Staram się rzetelnie marznąć i ocieplać. Namiętna, zimowa praca wre, ale i tak ptaki są niedoścignione. Nawet ich lot jest żarłoczny, choć lekki. Przyroda nie jest sentymentalna. Ani nie rozważa racji.
Więc ręce, stopy. Końcówki odczucia ciepła. Rozgrzewam je, by nie obumarły i wiosennie nie zakorzeniły się w ziemi, która jest przecież żywiołem pierwszym, ale nienajpierwotniejszym. Nawet jeżeli łyko stawów i skóry skrzypi i staje się twarde, trzeba walczyć o czucie. Ten pierwiastek żeński w naturze świata. Żywotność jest jędrna, miękka i wilgotna. Wszyscy walczymy o żywotność. Dlatego jest ruch, zajęcia i obrachunek bieżących dni. Jedzenie, a tego w naszych stronach pod dostatkiem. Czy któryś z was, drodzy antenaci, by przypuszczał? Same luksusy.
W buzującym zakątku dziejów jest czas, by się ogrzać. Do tego we własnym państwie, czyli na skrzyżowaniu wyłączonym póki co z ruchu, choć wcale nie pustym, mimo prostych rysunków nienaskalnych, na których wykresy pokazują zapaść demograficzną, a zegar wybija przeludnione południe. No tak, w co mi przyszło wierzyć? W informacje, które wpadają nieustannie w orbitę głowy i spalają się w locie lub wybijają w mózgu kratery? We własne rozumienie faktu funkcjonowania świata? Każde słowo tego pytania jest dymem, o tyle gęstym, że nie widzę, co w istocie kryje się w jego dusznej atmosferze. Ale przecież sam jestem dla siebie ciasny, a myśli zdradzają naturę manipulatora i krętacza. Rozum – arbiter elegantiarum. Wielki tłumacz odczuć i bodźców. Więc skąd wiem, że nie to znaczy być człowiekiem?
Nie po to przygotowuję się na kolejne sezony, by być gotowym na wszystko. Drżę o zbyt wiele rzeczy, drżę we wszystkie strony. Czemu ciągle łapię się na tym, że nie umiem przyjąć losu, jakby był nie naszą opowieścią, ale piosenką na ustach Wiekuistego? Czemu muszę być dzieckiem swoich czasów?
Na szczęście są troski, mnożą się, zaskakują, więc wychodzę z obejścia wewnętrznych dialogów. Po mętnym niebie snują się rozliczne sygnały radiowe. Fale faktów zalewają pola i drogi, wnikają do domów. Trudno mi uwierzyć, że pogoda nie ma wpływu na sytuację krajową, geopolityczną i tym podobne. Gdy jest mróz, kurczą się granice, rozpychają rzeki. Podczas odwilży grzęzną zamysły i zamiary. Horyzont ciągle się przeobraża, przychodzi nie wiedzieć skąd, choć niby radary pokazują prawdę przestrzeni, realne fluktuacje ciśnienia i wzbierającą żółć temperatury. Nasz świat to bowiem sprawa globalna. Tak mówi wiara w ludzkość. A ludzie są obecnie mocnej wiary. Zinterioryzowna ludzkość to nasza wiara i każdy jest kapłanem w tym systemie wierzeń. Choć w szerszym ujęciu to z pewnością tylko prymitywna religia gospodarki i stosunków międzynarodowych. Globalne zaburzenie pourazowe. W glebie rozsądku rejestruje się znaczne stężenie opioidów. Hybrydyczne syndromy włóczą się jak potępieńcy między jednym a drugim aktem przemocy. Wielkie sekty państw nuklearnych wciąż każą się prosić o pomoc. Potrzebne są proszki, pani Ziemia ma globus.
Ale oto poranek, czystej wody szaruga, trzeba nakarmić zwierzęta, które cudownie rwą się do życia. Ich sierść koloru gliny, próchnicy, iłów i skał. Bogactwo, którego nikt mi póki co nie zazdrości. Tak jak książek, którymi ocieplone mam ściany pokoju. Więc bezkarnie i zaocznie mogę być bogaty. Ot, na użytek chwili życia, które jeśli uprawia ekspansję, to tylko przez samo istnienie. Czy warto wydać kolejną godzinę na co innego? Oby jak najdłużej nie było warto i nie było trzeba. Cokolwiek przyjdzie kiedyś przeczytać w annałach, oby ich zapisy były lakoniczne i nudne. I taktownie nie wchodziły między wiersze, gdzie zostaniemy przemilczani z całą szczegółowością dnia, pracą u podstaw, oczekiwaniem wiosny i drobnymi zbiorami owoców. Na tym polega sukcesja życia. Niepisana zasada bycia tu i teraz. Przeplatanie ciepła i zimna, walka w kręgu tygodnia, miesiąca, wirowy ruch obowiązków. Szorstka namiętność życia.
Zimowa praca wre. Łachy szreni w polu, poranny szron i zmarzlina. Domowe ognisko, zacieranie dłoni. Dar walki o podstawy. Dzieci wracają ze szkoły. Wychodzą ze szkoły. Oby dzieci miały dzieci. Taka jest żywa tradycja i jej ustny przekaz, którym jesteśmy. Niech nic innego nie opowiada nam świata. Pozostaje człowiek. Ustny przekaz. Jak pocałunek.