Wychładza się ziemia. Kapryśny deszcz i zetlałe słońce. Tylko brzozy trzymają się jeszcze jedną ręką złotej jesieni, ale to już dziesiąty dzień. Misterium listopada trwa. Klucze dzikich gęsi otwierają niebo. Księżyc w przelocie faz i półfaz. Pod krzyżami – zmarli.
Fundacja możnej rodziny Szujskich: obok mojej białej Maryi, spoglądającej z góry na cmentarz i na mnie, odkrywam grób swojego poprzednika. Więc dziękuję za parcelę, kwaterę życia, za dom w litym drzewie. Jaki użytek zrobiłem z tego, co otrzymałem?
W kieszeni klucze, rozsypane zapałki, kłąb chusteczek i paragonów. Para z ust. Ciągle jesteśmy niegotowi. Jak tu ugościć wszystkich świętych?
Mniej gadam, więc głos się obniża. Co dzień korbuję wodę dla zwierząt, wiadro za wiadrem. Saturn i Syriusz na niskim horyzoncie. W nocy widzenie nieba: pierwszy jesienny Orion.
*
Tymczasem umiera M., jakby wreszcie. Od lat umierał, ale tym razem na amen. Wreszcie. Niżej już nie będzie. Oglądamy sobie nagrania, jego raporty znad ukochanej rzeki, jedynej ukochanej. Dominika wie.
Kilka dni po pogrzebie jedziemy na grób. Misterium listopada. We dwoje. Pochmurno, czasem mży. Niewiele jest godzin dnia, trzeba się zmieścić za widoku. W lesie czyjeś auto w rowie. Za szybko wzięty zakręt. Kierowca młody, podniecony, niezbyt trzeźwy. „Pomóżcie, pomóżcie”. Boi się policji. Nie ma linki. Zatrzymują się przejezdni. Wyłącz silnik. Ale ktoś przyjedzie po niego, bo on stąd. My spieszymy, z daleka, kilka godzin jazdy. Nic tu po nas.
Miasteczka puste, ulice. Kraj się wyludnia, nawet jeśli ludzie chowają się przed listopadem, nie ukryjesz opustoszenia. Tylko uciekinierzy przed trzeźwością, miejscowi. Z rzadka przechodzą. Z bliska kurwują. Słychać w centrum, gdy dojeżdżamy do celu. W jedynym otwartym lokalu kobieta, patrzy zaskoczona na widok wchodzących. Od biedy ma zapiekanki, w które sama nie wierzy, więc idziemy. Nie ma gdzie zjeść.
Ale po drodze sosnowe lasy, wilgotny mech pod nogami, ostatnie chłodne grzyby, barwne kapelusze jesieni. Kraina dwóch rzek, Czarna wlewa się do Pilicy. Usłysz te imiona w języku nowej ziemi i nowego nieba.
Odwiedziny u wejścia: Wujek J. uchyla drzwi. Poznaje, tyle że zmieszany i samotny. Pytamy o groby: żony – ciotki H. i M., bo przecież zmarł. Chcieli go do mogiły dla bezdomnych, ale siostra nie pozwoliła, więc jest osobno. Przecież nie był bezdomny, nawet jeśli ta melina już zapomniała babci i innych. Kłódka zamknęła historię.
Zza ogrodzenia ktoś filuje, tak, to ciotka H. Zresztą kto by tu nie widział przyjezdnych. Pustka, wszystko pustoszeje. Wujek J. tłumaczy: za kaplicą w lewo i zaraz w prawo, a M. pod murem dalej, taki jasny krzyż. „Wchodzita czy idzieta, bo zimno”. Więc idziemy. Jeszcze nie na cmentarz, ale na groblę. Nad rzekę. Ukochaną.
Z naprzeciwka nadchodzi starsza kobieta. Różowa chusta nie licuje z niczym. Kto może tędy przechodzić? Czarną kreską podkreślone oczy. „Dzień dobry, poznaje mnie pani?”. „Od razu, nic się nie zmieniłaś”. Mama tamtego B.: „Czasy się zupełnie zmieniły” – mówi i raz jeden patrzy prosto w oczy: „To nie są dobre czasy”.
