Koncert zespołu Linnamuusikud z Estonii
Stało się, weszliśmy do środka. Nie było co czekać. Odrapana farba drewnianych ścian dawnej cerkwi, miejscami deszcz sączący się ze stropu. Krzątanina z szumem w tle. Cierpliwa wilgoć i chłód podbity ciszą. Na początek trzeba się wyłączyć. Zmienić stan skupienia. Oczekiwanie i ciekawość – prolog w dwu słowach.
Powinienem jednak zacząć wcześniej. Wspomnieć choćby o obecnych: całą listę imion, rzeszę twarzy, wedle porządku wdzięczności i ukontentowania, nie pomijając nieznajomych. I okoliczności, jakby niedzisiejszą mieszaninę spotkania, muzyki i modlitwy z okazji grupy Estończyków. Tych krajan z innej krainy; obcokrajowców, których obcość jest zupełnie rzekoma wobec wspólnego pochodzenia z tych okolic chrześcijańskich nadziei, które leżą blisko zimowych pejzaży Nowej Jerozolimy.
Teraz wejdźmy do środka, to znaczy – wyjdźmy z zewnętrza, by zająć miejsce. Powoli trzeba się spieszyć. Linnamuusikud. Czy ich styl nie był już znany, a pieśni wielokroć osłuchiwane? Melodie i harmonie nurtowały i mnie. Ile razy śpiewy muszą być powtarzane, by wykrystalizować się w żywą treść? Stałe towarzystwo dni i tłumaczy godzin?
Dlatego nawet jeżeli stają się częścią myślenia, trzeba na nie czekać i wyjść im na przeciw, gdy wracają.
Zatem zbiegł się dzień z wieczorem. Muzykanci miejscy i wiejskie miejsce. Zabrzmiało: Nüüd südant inimene sa hästi valmista. Czy serce nie pałało w nas, gdyśmy słuchali? Czy to przypadek, że nuta znaczy w tym języku płacz?
Ciała niebieskie dźwięków krążą wokół Stwórcy. Tego wieczoru są na wyciągnięcie ręki, jak światło Wenus. Ich głos się rozchodzi po całej ziemi, to znaczy w miejscu, w którym jesteśmy, a to mały kościółek na peryferiach historii, u podnóża granic. Wątła świątynia zaledwie. Muzyka rozciera zdrętwiałą przestrzeń, przywraca krążenie i sama krąży. Wnika w przestrzeń i wraca. Przechodzi z postaci w postać, topi się i zamarza. Ciepła w zimną noc. Mroźna w skwarze. Dobrze, że tu jesteśmy. Czy trzeba czegoś więcej? Postawmy tu namiot. Niech Chrystus pobłogosławi nam pragnieniem zbawienia. Rozjaśni nad nami swoje oblicze.
Dźwięki koloru lodu nad śnieg wybieleją, okrywając swoją szatą nasze spotkanie. Nie trzeba prosić o trwanie, wiedząc, że to muzyka dyktuje czas, a nie na odwrót. Tymczasem melodia wznosi się jak kadzidło i ciąży ku swoim fundamentom, a jej prosty koniec, jej tonus finalis to cisza. Czy nie wiemy, że pozostanie tylko notacja ostatniego tchnienia, melizmaty wypisane szronem na szybie? Pamięć inkrustowana ciepłymi przepływami brzmień. Danych nam tu i teraz jako zapowiedź, symbol wiary wypowiedziany w języku aniołów.
O jak są pełne wdzięku na górach
nogi zwiastuna radosnej nowiny,
który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście,
który obwieszcza zbawienie
[……………………………………]