sługa, oddany powierzonemu sobie zadaniu pomagier. Jak mógłbym o nim zapomnieć? Jego prostą jak budowa cepa strukturę kontempluję w pamięci do dziś. Jakbym czytał traktat o doskonałości i zmyśle formy. Nienazwanej jeszcze w oczach chłopaków w komżach, rozpisanej na pokolenia sensowności.