„To nie są dobre czasy. Nie dla mnie”. Jedyny wnuk mieszka w Warszawie. Brak już kontaktu. Nie przyjeżdża. „Jeden wnuk, to jakbym żadnego nie miała”. „Nikogo nie ma”. „B. pracuje, siedzi w domu. Ale co to za praca – w domu?”. „Nie ma dzieci, w ogóle coraz mniej ludzi”. „Co będzie dalej?”. Ciotka H. krząta się na winklu, zerka, znika. Obok podziurawiona, stara szklarnia.
Wujek niesie drewno. „Trzeba zapolić już”. Żegnamy się nieznacznie, jedziemy na cmentarz. Najpierw kościół, wielki i ceglasty. Niedziela w połowie, więc nikogo, nawet mszy. Dalej cmentarz, sklep ze zniczami i słodyczami. Poszukiwanie mogił, telefon, ochrypły głos A., kuzynki, siostry. Zapadły grób rodzinny. Dziadkowie, wujkowie, zmarły przed tygodniem M. Wieczny odpoczynek. Kropi deszcz. Robi się szaro, tak że nie odróżnisz popołudnia od wieczoru. Błyszczące światła asfaltów. W domu dzieci czekają ze snem.
Zbiera się nam na deszcz. Bezgwiezdna mgła. Malejący księżyc biorę na wiarę. Nie ma jeszcze połowy miesiąca, ale listopad to obrzęd. Trzeba trzymać się rytuału. Niech tylko jego rytm wybija nas z rytmu.
*
Łabędź odlatuje z widnokręgu, coraz wcześniej rozpływa się na zachodzie. Jego skrzydła, korpus to gwiazdy. Zaczęła się mgła, wreszcie. Oprócz ciułanej codzienności nic takiego się nie dzieje. Życie płynie obok bólu. A może nie? (Sorrentino)
Wyobrażam sobie raj jako pożegnanie ze wszystkimi, wysyconą samotność wędrówki, która prowadzi poza widnokres. W pokruszone igliwie i plechę. Nie umiem odżegnać się od zmysłów. A jeśli jednak spotkam swoich przodków z krwi i kości? Czy zamienię się wreszcie w słuch?
Roztrwaniają się ostatnie okruchy złotej jesieni, brzozy i leszczyny. Szaruga nie jest srebrem. To pierwotne ubóstwo, które jest i może być wszystkim. Niedościgniona materia prima. Tymczasem już może za progiem, za winklem nocy zaczyna się późny chłód. A przecież marznięcie to czynność, to praca, którą trzeba podjąć całym sobą. Marznięcie to walka i nadzieja. Proroctwo połowy listopada.
*
Dwudziesty dzień miesiąca, nów księżyca. Poddani rytmowi, który obecnie jest jak ledwie wyczuwalny puls, ulegamy zbiorowej halucynacji. Godziny są tak upchane, że nie da się ich zamknąć. Żyjemy w złudzeniu dyktatu czasu sztucznego (Pérès). Ad mortem festinamus. Księżyca nie widać, chowam się za księżycem, by nie powiedzieć wszystkiego, przemilczeć.
Tu, w okolicy, po kilku miesiącach dziwnych chorób zmarł zupełnie dotąd zdrowy młodzieniec. Po tych, którzy zginęli w ciągu roku w wypadkach to kolejna ofiara bezgłośnego absurdu. Bo przecież można też żyć kilka razy dłużej, ale nie. Śmierć chyba nie jest wielkim matematykiem, nie ma wzorów na to, kto będzie następny. Więc nadal staram się cieszyć drobnym bukietem, który zebrałem pierwszego listopada na łąkach nad doliną Rajbrotu. To, co półżywe albo uschłe, nie butwieje tak łatwo.
Żołądek się ściska na myśl o teraz. Sprawczość nie unieważnia bezradności, dlatego obecnie zaczynamy dzień przed świtem, a kończymy bez cienia słońca. Tak czy owak pracujemy, zupełnie bezradni. Modlę się, ale nie o cuda. Tylko o życie w żyjących, młodość w młodych. O jasne życie i przejrzenie.
