Zbierzmy fakty. Pierwsze dni jesieni kalendarzowej, czyli takiej, która jest naprawdę, nawet jeśli jej nie widać. Upały jednak się rozpłynęły, z ostatnim dniem zanikającego księżyca, jaskółki wyleciały dwudziestego drugiego września; ich wyczucie to takt, z jakim cała przyroda potrafi istnieć pomimo człowieka. Zaocznie zaczęło się grzybobranie, znać po wielu samochodach pod lasem. W kieszeni telefon, sobowtór myśli, pęcznieje od obrazów i wiadomości. Udaje, że jest jak głowa, tylko lepiej sortuje elementy i dorzuca więcej od siebie. „Od siebie” – nie wierzę, że to mówię.
Ile to śmierci wokół, wakacyjnej i powakacyjnej. Niewidzialnej, ale namacalnej. Czymkolwiek jest – jest. Młodzieńcze wypadki, sąsiedzkie choroby, nieodległe, w bliskim polu przeżyć, oscylują wokół nas, bez żadnej logiki, na oślep, choć celnie. Ale nikt nie celuje. Śmierci nie widać, ale po trzykroć jest.
Po trzykroć, nawet jeżeli przyzwyczajenia potrafią momentalnie uwierzyć w świat, a wojny rozgrywane są nadal na mapach i nie mamy ich w sobie ani na podwórku, ani w piwnicy. Ale pokój to rzecz nieswoista. Bezpieczeństwo to bezimienny ląd. Może właśnie wojna jest tutaj jedyną nieśmiertelnością. Dlatego tak wielu się do niej ucieka. Choć nie chcemy umierać, nie chciejmy też nieśmiertelności.
Bardzo nie chcę tej śmierci, która wykwita, wisi w powietrzu. Nagła i niespodziewana, długa i dojrzewająca. Pełna trocin, pyłu. Pełna zarodników. Nie chcę tych mikrośmierci, umierających sytuacji jak szczęśliwych związków, które się nie zawiązały, niezapłodnionych komórek, cyklów bezgwiezdnych nocy, światłocieni twarzy, które na moich oczach nie przetrwały i giną. Nie miejmy złudzeń: to nie zmienność ani to nie czas. Wdychamy nasiona, które kiełkują. Nagle i niespodziewanie. Powolne i wyczekiwane.
Morfologia żywota: tylko miłość mamy we krwi. Tak łatwo wyzbywamy się miłości. Można ją zatamować, wylać, wysuszyć. Dlatego się chowa, rozwija niewidocznie. Idzie rozłogami, niewychwytywalna. Nie dotykajmy miłości. Nie wolno jej dotknąć, bo nas porazi, spali. Jest tak dotkliwa, że aż gwałtowna. Przed krwią zasłania się oczy i pada na twarz.
Więc jeśli naprawdę nadal mamy być ludźmi, żyjmy jak we mgle i snujmy mgliste plany na dziś, zawstydzeni śmiałością zamierzeń. I tak boję się konsekwencji i niekonsekwencji czynów. Pocieszając się mimowolnym oddechem.
Nie ma usprawiedliwienia, dlatego na nieusprawiedliwienie powiedzmy sobie, że skoro jesteśmy ludźmi, w istocie czynimy to niechcący.