Preludium, introdukcja

10/04/2026

Omija nas życie. Opływa. Znajduje prostsze drogi i mniejszy opór. Sączy się w poprzek, na przekór duktu poczynań i szkicowej obecności, mimo uwagi poświęconej sobie. Więc znów zajmujemy się czymś, co ujdzie z dziurawego naczynia jak czas z doczesności.

Na jednym niebie zza nietożsamych z dniem wczorajszym obłoków pokazują się Arktur i Capella, z pobocznym wątkiem gasnącej Betelgezy i zawsze bezprecedensowym Syriuszem. Możesz zgadywać: jest kwietniowy wieczór, z tych mroźnych, gdy soki spowalniają i pierwsza zieleń gęstnieje; ptasie gody muszą się napuszyć i jakby ukryć w rzekomej ciszy. Jednak świąteczna oktawa trwa, ale bluźnierstwem byłoby ją zatrzymywać. Jeszcze nie wstąpiła w niebo, które tymczasem potrzebuje kilku minut na wyemanowanie dnia, dośpiewanie melizmatycznego Alleluia. Jego głos wnika w sklepienie, kończy się, lecz brzmi. 

O czym doprawdy wspomnieć, by móc się ponownie powtórzyć, uwierzyć w cud? Zdumieć się w tym nieuchronnym żywocie, roszczącym sobie nieuzasadnione prawa do samostanowienia i przyzwyczajeń? Wybij nas, Boże, z tego ziemskiego mesjanizmu roli, zdzieraj z nas maskę namiętności, pod którą jest przepaść ciała.

Czy już się domyślasz puenty? Cielesność się nie zdarza, tylko ujawnia. Czym jest uwielbione ciało Chrystusa? Muzyką zmartwychwstania, wstępem do człowieka. Ale to jedynie z naszej perspektywy. Zatem kim jest Jego ciało? Myślą i zamysłem przenikającym skórę. Kształtem i dotykiem tchnienia.

To jest znaczenie słowa „źródło”, do którego się nie przebijemy, dlatego tylko patrzmy, wypatrujmy. Jakby miało się pojawić na końcu języka, na horyzoncie. Wytrysnąć ku życiu wiecznemu. Tego nierozwidnionego dnia i niezapadłego wieczoru, to jest dzisiaj. W widoku kilku zimowo-wiosennych gwiazd, w kwietniu rozbryzgującym się na magnoliach, mirabelkach i forsycji. Z rozproszonymi bliskimi przy jednym wspólnym obrządku.

To rozbłysk świąt, które przejdziemy, by zaśpiewać pieśń na cześć śmierci pożerającej wygnanie i obcość. O życiu, którego zawsze brakuje, chociaż wydaje się inaczej. Bo jesteśmy jego symbolem, odblaskiem, pragnieniem. Omija nas. Opływa, wycieka. Niestety. Na szczęście.

Vidi aquam egredientem de templo a latere dextero, alleluia.