Sezon

31/07/2025

Lato nie ma tajemnic. Tylko może skwar. Gdy drży jego skóra w nieruchomym widoku. Leży obnażone, dojrzewa i schnie. Żniwa mocują się z ostatecznością, z największym uporem, jaki zna mój wewnętrzny człowiek. Ten, który podpowiada mi czasem, kim mogę być i czy w ogóle kimś jestem poza tym, co się w ogóle kojarzy. Więc lipiec i sierpień trwają. Rozwijają się i płyną liturgią światła i znużenia. Ciepło zaciera ślad skracającego się dnia. Tymczasem za łanami zbóż powraca morze. Lipiec spada pierwszymi jabłkami prosto w sierpień, niepowstrzymanie owocujący, zawiązujący się w snop sezonu. A morze? Niby dojrzewa falami, ich bruzdy jak niekończąca się orka zaklęta w wodę. Rytmiczny szum jest jak ogłuszający, nieustanny kosmos, otwarty daleko po zmroku, tutaj, gdzie słońce się spóźnia z odejściem, choć ruch żywiołu nie zna gry na czas. Kąpiel jest dotykiem, łagodnym poznaniem chłodnej skóry. Ziemsko i lipcowo kocham cię, morze. Kobieto i odległy przyjacielu, półobca istoto, która wnika w tkanki, czucie. Kocha cię mój wewnętrzny człowiek, którym jestem. Latem, o tej porze, która tu, na lądzie, jaśnieje, zaprzepaszcza się w deszczu i pod szerokimi liśćmi lipy, pod jagodziną, pod jarzmem owoców schnie i schnie. Na ścierzni, rozpalonej i bezwstydnej. Późnej, choć pełnej jeszcze namiętności. Modlę się z tobą, morze, wobec ciebie i przez ciebie. Niosę cię, tak jak ty mnie. Karmię cię chlebem, eucharystią, gdy przyjmuję ją w siebie. Bezbrzeżne połacie fal kładą się i kładą pokosami, warstwami. Unieważniają ziemską plenność, choć są płodne do głębi, która przyzywa głębię, wzbiera i opada. To gra podobieństw, dalekich, ale wyraźnych. Sieci skojarzeń, w które jesteśmy złapani jak w życie. Żniwa walczą ze śmiercią, nieujarzmione morze kończy się poza wodami. Morze nie ma tajemnic, bo nie ma nic, co nie byłoby tajemnicą. Żywioły głoszą sprzeciw i zgodę na wszystko. Mówią o sobie w języku erozji. Na styku ziemi i wody przesypuję w rękach piasek jak odwieczne proroctwo. Odczytuję. Między lipcem i sierpniem, miesiącami człowieka, wewnętrznie nienaruszonymi, ogarniętymi niespożytym ruchem. W przesilającym się roku. Jestem w lipcu i sierpniu. Jestem lipcem i sierpniem. Tęsknię za lipcem i sierpniem. Jak za Stwórcą, którego szuka mój wewnętrzny człowiek. Wypatruje tak jak się wypatruje wieczora i poranka, sylwetki nadchodzącego jutra i twarzy wczorajszego dnia. Lemiesze statków orzą powierzchnię wód. Mój ziemski, nadmorski Boże, objawiający się na styku horyzontów, styku rytmu z czasem, ciała z myślą. Wypatruję cię, węszę. Podczas każdej mszy poluję na ciebie, łowię i łapię za słowa. Wreszcie pożeram i pochłaniam. Tu, gdzie jestem. W letniej krainie owoców i wydm. Łąk i fal. Czy z czymś to się nie kojarzy?