Znałem, oczywiście, że znałem. Pan Edward, właściwie zdrobniale: Edek. Zaczyński, piękne nazwisko, na zaczyn prac, których miał sporo, bo i stolorz, i pszczylorz, i gospodorz, a jakże, bo kto by nie gospodarzył. Zwłaszcza w tym jeszcze pokoleniu. Przecież starszy był ode mnie o pokolenie jak nic. Czterdziesty ósmy rocznik. Tradycyjnie, jak zwykle – serce. Chociaż mógł jeszcze żyć i niech nie będzie to bluźnienie woli Boskiej. Mógł żyć, choć zmarł w ostatnią sobotę. „Ale zły ranek tej soboty” – zaczął mi mówić Z. I się dowiedziałem. Jak to Edek? Zmarł? Znałem go od początku, to znaczy, odkąd tu jestem. „Żeby się dobrze mieszkało” – powiedział, dając mi miód. Lat temu, a z osiemnaście. Gdym się o stolarkę okienną przygadywał. Jak to zmarł? Przecież żył.
Boże, biedna Marysia, jak jej teraz żyć, bez swego. Boże, czemuś stworzył wdowy, biedne stworzenia, mocne, płaczące kobiety, których życie musi się tak przeobrazić, zasklepić. A dopierom co widział ich razem. Bo to razem, to jest życie. Edek, Edek, co się porobiło, po tylu latach. Dotknąłem trumny, podziękowałem na pożegnanie. Głos, jak mi będzie brakować tego głosu, twardego, silnego, o, i wyrazistego. „Eee, no to słuchej, bło ja ci powiem, jak to jest naprowde” – godoł. „Siądziemy, to ci opowiem takich rozmaitych historii po smoku!”. Maryś twoja uśmiechała się na przytaknięcie. Jej oczy zza zaparowanych szkieł, Boże, ile to kobiety muszą przetrzymać.
Ksiądz proboszcz na kazaniu mówił: on już nie musi wierzyć, bo wie. „Wie. Już wie.” – dzwoni mi w myślach. Czy wiedza to najwyższy sposób poznania prawdy? Nie wiem. Tak dziś mamy. Wiedzieć znaczy poznać. To nieważne, to pewnie ponad głową Edka, zmarłego Edwarda, bo na co chłopu takie rozważania, choć to on jest ponad naszą głową, ponad wiedzą. Bo wie, z pewnością, której ja ciągle nie mam. Boże, czy na prawdę wystarczy tylko umrzeć? Czy wystarczy po prostu oddać wszystko to życie, które się miało?
Wczoraj pogrzeb, a dziś to mój tato mi czytał: „Jedno zdanie bardzo mi się podoba”. I otwiera książkę. A to księdza Michała Hellera. „Śmierć jest słuszną ceną za możliwość życia”. Zdanie, jakby kto światło zapalił. Dziękuję. Tak, tak. Ciężkie, dużej wagi, cenne. Ale jaką walutą jest śmierć?
Więc stało się, nie naradzisz, ni ma dobrego sąsiada z góry naprzeciwko. Trudno się pogodzić, ale zgoda jest jakoś wbrew życiu. Dlatego poszedł pan Edek bez zgody. Zapłacił słuszną cenę. Nie musi już wierzyć. A my zostańmy jeszcze, zostańmy z wiarą.