Czy można niepokoić zmarłych? W siódmej klasie druga część Dziadów. Zaklęcia się powtarzają, wracają słowa jak duchy. Znów zanurzamy się w tym, co umyka naszej uwadze. Ale i tak jesteśmy rozproszeni, chorzy. Jesteśmy niewidomi w hucznym oświetleniu, światłach i wyświetlaczach. Dzieci rosną za szybko, tygodnie przeciekają między palcami. Czas przyspieszył, bo przestaliśmy się powtarzać. Powtarzać.
*
Ostatnie dni listopada. Czas pokochać błoto. Nasza historia jest historią błota, grzęźnie. Nasze dziedzictwo, nasze czarno-bure złoto. Na poły płynne i stężałe. Zanurzmy się w nim z czułością.
Już pierwszy śnieg, od razu po łydki, i pierwsza odwilż. Zmarli odchodzą, oddalają się wraz z dniami listopada. A żywi? Powinniśmy zastygnąć nieco, znieprzytomnieć. Ale zgubnie walczymy o uważność i aktywność, pobudzamy się, ogrzewamy. Choć obecnie nic szczególnego nie zależy już od naszych działań. Nic szczególnego. Kawa zaprawiona jest złudzeniami.
Zabrakło prądu, ale na zbyt krótko, obrazy w oczach nie zdążyły nikomu pociemnieć. Pozostała tylko podświetlona na czerwono awaria i wyrzekanie. Może to moje drobne, chtoniczne bałwochwalstwo, ale życzyłbym wszystkim, by lokalne ziemskie bóstwa objawiły się pod postacią braku prądu. Wszystkim żyjącym posyłam kolędę życzącą: niech w naszej bezradności zwrócą się jedni do drugich, niech zapanuje bezradność człowieka. Wielka bezradność, w której tkwi to, co najszlachetniejsze. Niech kraj będzie biedniejszy i mocniejszy, życzliwszy. Cichszy i pogodniejszy w marznącym deszczu, w najkrótszych dniach roku.
*
Myślimy o dzieciach. Ich ciężary są naszymi ciężarami. Choć ich życie należy już do nich. Czym byłoby życie bez dzieci? Tym, czym mieszkanie wewnątrz dwudziestego pierwszego wieku – postępującym zdziwaczeniem, snuciem solipsyzmów, rozczulaniem się nad rozlanym mlekiem. Nie każdy jest mieszkańcem swojego wieku. Odrzucenie płodności to nie wybór, a jedynie kapitulacja. Wyrok wydany sobie. A przecież nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.
Półtorej godziny w mieście Krakowie. Sobotni poranek. Psy i pieski z wycieranymi łapkami, w sweterkach, skafandrach, noszone w kocykach na ręku i wożone w wózku. Psy i pieski.
Obyście, moi odeszli i przychodzący zmarli, nie przestali się rozmnażać, nie umierali śmiercią drugą i trzecią, po której stygnie pamięć pamięci. Czemu los wydał was w nasze ręce? „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, też nie uwierzą”.
Wigilia świętego Andrzeja skrzy się mrozem. Zlodowaciały śnieg i mróz to łaska tego roku. Niech stygną nasze zmartwienia, nasze chrome dusze, niezawiniony spadek po dalekich bliskich, wrodzone blizny i zagnieżdżone zranienia. Chłód cudownie nas przygasza, przywraca nam pozycję embrionalną. Człowiek na to jest, by się rodził. Święty Andrzeju, patronie małżeństw, uproś temu ludowi pragnienie potomstwa. Na świadectwo życiu danemu od Stwórcy. Pierwsza niedziela Adwentu, ostatni dzień listopada okryty fioletem, doroczne obrzędy. Powtarzamy się jak Hostia, czekamy na jedyne chrzty rodzących się dzieci. Na przemian martwimy się i uspokajamy. Powtarzamy się, powtarzamy i utrwalamy.