Kwiat jaśminu i żaba

21/06/2022

To znowu ciąg dalszy. Pod swoją nieobecność zajmowałem się sezonowymi pracami bez dat. Wiem, co było zimą, co wiosną i latem. Jesień też pamiętam, miesiąc po miesiącu, złoto, potem szarugę, ale tylko z dokładnością co do obrazu w pamięci, analogowych, organicznych klisz, poczucia z krwi i kości. Bez zapisu cyfrowego i bez cyfr kalendarza. Jestem rozsiany w polu, zebrany jak siano, bez jednakiej postaci i szczegółów. Piję kubek za kubkiem, robię, pracuję i czynię. Zapasy na zimę są tylko na zimę. A zbliża się właśnie najkrótsza noc, najdłuższy dzień w roku. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o kwiatach jaśminu, nawet jeżeli zostaje po nich esencjonalna nuda słowa. Wytracam się w teraźniejszości, która jest jak codzienny horyzont, narastający we mnie solarygraficznymi słojami. Chowając się w najgorętszej porze czerwca w cieniu wieczorów i wczesnych poranków, wszystek umieram. Nie zostaje ze mnie nic uchwytnego, potencjalnie godnego uwagi. Ale to nie wyrzut ani żal. Sam intensywnie się zapominam, zostawiam się przy stole, z wiadrem wody dla kóz, na każdym kroku gubię się, wypadam sobie z kieszeni, zapadam w sen. Sen narasta we mnie koncentrycznie, rozpływa się w zamulonym dnie źródła, z którego czerpię bezdźwięczną wodę. Nachylam się, a oto uciekają przede mną żaby. Uwierzyłbyś, że płazy też mają źrenice? Są ożywionym deszczem, wodą obdarzoną organizmem. W żabach mam swoją analogię, chociaż więcej we mnie prochu ziemi. I tylko pozornie co roku się odradzam, pełen jednostkowego buntu przeciw porządkowi rzeczy, a właściwie przeciw sobie. Oby moje ręce i nogi zostały mi wybaczone. Wydarzenia i mowa w roztworze pór roku. Oby łaskawie skończyło się moje dwuznaczne powstanie. A moja gadzia oschłość niech będzie mi puszczona płazem.