Lawina

27/02/2025

Długo czekałem na góry. Przez pierwsze lata rosły we mnie, wypiętrzały się w opowieściach i marzeniach. Ich gęstość wzbierała, tak że w końcu zaczęły się wyrzynać w snach, wybijać szczelinami jawy.

Wtedy właśnie, na początku, usłyszałem o Lawinie. I zakochałem się bezprzykładnie, bo nawet nie miałem okazji, by poznać swoją wybrankę, ujrzeć jej pogodne lico i nieśmiało podejść. Nie było jednak wątpliwości – musiała być piękna. Powiązana z upragnionymi szczytami, przeczuwalnie nieprzewidywalna, ale cudowna w swoim imieniu. Pani z gór, ona: Lawina.

Na nic zdało się tłumaczenie, że to tylko zjawisko, do tego bardzo niebezpieczne, czyhające w górach na nieostrożnych wędrowców. Nie wierzyłem, że nagły zawał śniegu w telewizorze, zalewający obraz huk – to ona. Nawet yeti jest stworzeniem. A zjawiskowa Lawina? Nie dałem się oszukać. Wypatrywałem jej zza niebezpieczeństw, ośnieżonych szczytów. Ukrytą w wysokim zimowym pejzażu. Tak, Lawina porwała mnie w okamgnieniu, pokochałem ją bezwarunkowo, szczerze i czysto. Patrzyłem jej w oczy, wewnętrznie przygotowywałem się na spotkanie, chociaż kiedy i gdzie – to pozostawało jeszcze tajemnicą. Naszą wspólną, oboje wiedzieliśmy o tym doskonale.

Przez wzniesienia i pagórki zbliżałem się, wyglądałem z daleka, przelotem, ni to przez zamknięte oczy, ni to w świetle dnia, jak choćby na wycieczce szkolnej, gdy zza drzew ukazały się na horyzoncie szczyty, tam, na Zakręcie Śmierci, wijącym się kręto przy najprawdziwszym kamieniu skał – widzianych do tamtej pory tylko w zalążku kamieni, w chłodnym, twardym symbolu.

Ale przecież gdy po przebudzeniu przyglądałem się zza zimowej szyby balkonu nieruchomym lasom na horyzoncie, szukałem w nich właśnie górskich grani. Czy te czubki drzew to nie najdalszy obrys gór, najprawdziwsze szczyty? Pytania pozostawały otwarte nawet za szkłem. Odległość jednak nie zabiła uczuć. Wywierzysko głębokich pragnień. Pierwiastek żeński mający imię na moich ustach. Lawino, Lawino, odnajdę cię, gdy tylko dorosnę. To los, to zew krwi. Serce zabije znów mocniej.

Nie umiem powiedzieć, jak długo czekałem na nieustannym pogórzu, wśród ukrytych wykwitów skalnych i zawiązków górskich. Mając z jednej strony równiny, a z drugiej fałdy rosnącej przestrzeni. Schowany za zasłoną podróży, w liturgii zbliżania się do podnóży mglistych masywów i ciągnących ku sobie przepaści. Ziejących i paradoksalnych – bo jak wytłumaczyć sprzeczność przyciągania szlaków i szczytów z wiszącym w powietrzu upadkiem w otchłań? Możliwość osunięcia się twardo powziętej wędrówki w dół? To wyrwy w fizyce wyobraźni. Aporia wewnętrznego ruchu i poruszenia wobec dotknięcia okoliczności świata. Kwantowa nieciągłość istoty rzeczy.

Pozostało jednak jej imię, o dwu różnych obliczach: jedno coraz wyraźniej antropomorficzne, drugie – oblicze żywiołu, brzmiące jak dreszcz, gdy śnieżna manna, gdy nieruchomość skał zamienia się w kaskady druzgocące ludzkie myśli poprzez ciało. Nie miałem złudzeń – to nie ona była nieszczęściem zabierającym ludzi ze sobą i uprowadzającym ich bezpowrotnie. Mogłem wykrzyczeć w dalekie przełęcze i górne szlaki: Lawina jest niewinna! Gdzie jest moja Lawina?!

Nie umiem powiedzieć, ile czasu, a raczej ile rozmyślań i przeczuć zeszło na czekaniu, aż dojrzeje, urośnie na tyle, by mogła mi się pokazać. W końcu jednak moja miłość, pani serca, jej chłodny policzek i ciepłe spojrzenie – została mi dana. Nie tak, jak sobie wyobrażałem, ale to nieważne. Taka jest tajemnica, źródłowe zaskoczenie spotkaniem. Miłosny napój sporządzony ze snu i czasu. Świat się obrócił i przekształcił, ale przetrwaliśmy. Ja i Lawina. Idę ku tobie. Kamień po kamieniu. Kroki są jak pocałunki ziemi. Mięśnie dźwigają ruch. Podniosłaś, Lawino, welon. Wiatr ciął śniegiem po twarzy, mróz szklił oczy. Mimo to rozpoznałem cię od razu. I ponownie zrozumiałem, kim jesteśmy.