Macierzanki

27/05/2026

Wiodę swoje wtórne życie po raz pierwszy. Moją powszechną odtwórczość podkreśla odtwarzana muzyka. Oprócz wzmagającego się pośpiechu to jeden z wynalazków ostatniego wieku. Pomimo wykalkulowanego świata wynalazki są nieobliczalne i tajemnicze. Może dlatego poświęcamy im to, co najcenniejsze: uwagę. Z tyłu głowy rozważam, jak odtwarzanie zmienia percepcję, jak rzeźbi wrażliwość. Ale dlaczego z tyłu głowy? Dziwne umieszczenie myśli. Może powstaje ona tuż pod skórą, w zmysłach albo we wdychanym powietrzu?

Mój odbiór wibracji i wszystkiego wokół jest jednak analogowy, nawet jeśli to, co słyszę, to zestaw pociętych fragmentów cyfrowanych, o przepraszam, cyfrowych. Cyfrowany jest bas wydarzeń pod moją nieustanną melodię. Basso continuo – wyjęty prosto z baroku wynalazek. Tyle że nie dorastam do swojej cywilizacji i większości wynalazków nie rozumiem. Póki co tylko z dnia na dzień jestem – czy nie taka jest właściwa definicja częstotliwości?

Przez inne sezony przebija się ten, który jest. Praca rośnie jak trawa, dojrzewa, przejrzewa, ale jej nie ubywa. Kupuję sadzonki warzyw, „na jarmaku”, jak to się u nas godo. I patrzę, jest macierzanka, roślina znana z legend o minionym smaku wsi i wolno rosnących przydrożach. Wcielenie wytrawnej woni. Więc wziąłem, ba, dorzucono mi drugą darmo, może pospolitość ziela nie ma już na wsi wzięcia? Ech, jestem małoduszny – to był dar.

Dar i zapowiedź, bo oto wkrótce K. przesyła mi swoją kompozycję – utwór Macierzanki, z muzyką do wiersza Felicji Kruszewskiej. Przeczytałem go na telefonie, choć wiersz jakby nie należał do tego świata. Zjawił się, wychynął zza faktów.

I włączyłem muzykę K. ze słowami wiersza, ale płynącą bezsłownie. Dźwięki bowiem mówią same za siebie i za słowa. Czy to nie niebiańskie – słyszeć treść i słuchać pojęć? Z tyłu głowy, czyli w ukryciu, włączam się w harmonię, myślę o wierszu w splocie z muzyką w kompozycji K., o wielorakiej jedności, której nieustannie szukam wokół. Wypatrując jej intencjonalnie, mając już w zamyśle, w prespojrzeniu, na dnie oka. (O, jak trudno duszy wyjść z wnętrza ciała.)

Kocham was, macierzanki, umajone kwieciem kwiaty, jesteście jak ten maj, który nie tylko jest tym majem, ale też majem w ogóle. Tym, naprzeciw którego wyjdę z własnych wyobrażeń, z głowy. Tak jak to mają w zwyczaju ludzie i wszystko – wyjdę. Gdy macierzanki będą rosnąć nie dla sezonu, ale dla życia samego, dla zapachu. Tego, który wie, jak jest wonny i czysty. Dla zapachu wie-czystego.

Słucham muzyki, odbieram jej puls, choć w istocie grana jest podzwonnie, cmentarnie, bo przecież nie na żywo. To drgania odgrywające rolę dźwięków, przywodzące je na myśl, przychodzące w ich imieniu. To także gra walcząca o przetrwanie poprzez mit wiecznego powrotu. Muzyka symbolizująca muzykę. Tę, która płynie na kształt krwi. Płynie, ponieważ wszystko płynie – z nią i jak ona. Płynie i rośnie. Czy to możliwe? Jednocześnie płynie i rośnie.

Jak echo powtarzającej się lektury wiersza, szpik słów, w którym mieszka cała pełnia świata. Odtwarzam na głos wyrazy, rytmicznie łączę ich cyfrowaną fakturę, by ułożyły się na kształt desygnatu. I oto macierzanki brzmią jak macierzanki:

„Jestem drugim upałem, który słońce zetrze,
Brązową miękką skórą, którą żar wysusza,
Dłońmi wyrzuconymi w skwar, w radość, w powietrze –
Nie mam zupełnie duszy. – I po cóż mi dusza?”