Patos

09/05/2022

Drodzy Potomkowie. Żywiąc wielką nadzieję, że jesteście tam, za rogiem światła słońca, które pod ostrym kątem wschodzi i zachodzi nad każdym oddechem i zamysłem, że jesteście kilka gwiezdnych mgnień dalej – chciałem wam powiedzieć, iż tu i teraz naprawdę nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Przyszłość rysowała się plamiście, mgliście i niewyraźnie. Wróżyliśmy z ruin i mowy ciała, badaliśmy słowa, jakby miały jakieś szczególne znaczenia i warstwy, a nie miały. W tym miejscu i czasie, z którego do was się zwracam, znowu i znowu wielu ludzi cierpiało i ginęło, produkowano dużo broni i misterium nieprawości odgrywano w kolejnych krajach i krainach, a żadni dyplomaci, jasnowidze ani duchowni nie byli w stanie powiedzieć nic sensownego. Sami wiecie, taka nasza gatunkowa przypadłość, nieparzystnosercowych i doczesnorodnych. Nic nowego pod słońcem i satelitami, które są naszą niedorzeczną dumą. Śledząc bacznie posunięcia wojsk i wystrzeliwując kolejne informacje, i tak na przeszłość patrzymy przez zaćmę, a przyszłość mamy pogrążoną w głębokim astygmatyzmie. Tymczasem jest dziś. Kwitną i przekwitają opóźnione wiśnie i grusze. O, i dołączyły się jabłonie. W bluszczu na domu, w którym jestem, jakiś czas temu uwiły sobie gniazdo dzikie gołębie i zdążyły już się gdzieś przenieść, a na drzewach wokół domu przemieszkują ostatnio dwie sowy uszate. Liczę na to, że tak jak one będziemy żywieni łaskawą ręką Stwórcy ziemi, choć mocno zaszliśmy mu za skórę. Tej jesieni, która zapowiada się biedna jak mysz kościelna, może będę wiedział więcej i coś może wam wyjaśnię. Na razie jestem zdezorientowany. Nie umiem zaufać nikomu, kogo znam ze świata wiadomości i informacji. Nie będę wam tu wypłakiwał nad przyszłymi cenami zboża ani nad niedojrzałością mocarstw, które od wieków siedzą w tej samej klasie i wcale nie mają zamiaru skończyć podstawówki. „Rosyjski! Do tablicy. Pokaż na mapie granice przyzwoitości. Znowu za daleko. Za daleko” – słyszycie to? Oby nie, ale każde czasy mają swoją Amerykę czy co tam. Nie wspomnę o Niemczech i Francji, by zawczasu nie zdradzać, że wszystkie ważne kraje uważam za pospolitych zdrajców i Judaszów. My tymczasem nie sprawujemy pieczy nad trzosem, więc przyjmujemy inną rolę. Ale kto decyduje o tym, kto staje się oprawcą, a kto niewinnym? Kto wojennym zbrodniarzem, a kto cywilną ludnością, ofiarą, uchodźcami? Obie role splatają się w węzeł niesprawiedliwości. Nawet jeśli nie potrafimy umrzeć ze strachu przed samymi sobą, winniśmy się siebie bać. Lekko drżeć na swój widok. Chociaż teraz mamy jasno zakrojonego wroga. Sam nam się narzucił, systematycznie i systemowo. Wyrzygał się na nas stekiem kłamstw, starym i zepsutym, w sosie kremlowym, którym historia raczy nas od dawna. Czy zamykaliśmy na to oczy? Kto by się spodziewał. Nawet sobie nie wyobrażacie, jacy dzisiejsi ludzie byli cywilizowani i jak daleko posunięci w swoim mniemaniu o własnej ewolucji i oświeceniu. A tu znienacka wielka czerwona plama na mapie. Car w otoczeniu wartowników zadzierających buta wysoko i zamaszyście. Ech, trudno mi powiedzieć, czy walczymy tu dla was o lepsze jutro. Sam raczej prowadzę drobną dywersję na rzecz chybotliwego dzisiaj. Niby liczę na sojusze i alianse, w istocie jednak nie znoszę europejskiej buty i sprośnego dobrobytu Zachodu, amerykańskiego cwaniactwa i carskiego mniemania o własnej pozycji. Ale uważajcie na mnie. Zza zasłony przeszłości spogląda na was ten, który dziś jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Nie o mnie tu jednak idzie, tylko o was. Przecież nie mówię w próżnię. Nawet jeżeli Syberia jest pustką, jest coś większego od niej. Ze środka naszej wolności mogę śmiało powiedzieć: zanim księżyc oddali się od nas na dobre, słońce stanie się karłem, pozostają nam psalmy. Pierwszy i drugi. Pamiętajcie. A nie mówiłem? Sami widzicie. Niby stary testament, a jakby wczorajszy. Mogę tylko powtórzyć: Psalm pierwszy i Psalm drugi. Dwa pierwsze Psalmy.