Dotarłem tu i tym razem. Przez połacie ziemi, obszary, spłachetki świata. Szerokimi traktami asfaltu, drogami rzuconymi na miedze, między lasem a polem, żółcią i zielenią. Poprzez chaos powietrza rozpostartego nad nami. Z wszędobylską perspektywą przed i poza sobą. Godziny dobowe puchły i tęchły, aż wreszcie na horyzoncie ukazał się wiatr. Wysycony, prawie mineralny. Jeszcze złoto ubogich sosen, kwaśne mchy i porosty, bażyny i borówki, stężałe wydmy. Bezludne oblicze przyrody przeoranej bruzdami ludzkiej obecności. I w końcu zatarte ślady roślin, ości morza, kadłuby pni, wszystko w białawym piasku. Leżącym i przesypującym się przez wybrzeże. Blade łuny plaży w słonecznej klepsydrze, przeźroczystym szkle pejzażu. Ruchome przymierze między lądem a wodą, którego mimochodem stajemy się świadkami. Więc pływamy, biegamy, leżymy. Dzieci swoich czasów i oswajanych przestrzeni. Niczego więcej nie chciałem. Tylko dojść tu, dochodzić, pobyć podczas pobytu. Wiedząc, że dalej już nie dojdę. To kres, nawet jeżeli za morzem jest ląd i ciągnie się na północ, która prowadzi dalej na północ, rykoszetem uderzając na wschód i zachód. Tu jest finis terrae. Na zbiegu życia i życia, które przechodzi wskroś osi świata. Nie muszę się martwić dalszą drogą. Mogę tylko popatrzeć, koniec końców będąc na wyczerpaniu i na wypełnieniu drogi. Oczywiście że ruszę dalej. Odpłynę na krzyku mew, zabiorę się ze sztormem, na ostatniej czerwieni nad malejącą wodą. Czysto niesymbolicznie, choć tymczasem w przybliżeniu. Bo dotarłem do przyszłego końca drogi. Mogę być spokojny. U celu, który nie ma kresu, ale jest celem. Mam go zresztą we krwi. I przed sobą, jak okiem sięgnąć – oto cel podróży. Mogę się zanurzyć, zatonąć w polu widzenia, w gorliwym ruchu fal. Stąd już tylko wracać w górę rzek, chociaż nie będzie trzeba. Skoro wiem, że dalej już nie sięgnę. W wodzie widzenia, za horyzontem proroctw, przed morzem obiecanym. Przez chwilę jeszcze siedzę nad brzegiem. Nie musząc na nic czekać.
Nad brzegiem
29/07/2024