Jestem w listopadzie. Tutaj, blisko serca. Sercowatych, zeschłych liści, zwiniętych w kościstą piąstkę. Wydawałoby się, że coś tu się jeszcze wydarzy oprócz listopada, pod szklistawym niebem, z nadbliskimi gwiazdami, z Jowiszem i Marsem w ziemskim szronie. Liście już prawie opadły, listowie szeleści gromadnie, klei się do ziemi i butwieje. Jestem w sercu czasu jesieni. Zdawałoby się, nie musi być stąd wyjścia, tu, gdzie listopad listopadowieje, wypełnia swój świat, zalega i trwa jak woda w stawie. Rano narasta i blednie czerwień, wielobarwny pejzaż porusza się, spięty broszą słońca. O zachodzie niebo jest w różu, z kabłączkiem księżyca, ciepłosiwe dymy snują się po dolinach. Krystaliczna cichość narasta, niosąc echo niespokojnego naszczekiwania psów. Potem będzie wiało i padało, błotniało i ciemniało. Złoto bowiem zamienia się w szarugę – poucza jesień. Słońce się utlenia, rdzewieje jak prawie nagie już buki. Czas się wydarza, wydziewa i prawie może zostać w sobie, jak listopad w listopadzie, ale niepostrzeżenie, podziemnymi ciekami, uchodzi. Przez szczelinę kalendarzowych prac, przez sen. A w końcu otwarcie ucieka przez krajobraz, przez otwarte na oścież niebo. Mogło być tak pięknie, a jest schyłkowo. Ale czy jest coś trwalszego niż koniec? Teraz więc nic nie wybije mnie z listopada. Ogrzewają i karmią mnie słowa: nie może być inaczej. Listopadowe zajęcia zajmują bez reszty. Nawet jeśli śmierć jest za pasem, tuż pod podszewką godzin, wisi w powietrzu i wyziera z wegetacji, tu, w listopadzie, nic mi nie grozi. Chwilowo jest zawsze. Chwiejne pokrzywy i wszelkie zwarzone rośliny utrwalają się w procesach. Mróz wytrawia trawy, które trwają wieczyście w trwającym właśnie dniu. Doby są gęste od intensywnego aromatu minut. Stoję tutaj, gdzie krzyżują się moje szlaki, chociaż nie wchodzę sobie w drogę. Może trochę się nawarstwiam, odnoszę do pamięci, ale ta teraz miarowość jesieni jest niezmierna i zgodna ze sobą. Utrwalam się jak liść bluszczu. Zimozielenieję. Tu, wewnątrz jestem. Nie trzeba wołać. Proszę wejść. Przepraszam za ten listopad. Nikogo się nie spodziewałem. Nie zdążyłem pourzucać. Zresztą nie mam czasu. Tylko się go trzymam, od lat dzierżawię. Na niwie listopada zajmuję się uprawą późnej odmiany jesieni. Choćby przeminęło przemijanie, nic tego nie odwróci: jestem w listopadzie.
Wytrawiając listopad
11/11/2024