Trochę się spieszę, ale spróbuję wyjaśnić. Niewiele już słów zostało, nie wiadomo, jak jest z czasem. Aż tchu brakuje. Zawsze czekam na to samo. Jeden fragment, odziomek dobowych godzin. Minuty czy godziny, nieważne. Chodzi bardziej o pory słoneczne i deszczowe, księżycowe fazy, czas nie jest bezimienny i niepozbawiony jest zmysłów. Temporalne właściwości czasu są niezmierzone, choć skończone. Dlatego jest na co czekać, a nawet oczekiwać.
Chodzi mi jednak o co innego. Z pewnością wiem, o czym mówię. Okrawki lub pierwociny czasu, refleksy bezrefleksyjne, ale przyłapane na gorącym uczynku pojawienia się, nadejścia o własnej porze. Czas w postaci lotnej, skraplający się, spływający po czole, policzkach. Wilgoć czasu. Czy ta jego skąpa cielesność, cielistość konsystencji jest w wieczności? Zapytam się jeszcze, zapytam siebie, będąc nie tutaj, chociaż jakby tym bardziej tutaj, gdy być może, być może stanę się w końcu tutejszy, swój będę, a nie obcy i wyobcowany.
Tymczasem idę, to tu, to tam się krzątam, mokry od słońca, ochlapany zielenią. Czekam i obserwuję, nie oglądając się na nic. Spiesznie wykonuję czynności i uważnie czynię wykonanie. Patrząc wyraziście na ruchliwą powierzchnię perspektywy, której oś wyznacza mglista percepcja. Chciałbym więcej czasu poświęcić dziennym i nocnym godzinom, ale ciągle się spieszę, jakby nie wyrabiam. Nawet sen mam rozkojarzony, choć jestem skoncentrowany i skupiam się w sobie jak w soczewce. Zagęszczam się i rozpraszam.
Ale nie w tym rzecz, chodzi bowiem o te drobiny, minuty kątowe, drzazgi pełni, przekłuwające świadomość do żywej tkanki. Kiedy cała uwaga skupia się i zbiera w jednej chwili jak osocze wokół bólu. Przebłyski nienagłe, obfite jak kosze ułomków, chleb powietrza. Czy nie takie są konsekwencje obecności?
Oto cały ciężar obowiązków i zobowiązań, drewniejących stawów i doznań, żywotnych obumartwień, który w tej to chwili sam siebie kładzie w nawias. Albo ściąga się z siebie i lekkim gestem rzuca na wiatr. Albo upłynnia i przelewa się przez palce, wsiąka w ziemię. Albo też krąży w nieopieczętowanych minutach, bezimiennych rękopisach myśli, oddalając się coraz bardziej w blaknącym tle. To nie oderwanie ani unieważnienie. To czas spoza zbioru, kwadrans prim. To sekundy drugie, chociaż pierwsze. Soczewkowanie doczesności.