Tak, to może spodziewane, ale nieoczywiste jak ostatnie trzydzieści lat życia na ziemi. Nieustanne, pomimo wyrastania z samego siebie, niepogodzenie. Krzyk przez skórę i złość – nieodzowna cecha zła. Wydawało się, że lata przykryją śmieszność i kontestację. Ale nie. Skołowany wewnętrzny zegar mierzy tylko czas cykliczny. Już na samą tę myśl cudownie zalewa mnie krew. I oto w sukurs idzie – nie, to nie przypadek – zespół Darkthrone i jego niewyglancowany glan w postaci płyty Panzerfaust. To jak afirmacja przez przekreślenie. Jawny akt lekceważącej bezradności wobec powszechnego prawa upadku. Brzmienie wspaniałej anihilacji i bezczelności, która nie ogląda się na konsekwencje – to kwintesencja. Wszystkiego, co było udziałem zjawiska black metalu. Mogę milczeć, ponieważ wszystko wykrzyczał za mnie Fenriz. Wywarczane, wyryczane teksty jak wyładowania elektryczne niosą ciszę po burzy, krajobraz ogarniętego spokojem armagedonu. Chodźcie wszyscy, którzy macie dość – a ja was naładuję, tak iż eksplodujecie. Ze wściekłości i radości. Bo taki jest ten świat – pieprzony świat, czemu innego nie ma świata?
Nonszalancja i patos idą w pierwszej parze. I co mam powiedzieć? Nic nie powiem. Wystarczy, że idę za nimi, że przepłacam kolejne kawałki, utwór za utworem, by nieruchomo tańcować do ciągle świeżego materiału Darkthrone. Patrząc z politowaniem na dziecinadę wiecznych rockowców, od Rolling Stones po – dajmy na to – Satyricon czy inny Dark Tranquility. Może jeszcze pociągająca jest weterańska nuta rezygnacji w Paradise Lost. Ale metaliczny smak porażki, jak krew w zębach, i zacięcie. I wyśmianie, i bycie wyśmianym. I aktywna chęć negacji, i pyszna niechęć. I wesoła posępność, i hulaszcza niewesołość. To Panzerfaust. Przelewający się nadmiar. Niech zabrzmi cała frustracja i zawiedzione wyobrażenia. Nie muszę nic demolować, świat demoluje się sam.
Pozostaje tylko zawodzić jak płaczka. Ale emfazę schowajmy do kieszeni. Zawodowo zajmuję się zawodem, który niesie zawód. Cokolwiek to znaczy, jestem zawiedziony, bo przecież zawiodłem oczekiwania, nie tylko swoje. To znaczy, nie zawiodłem was nigdzie, więc zawiodłem donikąd. Nawet nie wiem, w jakich zawodach wystąpiłem, biegu nie ukończyłem. Ale zbędną egzaltację zostawmy na boku. Czy mogłem się spodziewać, że do tego momentu będzie mi towarzyszyła własna młodość? Ta pod postacią muzycznej subkultury? Teraz mogę tylko siedzieć, prawie bez ruchu, i trwać w zapętleniu czasu cyklicznego. Odreagowywać bez reakcji. Przeprosić wszystkich bez słowa. Mogę zacisnąć zęby i się zaciąć. Przepraszam, żono – za wszystko, bo ono mieści wiele. Przepraszam, dzieci, za to, co powiedziałem i czego nie powiedziałem. Za czyny i brak czynów. Za moje elegijne przepraszam – przepraszam. Pełen niewyregulowanych lat i postrzępionych fragmentów, zadowolony, choć na opak. W swojej wypłaszczonej wertykalności znów mogę z tym ogólnym burdelem przejść do porządku. Nie trzeba się miotać ani krzyczeć. Bo wrzeszczy za mnie kto inny.