Tropy

25/10/2024

Wieczór zapadł jak wyrok uniewinniający. Wobec jawnych przewinień skąd tyle miłosierdzia na horyzoncie? Zapisane jest ono w polu widzenia, na marginesie widnokręgu. Odmawiam modlitwy z dnia, swój chodzony różaniec. Jednogłosowe dziesiątki w poprzek miedz i ścieżek. Tu i tam wyszedł zmrok spomiędzy drzew i pól, oddolnie i organicznie. Wstając i kładąc się cieniem.

W oddali nad większymi miejscowościami elektryczne łuny. Dalej płyną drogi zlewające się do aglomeracji o coraz drobniejszej frakcji. Widzę to z orbity pamięci, satelituję nad obrazami. Babie lato ulic miasta rozjarza się na przekór logice doby. O tej porze rozkłady jazdy biegną już do przodu, na drugą i trzecią zmianę. Wychodzą na jaw witryny i wszelkiej maści oświetlenie, jawnie chore na bezsenność. Znów przyciąga grawitacja klubów nocnych. Ale ciała niebieskie w poświacie stroboskopu nie mogą się do siebie zbliżyć. Antropomorficzne asteroidy krążą i spalają się w zagęszczonej atmosferze. Wydzielina poplątanych dźwięków i wybijanych hurmem rytmów przecieka przez ściany. Rozrzedzające się osiedla kluczą, dochodząc do szos, szumnie wyprowadzających się za miasto – znać sznury latarń i chodniki wzdłuż szczelnie zapakowanych lokali mieszkalnych. Świat poza skrajnią wzbiera obcością. Potrącona sarna należy do lisów.

Astronomiczna jesień jest coraz rozrzutniejsza. Liście odcinają się od nieba gęstym cieniem. Czy czerń nie jest tylko ideą? Nieosiągalnym punktem dojścia do swojego prawdziwego znaczenia? I czy da się ją odczytać nie tylko wzrokiem? Teraz, gdy uobecniam się zaoranym polom i konturom niewidzialnej zieleni wzgórz, wzrok odzyskuje się sam w sączącym się zewsząd śnie. Poluje już sowa, z którą od kilku miesięcy udało mi się złapać wspólny język dobowego rytmu. Ale na szczęście nawet oswojony świat nie przestaje być groźny i nie można czuć się bezpiecznie. Bo tylko wilk wilkowi jest wilkiem. Zresztą, tropy, w które można wpisać niewiadomą x, pojawiły się w okolicy, i resztki sierści z kikutami kości. To życzliwa drapieżność i powściągliwe ostrzeżenie. Brak bezpieczeństwa jest jak źródlana woda. Weź go, ile trzeba, by poczuć się krzepko. Nie byłbym człowiekiem, gdybym uznał, że to wystarczy. Nigdy niczego nie wystarczy, dlatego doczesność nam się odgryza, szarpie nas do upadłego.

To brak bezpieczeństwa czyni nas jednak ludźmi. Czy ktoś się ze mną zgodzi? W dobie inteligentnej żywności, która nie ulega samopochłonięciu i którą trawi przez to zachłanność? Gdy próby wynaturzania natury świata stały się racjonalnym aktem religijnym? Zmysły pokrywają się izolacyjną warstwą kulturowych substancji. Godziny skrolują bezmyślnie mieszkańców lokalnych planet. Czy coś z tego wynika? Nie. To nie czasy płynących wniosków.

Księżyc odświeca się słońcu, które aktualnie aktualizuje się gdzie indziej. Tam gdzie jeszcze nie doleciałem, ale jak wiele i czego tracę, będąc tutaj? Poza tym kosmiczne podboje nie rekompensują mi śmieszności stroju kosmonauty. I nie chodzi tylko o estetykę, ale zupełnie próżny brak grawitacji w głowie. Czemu technologia potraciła zmysły dla efektu? Czemu jest coraz dalsza orbicie życia i utraciła szlachetność swojej materii? Tylko w spójności jest piękno. Dlatego kształt samolotu, diodowość błysku i skuteczność sztucznych tworzyw nigdy nie zatańczą w parze ze wszechświatem. Księżyc z odciskiem buta na swojej powierzchni nie uszczknie nam nic z księżycowości. Niech fizyka wyjaśni fenomen: światło może być również śmieciem.

Późno. Wszystko staje się wyraźne. Zwłaszcza noc, która jest alegorią wyobraźni. Kometa z zachodniego nieba wsiąkła już w niebo, między Wenus a Arkturem. Niebieskie Kyrie eleison w lokalnym narzeczu kosmicznym. Gwiazda Polarna studzi niepokój, ale nie daje się uwewnętrznić. Cierpliwie wskazuje północ, której i tak nikt nie uzasadni oprócz przejmującego chłodu na skraju ludzkiego poznania. Tam dotyk staje się już bliski. I robi się dziwnie swojsko. Wierzę w to nieuchronnie. Jak w to, że wszedłem właśnie do krainy dzisiejszego wieczoru. Gdzie kontury lasu zwiastują noc, a ziemia przeistacza się w ziemię. I w której  snuję tropy do swojej modlitwy.