Styczeń. Źródlisko

13/01/2026

Zaległa zima. Odcienie bieli: skrzy się światło, błyszczy noc, szara zawieja wżera się w zmysły. Syczy zadymka, przesypując lodowy piach, świszczy, puszy się i pyszni. Dni mierzą się białym widnokresem. Stygną myśli. Śnienie na jawie.

Kochamy się w żywiołach, chociaż są naszymi oprawcami. W śniegu i lodzie utkwiła przeszłość wraz z krewnymi i obcymi. Tymczasem dzieci idą na sanki, ślizgają się po wierzchu i zanurzają w soczystej zmarzlinie. Przeraźliwa zima rzeźbi wzory. Jej wyroby cieszą się długą tradycją, sięgającą początku, gdy ostatecznie zeszli się Czas z Dolą. I zrodzili zachwyt i ból. Zło i dobro to inna, dalsza baśń. Moi drodzy przodkowie, krewni, których krew obróciła się w lód lub nad śnieg wybielała, płynąc obficie. Albo też śnieg zabarwiła. Czy to nie syndrom sztokholmski, kochać się w zimie? Mróz płynie z północy, zza Sztokholmu i miast głębokiej Skandynawii, gdzie ludzka krew się rozrzedza, rozrzedza i zanika. W raju bowiem nie ma ludzi. W sercu północy, pod opieką Gwiazdy Polarnej, życie umajone jest szadzią.

Na granicy wyobraźni patrzą na nas gwiazdy źrenicą bez powiek. Czy to nie straszne? I nie piękne? Światło nie ma powiek, ale patrzy. Pali, lecz nie spala, zza kotary przestrzeni, wewnątrz której mamy swoją lichą kolebkę, przybytek losu, i nienasyceni jesteśmy bezpiecznym przebywaniem. Pragniemy cię, światło bez treści. Bo treść rodzi się z braku bezpieczeństwa. Nasze losy są tak pogmatwane, że trudno w nie uwierzyć. Przybądź, światło bez treści, matko zimnych do cna pejzaży, które bez żadnej zasługi podziwiam. Obym potrafił w każdej chwili powiedzieć: „Słusznie, że jesteś”, „Słusznie, że odchodzisz”, „Słusznie, że cię nie ma”. W każdej chwili i doświadczeniu. Obym potrafił powiedzieć: „Słusznie”. Tego uczy zima.

Nie mogłem trafić lepiej, otrzymać więcej. Jestem stąd. Gdzie dnem i szczytem roku jest mróz. Miarą i odniesieniem jest biel zimy. Oczekujemy jej i myślimy o niej z trwogą. Uciekamy przed nią  – zamrożeni. Głęboki wdech i skok. Choć tak naprawdę mamy się wynurzyć. Przejść za kotarę przestrzeni. Poprzez zorzę nad ośnieżonymi jodłami, która utrwala się na naszej twarzy, promieniuje. To nauka, która płynie z zimy. Pracuj nad swoim zachwytem. Obyś zawsze potrafił powiedzieć: „Słusznie”. W godzinie próby, która nie zważa na okoliczności. Ale zło i dobro to późniejsza baśń. Zima jest starsza. Jej lokalna historia, cudowne wcielenie w świat, przebija przez pamięć. Promieniuje z tła. Jej pierwszy lód istnienia, pierwsze uderzenie serca.

Śnieg bowiem to krew, która pragnie wrócić do swojego pierwotnego stanu. To nie wniosek, nie definicja, tylko początek, zadatek radości, słowa wyssane ze stycznia. Dlatego jest z czego się śmiać. Kłęby wydychanej pary są śmiechem oddechu. Oddychaj, oddychaj mocno. Właśnie tak. Tak właśnie.