Nie znałem. Ale brat mi zapodał. A z piętnaście lat temu. Czyli bliżej innego końca niż jest teraz i będzie później. Nie traktowaliśmy rapu poważnie. Ot, takie klepanie elementu, ćpunów, miejskich dresiarzy. Myliliśmy się dosyć, jakoś do około trzydziestki, gdy legenda była już spisana i tworzyła się historia. Wśród licznych jutubowych nagrań było i to. Brat mi przesłał: Kaliber 44, Moja obawa (bądź a klęknę). „Mocne”, mówiliśmy, „mocne”. „Dobre”.
Autorem był Joka. Ten sam, który zmarł kilka dni temu. Na śmierć samobójczą. I był pogrzeb. Świecki pogrzeb, tak to wyglądało na zdjęciach. Na czele konduktu zdjęcie. Czarno-białe, bo zwyczajowo śmierć ścina kolory. Jego podobizna na czele urny. („Czemu oczywiste dla mnie jest, że ciebie nie ma Czemu oczywiste dla mnie jest, że ciebie nie ma”).
W zasadzie mogę o nim powiedzieć tylko tyle, że nie był stary. Niewiele więcej. W średnim wieku już słuchałem jego brata. Podziwiałem sprawność rymowania i pozycję weterana. („Odczuwam skutki kariery, piję stare wino, jem spleśniałe sery”). A Joka umknął mi prawie zupełnie. Tylko ten tekst, Moja obawa, wyrapowany, wyhisteryzowany. Jak Plus i minus. Prawdziwy tekst. Ale już po wszystkim, zmarłemu nie trzeba przecież tłumaczyć. „Białe lepkie babie lato Czarne czyste babie lato”. Czy nie takie jest pośmiertne widzenie? Można się tylko domyślać. Dni się powtarzają jak refren, dni się powtarzają jak refren.
I co mógłbym mu powiedzieć? Teraz, jeszcze za życia i już za późno? Żeby klęknął? Obróciwszy się popiół? Czy nadal jest dla niego oczywiste, że go nie ma? Go – czyli Boga? („Pokaż skrawek twoich ust Pokaż swój mózg”) Przecież wystarczyło klęknąć, żeby był. Wystarczyło. Proste, prawda? Proste jak życie. Czego więc zabrakło? Tylko wiary? Tak po prostu? Przecież jest powód, by wierzyć, jest powód. („Białe babie lato unoszone przez twój podmuch”).
Nie bardzo wiem, co było dalej. Albo wcześniej. Dlatego zostaję z tym jego tekstem, z tą obawą i siłą oczywistości, która przechodzi chyba z biegiem lat. A jeśli nie przechodzi, to i tak się kończy. Jak żałoba. Jak życie lub cokolwiek. („Ojcze! Tato! Jakie twoje imię jest A może Świętej Pamięci Brat Joka odpowiedź już zna A może nie a może tak”).
Karawan kalendarza rusza dalej. Zimne majowe dni powtarzają mi jak refren: A może nie. A może tak.