W sierpniu tego roku ponownie są rozmaite chmury na tle skracającego się dnia. Kwitnie wrotycz ramię w ramię z nawłocią i miarowo dojrzewają śliwki. Mogłem się spodziewać mniej, ale nie więcej. Prawa ekonomii natury to śmiech uciekającej z podwórka sroki, gdy otwieram drzwi. Tyle zyskasz, ile zbierzesz. Tyle stracisz, ile zebrałeś. Dzień aktualizuje się za dnia. Sierpień staje się w procesie sierpnia. Szpecą go tu i ówdzie wystawione do wiatru wiatraki, tworzywa sztuczne paneli słonecznych. Wykwity technologiczne obecnej fazy antropocenu. Cywilizacyjne umocowanie w pokracznym dobrobycie. Wiele patentowanych konceptów, którymi rozśmieszamy niemą przestrzeń. Noc śmieje się do rozpuku, łechtana światłami, których nadmiar budzi ptaki i zaciera galaktyczny widok. Całodobowość to seance fiction równie absurdalny jak zdobywczy lot w kosmos czy sztuczna inteligencja. Wielkie skoki dla ludzkości to pocieszne podrygiwania w promieniach kosmicznych. Moja pamięć rządzi się swoimi prawami, więc nasz klimat pozostaje sobą, niezmiennie się zmienia. Jak mu zagrają rozliczne czynniki. Teraz mamy sierpień. Kombajny odjechały i jest po żniwach. Płowe ścierniska czekają pługów. Na miedzy żywy posąg dzikiej gruszy, do której zwracam się w barbarzyńskiej mowie ojczystej. Ale nie mówię jej o geopolityce ani innych bezpodstawnie poważnych sprawach. Po co jej to. Moja umiarkowana centrowość i zrównoważona stabilność tradycyjnie spalają na panewce. W horyzontalnym spojrzeniu, choćby na kamienne wybroczyny pól, nie potrafię być bezstronny. Zaangażowałem się w głębokie oddychanie, energię nadrannych oparów nad łąką. (Skąd wiesz, że rosa jest chłodna o tej porze?) Wieloraka percepcja jest moim tematem, snującym się po ziemi i skraplającym na języku. Nawet powietrze przefiltrowuję przez rodzaj ludzki. Wszystko wokół jest wodą na mój młyn. Gęsia skórka rozsianych kretowisk, drżące kłęby materii, źdźbła. Tkliwe organizmy godzin. Kadry odczuć staram się ładnie układać, zasuszam w zielniku, którego nie pokażę publicznie tak samo jak swoich snów. Jest sierpień. Zieleń staje się ciężka i wytrawna. Faktura wieczoru jakby wytrawiona trawą, utrwalona na matrycy zmysłów. Zamykam oczy i wyraźnie nie mam złudzeń. Na moment pozornie zostawiłem chwiloróbstwo i walkę o lepsze jutro. Igraszkowanie z czasem indywidualnego i zbiorowego życia, które niepostrzeżenie porządkuje harmonia niebieska. Potrafimy sekwencjonować byty i wrażenia, ale czy możemy na czymkolwiek poprzestać? Obwieszone jabłkami jabłonie zamieniają się w fakty, element niepofragmentowanego opisu sytuacji. Czy ludzka obecność to nie wodolejstwo? Gadanina zamysłów. Próżna skuteczność i bezradny lęk. Jak więc mogę się uspokoić? Za dni sierpnia modlę się za was i za was. Chociaż ciążę sam sobie i jestem mokry od deszczu, który wraca nierytmicznie, ale zgodnie z prawem. Nie mam władzy, więc nie sądzę, by zmiany mogły coś zmienić. To chyba nie leży w ich naturze. „Zmiany nie są po to, by zmieniać” – zapisz mi to, proszę, fizycznym wzorem. Gdy zamykam oczy, widzę oddech roślin. Taki dar wyobraźni. Z późnych kwiatów łąki możemy zrobić bukiet do domu. Może nauka zgłębi kiedyś zawarte w tym zamyśle procesy duchowo-chemiczne. Tak rzadkie, tak egzotyczne w nieorganicznych procesach cudownego kosmosu.
Fotosynteza
29/08/2021