Prawa

06/02/2025

Luty. Zimowe dni przenikają zaledwie przez wierzch skóry. Rozchodzą się po kościach dłoni i stóp. Przymrozki tylko nocą zaglądają do okien. Przedwiośnie pcha się, nie wiedzieć skąd. Przynagla do prac, w których lada miesiąc zanurzać się będzie świadomość na pełnym wdechu. Ale kiedy się wynurzy?

Wśród pór roku cały ciężar czasu zawsze sprowadza się do teraz. Tyle że obecnie tak jakby go nie było. Brak jest teraz. Wpisana w moją naturę zima nie znajduje ujścia. Nie daje spojrzeć na świat z właściwej sobie perspektywy: poprzez surową trzeźwość mrozu. Płytki sen ziemi, majaczącej niespokojnie, oddychającej mgliście, mamroczące krzewy i gałęzie nad leżącymi na wznak żółciami łąk. Może dlatego trudno się skupić? Nieprzytomnieję wraz z lutym, zasypiam dla zimy zamiast żarłocznieć jak sikorki, których metaliczne terlikanie jest jak gra na soplach.

Wieczorem budzą się kłęby pary i skrząca twardziel podłoża. Przecieram twarz zmrożonym lekko powietrzem. Jak ostudzić swoją obecność? Zbyt mocno nasączoną elektrycznym światłem, zabałaganioną przedmiotami myśli? Psy nieustannie łowią dźwięki i poruszenia. Z rozrzutną czujnością wszczekują się w ciemność, wytracając swoją prostą energię. A nocne godziny cierpliwie wchłaniają jej nadmiar.

Zamiast węszyć tropy zawiązanych wątków, wychodzić przed nierówny szereg wydarzeń, warto by wyciszyć przeczucia i słowa. Dociekania i domysły. Trzeba wystudzić godziny i rozrzedzić. Taka jest treść zimy. Na wyładowania przyjdą inne pory. Nawet jeśli za dużo się wydarza, niech dzieje się niewiele. Luty będzie się sączył do ostatniego dnia.

Wieczorem wstaje zmrok, rano zapada dzień. Zarzewie zieleni jest w lodzie. Nazajutrz przyjdzie nazajutrz.